Kategoria Bóg powiedział raz…

I niedziela Wielkiego Postu (1 III): Żył tam wśród zwierząt 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Mar1

(Rdz 9,8-15; 1 P 3,18-22; Mk 1,12-15)

Pustynne zwierzęta to lwy, hieny, skorpiony i pewnie jakieś jadowite węże. W takim towarzystwie Jezus przebywał przez czterdzieści dni. Do tego trzeba dodać szatańskie pokusy, czyli mówiąc po naszemu, potworne rozterki duchowe, na które nie ma lekarstwa. Jakby tego było mało, przeciwko Jezusowi zaczynają sprzysięgać się ludzie. Osadzono w więzieniu Jana, osobę bardzo bliską Jezusowi. A przecież Jezus jest owym łukiem, czyli tęczą, którą Bóg za czasów Noego położył na obłokach jako znak przymierza z Izraelem, a teraz znowu kładzie, już nie na niebieskich przestworzach, ale na ziemi, pośród ludzi.

Pod koniec Wielkiego Postu zobaczymy, że owe lwy i skorpiony, szatan i ludzie dopną swego i zgaszą tę tęczę. To znaczy zechcą zgasić. Zabijemy Jezusa, mniemając, że wyświadczamy przysługę sobie, naszym dzieciom, jak też naszej religii, ojczyźnie i Bogu. Byśmy więc nie ulegali tego typu pobożnym złudzeniom, na początku Wielkiego Postu posypujemy głowy popiołem, ale nie po to, by z rezygnacją stwierdzić, że wszystko, ten cały widzialny świat, to nic innego, jak tylko marność nad marnościami. Wprost przeciwnie. Popiół, w naszym chrześcijańskim rozumieniu, nie jest symbolem przemijania, nie oznacza, że przeznaczeniem wszelkiego stworzenia jest śmierć, czyli nicość. Owszem, wszystko, co jest, przejdzie przez śmierć, ale to nie znaczy, że przestanie istnieć. Popiół oznacza to, co jest w nas wieczne, czego nie zniszczy ani ogień, ani woda, ani żadna inna siła. Że tak jest, przekonamy się w Wielki Piątek.

* * *

Post, czyli rybka, śledzik, żadnych tam czekoladek, ciasteczek. Szerokim łukiem należy też obchodzić dyskoteki. Dobre i to, gorzej, jeśli tylko to, jeśli tylko tyle. Lepiej, jeśli post oznacza np. próbę zapanowania nad nałogiem tytoniowo-alkoholowym, bo od czegoś trzeba zacząć, w którymś momencie zawrócić z drogi, na której nie dość, że nie znaleźliśmy szczęścia, to jeszcze napytaliśmy sobie i innym biedy.

Jeśli więc narzekamy na brak przyjaciół, na niezrozumienie i odepchnięcie, na podły dzisiejszy świat, sięgnijmy po lustro.

VII niedziela zwykła (22 II): Syn Człowieczy ma władzę 6 Autor: Wacław Oszajca SJ

Feb21

(Iz 43,18-19.21-22.24b-25; 2 Kor 1,18-22; Mk 2,1-12)

Syn człowieczy to po naszemu człowiek, czyli ktoś rożny od Boga. W Starym Testamencie, w proroctwie Daniela, widzimy Syna Człowieczego przychodzącego na obłoku i obejmującego władzę nad wszystkimi ludźmi. Władzę, która będzie trwać wiecznie. Z jednej strony ten termin podkreśla nieskończoną różnicę, jaka zachodzi między Bogiem a człowiekiem, z drugiej zaś ukazuje człowieka, jako mającego cechy boskie. Właśnie tak pierwsi chrześcijanie zaczęli postrzegać Jezusa z Nazaretu, który w dzisiejszej Ewangelii mówi, że ma władzę odpuszczania grzechów, a więc władzę boską.

Ta wypowiedź oburzyła ówczesnych znawców Biblii i kapłanów, i trudno się dziwić. Człowiek ma władzę odpuszczania grzechów? Dla nas dzisiaj to nic nowego, znamy przecież drogę do konfesjonału. I w tym momencie, mówiąc o pokucie „nic nowego”, może się zdarzyć, że pobłądzimy. Odpuszczenie grzechów w konfesjonale, spowiedź bywa, że staje się czysto rytualnym, nieomal magicznym zabiegiem, który daje człowiekowi złudne poczucie czystości, niewinności, ale ani na jotę nie zmienia jego mentalności. Przeciwnie, to złudzenie utwierdza nas w pyszałkowatym przekonaniu, że skoro chodzimy do spowiedzi, to tym samym jesteśmy lepsi, bardziej pokorni od innych.

Być może przy takim podejściu do pokuty nie dostrzegamy w sobie, w naszej mentalności, poważnych skrzywień, natomiast zanudzamy Boga i spowiednika wydumanymi grzecho-problemami, które z jednej strony mają nas upokarzać, ale z drugiej świadczyć, o bogatym tzw. życiu wewnętrznym czy duchowym.

* * *

Skoro jesteśmy do Boga podobni, to znaczy, że patrząc na człowieka, zarówno na naszą cielesność jak i psychikę, duchowość, możemy wiele powiedzieć o Bogu. Być może jest to najlepszy sposób, by odnaleźć Boga. Oczywiście Boga Biblii, bo, jak wiadomo, wciąż istnieją inni, obcy, cudzy bogowie, którzy czasami potrafią podszywać się pod Boga Żydów i chrześcijan. Sprawa z Bogiem wygląda więc tak, że nie tylko przyroda, a może nawet nie przede wszystkim, najprawdziwiej o Bogu opowiada, ale kultura. Chcąc się o tym przekonać, wystarczy wybrać się do muzeum czy do teatru, by w pięknie dzieł sztuki, w pięknie baletu znaleźć tego potwierdzenie.

VI niedziela zwykła (15 II): Nieczysty, nieczysty! 3 Autor: Wacław Oszajca SJ

Feb13

(Kpł 13, 1-2. 45-46; 1 Kor 10,31 – 11,1; Mk 1,40-45)

Mojżesz i Aaron zakazują obcowania, a nawet dotykania, chorych na trąd. Dzisiaj wiemy, dzięki biologom, że ten zakaz nie jest pozbawiony racji. W biblijnym opowiadaniu przede wszystkim nie o profilaktykę chodzi. Wśród Izraelitów pojawia się oto ktoś, kto, wydawać by się mogło, łamie prawo nadane przez Mojżesza. Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął trędowatego, mówi Marek ewangelista. Następnie nakazał oczyszczonemu, by nie rozpowiadał o tym wydarzeniu, ale udał się do kapłanów i złożył należną ofiarę. Jezus dał trędowatemu tyle, ile mógł. Znowu więc nie chodzi o to, by uzdrowiony zachował prawo, ale zaniósł kapłanom dobrą nowinę. Oto spełniły się oczekiwania, Bóg wysłuchał ich modlitw i wypełnia dane Izraelowi obietnice. W Izraelu żyje ktoś, kto zachowuje się jak Bóg, jako że tylko Bóg dokonuje rzeczy dla człowieka niemożliwych.

Niestety, oczyszczony na ciele okazał się człowiekiem nieoczyszczonym na rozumie i sercu. A dobra nowina, którą zaniósł kapłanom, została przez nich odebrana jako zła nowina i Jezus został zmuszony do ukrywania się, konspirowania. Obdarowany oddaje więc wilczą przysługę swojemu dobroczyńcy.

Dotykając chorego na trąd, Jezus, w mniemaniu kapłanów, stał się również rytualnie nieczysty. Przez to dotknięcie Jezus stał się jednym z trędowatych, a więc sam siebie wykluczył ze społeczeństwa. Ta droga, takie podejście do innych ludzi, zaprowadzi Go na krzyż. Zostanie przecież zabity dla dobra narodu i religii.

* * *

Współcześni trędowaci, czyli wyklęci, wyrzuceni na margines, zepchnięci na obrzeża miast, zamknięci w gettach, kim są? Gdzie się gnieżdżą, bo przecież nie mieszkają? Co my, chrześcijanie, mamy im do zaoferowania? A może te pytania trzeba odwrócić i skierować do siebie, bo być może to ja jestem trędowaty i nawet o tym nie wiem.

V niedziela zwykła (8 II): Pójdźmy gdzie indziej 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Feb8

(Hi 7,1-4.6-7; 1 Kor 9,16-19.22-23; Mk 1,29-39)

Jezus, nie licząc establishmentu religijno-politycznego, cieszy się ogromnym wzięciem. Cudotwórca, uzdrowiciel, egzorcysta, mowca, wspaniały człowiek. Jego sława wciąż rośnie, wciąż też przybywa Jego zwolenników. Tymczasem Jezus, zamiast się cieszyć z tej sławy, zakazuje uczniom, a nawet złym duchom, mówienia o sobie. Mało tego, zamiast korzystać z możliwości, jakie daje sława, Jezus każe uczniom zbierać się i przenieść na inne miejsce, do innych miejscowości.

Dzisiaj, patrząc z perspektywy dalszego losu Jezusa i z perspektywy dwu tysięcy lat istnienia chrześcijaństwa, wiemy, dlaczego postępował On w ten sposób. Jezus wiedział, że przychodzącym do Niego, uwielbiającym Go chodzi o pomoc w wychodzeniu z takiej czy innej, ale zawsze mniej lub bardziej trudnej, bolesnej, wprost beznadziejnej sytuacji – śmierć, choroba, konflikt w rodzinie, zniewolenie polityczne i ekonomiczne. Mesjasz Jezus miał za zadanie zabezpieczać swoich zwolenników przed wszelkimi nieszczęściami i jednocześnie zapewniać im życie długie i dostatnie, w czerstwym zdrowiu. Tymczasem Jezusowi chodziło o coś całkiem przeciwnego. Tych, którzy Mu zaufają, z apostołami na czele, Jezus pośle tam, gdzie stracą nie tylko pieniądze i zdrowie, ale również i życie.

Z podobną sprawą Jezus boryka się również dzisiaj. Wiele naszych modlitw, mszy, dobrych uczynków robimy dlatego, by w zamian otrzymać od Boga stokroć więcej. Przy czym zapominamy, że to stokroć więcej związane jest z prześladowaniami. Prawdziwymi, w których traci się życie, a nie zmyślonymi, istniejącymi tylko w naszej głowie i w głowach innych cierpiętników.

* * *

Dzisiejsi cudotwórcy, uzdrowiciele chrześcijańscy, zarówno katoliccy, ewangeliccy jak i prawosławni, cieszący się nieraz ogromnym wzięciem i występujący w kościołach wszelkiego rodzaju energoterapeuci, specjaliści od medycyny niekonwencjonalnej, różdżkarze, „wahadełkowcy”, wszyscy oferujący swoje nadprzyrodzone usługi czy nie powinni zadać sobie pytania o odpowiedzialność za tych, którzy im zaufali. Zwodząc np. chorych, zaciągamy przecież winę nie tylko względem nich, ale i względem Boga.

IV niedziela zwykła (1 II): Wzbudzę im proroka 3 Autor: Wacław Oszajca SJ

Feb1

(Pwt 18,15-20; 1 Kor 7,32-35; Mk 1,21-28)

Mojżesz zapewnia Izraelitów o nieustającej trosce Boga o nich. Dowodem na prawdziwość troskliwego zainteresowania Boga Jego ludem są prorocy. Ludzie, którzy przede wszystkim potrafią słuchać tego, co Bóg do nich mówi przez wydarzenia wielkie, historyczne, i małe, codzienne, przez wiedzę o świecie i oczywiście przez znajomość Pisma Świętego. Mojżesz przestrzega jednak proroków, by pod żadnym pozorem nie próbowali podszywać się pod Boga i swoje poglądy rozpowszechniać jako stanowisko samego Boga. Taki prorok musi bowiem zginąć, mówi Mojżesz.

Prawdziwym prorokiem, który w każdym calu będzie wierny Bogu, prorokiem, którego każde słowo będzie słowem Boga jest Mesjasz. Chrześcijanie, znając to proroctwo, w jego świetle odkryli, że spełniło się ono w życiu i śmierci Jezusa z Nazaretu. Nazwali Go więc Słowem Boga, słowem zawsze żywym i zawsze wypowiadanym po raz pierwszy. Skoro tak, to nie wolno tego Słowa, którym jest Jezus, sprowadzać jedynie do zjawiska fonetycznego, do głosu czy też do znaku graficznego, jakim jest wyraz złożony z liter. Jezus żyje przecież we wszystkim, na tym polega Jego zmartwychwstanie, a zatem mówi przez wszystko. Wszystko, co istnieje, jest Jego wypowiedzią. Jeśli tak, to trzeba powiedzieć, że każdy chrześcijanin jest prorokiem, czyli człowiekiem umiejącym dosłuchać się mowy Boga w tym wszystkim, co dzieje się na Ziemi.

Chrześcijaństwo to przede wszystkim metoda, to sposób patrzenia na rzeczywistość, taki sposób jej badania i analizowania, który umożliwia człowiekowi nie tylko usłyszenie Boga zamieszkującego tę rzeczywistość, ale zobaczenie Go i zaprzyjaźnienie się z Nim. Dlatego liturgia Kościoła nie jest przywoływaniem Boga, przepraszaniem Go, nawet nie jest jedynie składaniem Mu ofiar, ale ogłaszaniem, że Bóg nie tyle wszedł, ile nigdy nie opuścił swojej synagogi, swojego kościoła, jakim jest Wszechświat.

* * *

Pewnie nie ma nic bardziej groźnego od polityka, który rości sobie prawo do bycia prorokiem i zaczyna przemawiać w imieniu Boga, gdyż w tej samej chwili, w której ogłosi np. z trybuny sejmowej, że coś tam jest wolą Boga, zamyka usta wszystkim innym posłom. Kto bowiem zdoła udowodnić, że taki polityk się myli? Jedynie Bóg mógłby zaoponować.

III niedziela zwykła (25 I): Natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jan23

(Jon 3,1-5.10; 1 Kor 7,29-31; Mk 1,14-20)

Porzucić wszystko i pójść za Jezusem znaczy towarzyszyć Mu we dnie i w nocy. Dzielić z Nim dolę i niedolę. A ponieważ Jezus chadza również tam, gdzie innym nie po drodze, gdzie bywa śmiertelnie niebezpiecznie, również Jego towarzyszy mogą spotkać przeróżne niedogodności i nieprzyjemności. Tak zarysowany schemat życia, taki jego sposób, najczęściej rezerwujemy dla zakonników i księży. To oni opuszczają wszystko i poświęcają się dla sprawy Bożej, czego wyrazem jest celibat.

To prawda, ale prawdą jest również to, że świeccy żyją podobnie, bowiem dla męża czy żony, opuszczają ojca i matkę. Cali poświęcają się współmałżonkowi, rodzinie. I niemałe to poświęcenie. Czasami wydaje się przewyższać wszelkie inne, nawet to związane z celibatem. Wystarczy tylko uzmysłowić sobie cierpienie duchownych z Kościołów wschodnich czy ewangelickich, którzy, chcąc pozostać wierni powołaniu, szli na śmierć do obozów zagłady czy gułagu. Małżeństwo jest przecież sakramentem, a to znaczy, że w swojej istocie niczym nie różni się od pozostałych sakramentów. Oddać życie za Kościół, znaczy to samo, co opuścić ojca, żonę i dzieci dla Chrystusa.

Jeśli tak, to czy podział na duchownych i świeckich można nadal podtrzymywać? Skoro wszyscy są powołani do tego samego dzieła, do towarzyszenia Jezusowi w Jego pracy dla świata, to znaczy, że ten podział nie daje nikomu jakiegoś szczególnego przywileju, szczególnego miejsca, jakiegoś szczególnego upoważnienia do wynoszenia się nad innych.

Nikt z nas nie umarł za kogoś drugiego, byśmy mogli rościć sobie pretensje do jakichś szczególnych względów. A Ten, który za nas umarł, dokładniej mówiąc, którego zabiliśmy, nadal pozostaje tym, kim był przed śmiercią. Wciąż tylko zaprasza, zachęca, a jeśli czyni wyrzuty, to tak, by nas nie poniżać. Budzi w nas rozum, serce i sumienie, byśmy chcieli żyć, a nie tylko wegetować na Jego i innych koszt.

* * *

Święta Faustyna Kowalska mówi: W czasie trzeciej probacji Pan dał mi poznać, żebym Mu się ofiarowała, aby mógł czynić ze mną to, co Mu się podoba. Mam zawsze stawać przed Nim jako ofiara. Zlękłam się w pierwszej chwili, czując się nędzą bezdenną i znając dobrze siebie. – Odpowiedziałam Panu jeszcze raz: Jestem nędzą samą, jak mogę być zakładniczką? – Dziś tego nie rozumiesz. Jutro dam ci poznać w czasie adoracji. (…) Jezus dał mi poznać, że chociaż się nie zgodzę na to, to jednak mogę się zbawić i łask, których mi udzielał, nie zmniejszy i nadal będzie w takiej samej poufałości ze mną, tak że chociaż się nie zgodzę na tę ofiarę, to nie zmniejszy się przez to hojność Boża. I dał mi Pan poznać, że cała tajemnica ode mnie zależy, od mojego dobrowolnego zgodzenia się na tę ofiarę z całą świadomością umysłu. W tym akcie dobrowolnym i świadomym jest cała moc i wartość przed Jego majestatem.

II niedziela zwykła (18 I): Oto Baranek Boży 9 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jan16

(1 Sm 3,3b-10.19; 1 Kor 6,13c-15a.17-20; J 1,35-42)

No i mamy kłopot, coraz większy kłopot. Nie umiemy się porozumiewać. To znaczy, chcemy rozmawiać i rozmawiamy, ale nie możemy się dogadać, bo nie rozumiemy języka, którym mówimy, choć jest to język jak najbardziej polski. Jeszcze trudniej przychodzi nam porozumiewanie się za pomocą symboli, gestów, obrzędów.

Choćby np. dzisiaj, prezbiter wychodzi z zakrystii ubrany w ornat koloru zielonego, a jeszcze w ubiegłą niedzielę był to kolor biały, w drugi dzień świąt czerwony, a przez adwent fioletowy. Po co jest potrzebna ta mszalna gimnastyka? Siadanie, wstawanie, chodzenie w procesji i ten kosmetyczno-higieniczny zabieg mycia rąk we mszy? Czemu ma służyć to robienie dymu, najczęściej o duszącym zapachu, czy zasłanianie i odsłanianie obrazu jasnogórskiej Madonny? A i ze słowem „Madonna” też mamy od niejakiego czasu lekki kłopot. Dlaczego proboszcza nazywamy duszpasterzem, biskupa arcypasterzem? Z trudem przychodzi nam przełknąć zdanie: Jesteście Bożą trzodą, owcami. Nie rozumiemy, dlaczego Jan Chrzciciel nazywa Jezusa Barankiem Bożym i nic nam już nie mówią takie słowa jak „zbawienie”, „łaska”, „sakrament”, „tajemnica”, lub mówią niewiele, a najczęściej tyle, ile treści tym słowom przypiszemy.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele i nie można ich sprowadzać jedynie do nieuctwa zarówno świeckich jak i duchownych. Owszem, liturgia ma swój kod, jak i język teologów ma swoje słownictwo, które trzeba sobie po prostu przyswoić. Ale prawdą jest również, że w naszym kraju, w którym następuje gwałtowne przejście z kultury rolniczej do kultury miejskiej, zmienia się również język. Jeśli więc uważamy za swój obowiązek wtajemniczanie naszych bliźnich w naukę Jezusa, to trzeba te zmiany w mentalności i języku więcej niż uwzględniać.

* * *

Dzisiejsza Ewangelia opowiada o powołaniu pierwszych uczniów, a pierwsze czytanie o trudnościach, o jakie potyka się człowiek, chcący odgadnąć to, czego od niego oczekuje Bóg. Warto zwrócić uwagę, w jaki sposób przebiega to dogadywanie się człowieka z Bogiem. Powołanie, bowiem, nie jest rzeczą, przedmiotem, który się po prostu ma, ale jest zaproszeniem do współistnienia i współdziałania. Jak w praktyce wygląda tego typu życie, najlepiej opisuje życiorys Piotra apostoła, jednego z pierwszych powołanych.

III niedziela po Narodzeniu Pańskim, święto Chrztu Pańskiego (11 I): Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu 1 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jan9

(Iz 42,1-4.6-7; Dz 10,34-38; Mk 1,6b-11)

Znamy sprawę Jezusa z Nazaretu. Nie wiem, czy o kimkolwiek innym tyle napisano, co o Nim, i nadal się pisze, na dodatek całkiem po nowemu. Nie tylko książki mówią o Jezusie nowymi językami i przez to samo odkrywają w Jego nauczaniu nowe treści. Po nowemu, w zgodzie z własną kulturą estetyczną, z własnym odczuwaniem piękna, również malarze i rzeźbiarze, muzycy i tancerze mówią o Jezusie tak, że staje się On coraz bardziej ich, coraz bardziej jednym z nich, a jednocześnie kimś innym.

Ale już nie dlatego, że urodził się jako biały człowiek. Jezus prowadzi tych, którzy Mu uwierzyli, w głąb ich własnej kultury, rozświetla ją i pozwala dostrzec twarz Boga w ich własnej historii. Mówi przecież Piotr apostoł, że Bóg posłał Jezusa, by potwierdził odwieczne i niezmiennie „pokojowe” nastawienie Stwórcy do stworzenia.

To posłannictwo, tę Bożą misję, Jezus wypełnia dalej przez Kościół, przez chrześcijan, ale nie tylko. Wyznawcy religii pozachrześcijańskich i ateiści też mają Boże obowiązki względem Kościoła. Ateiści, jeśli trzymają się mocno i uczciwie rozumu, dbają jak nikt inny, by żadna religia nie stała się zabobonem, a niechrześcijanie, by żaden z Kościołów nie stał się nie tylko właścicielem, ale przede wszystkim dysponentem całej prawdy.

Chrześcijanom i wyznawcom innych religii, jak i ateistom, we wzajemnych odniesieniach konieczna jest postawa z jednej strony Mędrców ze Wschodu, a z drugiej Jana Chrzciciela. Ci pierwsi doszli do najważniejszego wydarzenia swoich czasów, idąc drogą, dzisiaj powiedzielibyśmy, badań naukowych. Ci drudzy zaś, winni pamiętać, że nawet Kościół i jego liturgia nie stanowią sacrum, bo nie są rzeczywistością wyizolowaną ze świata – profanum, a przeciwnie. Kościół jest tym bardziej święty, im bardziej zajmuje się ziemią, im bardziej ceni sobie czas, w którym przyszło mu żyć.

* * *

Prof. Marek Szulakiewicz w książce „Religia i czas” pisze: Czas buduje inną religię. Nie jest to religia wyrastająca z trwóg, lęków, ucieczki od świata i życia, lecz religia zrodzona z głębi i bogactwa życia. Religia osobistego wysiłku, w której wpatrzenie „w górę” przełamane zostaje otwartością na świat, drugiego człowieka i przyszłość.

II niedziela po Narodzeniu Pańskim (4 I): Niedziela Mądrości Bożej 3 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jan4

(Syr 24,1-2.8-12; Ef 1,3-6.15-18; J 1,1-18)

Ze względu na czytania mszalne cyklu „A”, można by tę niedzielę nazwać niedzielą Mądrości Bożej i dzięki temu jaśniej ukazać treść uroczystości Narodzenia Pańskiego. A że istnieje taka potrzeba, wystarczy popatrzeć na żłóbki betlejemskie. Najczęściej gipsowe, pstrokate, postacie przystrojone w ubranka po trosze zakopiańskie, po trosze tyrolskie. Jezus niemowlęcą rączką, ale za to niby papież, błogosławi wszystkich i wszystko itd. Łatwo przy takim żłóbku wzruszyć się, rozrzewnić, zwłaszcza nad dawno minioną młodością, rodzinnym domem, dwunastoma potrawami, struclą z makiem… Nie, w tych wzruszeniach nie ma niczego złego. Nawet kiczowatość szopki nie przeraża, a może stać się początkiem bardzo sensownej medytacji o tym, kim jest Jezus Chrystus.

Przecież to prawda, że Jezus narodził się w gorszych warunkach niż kiczowate, bo w pomieszczeniu, być może w grocie, do której na noc zapędzano owce. Te narodziny dopełnią się w jeszcze bardziej nieludzkich warunkach. Od początku też Jezus będzie musiał tułać się po tym świecie jak bezdomny. Być może z tego powodu w tradycji chrześcijaństwa wschodniego uroczystość Narodzenia Pańskiego nazywa się Paschą Zimową. Narodzenie Pańskie i Triduum Paschalne, Betlejem i Golgota? Trudno o bardziej karkołomne połączenie, a jednak możliwe, mądrość chrześcijanina podpowiada mu, że niemożliwe jest konieczne.

Dzieje się tak, bo jesteśmy dziećmi Bożymi, a to znaczy, że nasze życie, rozpięte między poczęciem, narodzinami a śmiercią, jest odcinkiem życia a nie jego całością. Podobnie jak Syn Boży my również przychodzimy od Boga, jako że On jest pierwszą i ostateczną przyczyną naszego zaistnienia.

* * *

Ks. Andrzej Gałka mówi: Akt małżeński to znak najgłębszej miłości – a Bonetti pisze więcej, że jest to swoista pascha, mała pascha małżonków, przejście do nowego życia. I to nie tylko do nowego życia w sensie zrodzenia potomstwa. Akt małżeński jest wyrazem najgłębszej miłości i sprawia, czy winien sprawić, z łaską Bożą, że człowiek staje się kimś innym za każdym razem. Że staje się coraz bardziej zanurzony w tym, co nazywamy miłością, a która to miłość ma swoje najgłębsze źródło w Panu Bogu i jest odzwierciedleniem najgłębszej idei stwórczej Boga (sam to wymyśliłem!!!). Bóg, dzieląc się z nimi swoją mocą stwórczą, zaprasza ich do współtworzenia świata.

IV niedziela Adwentu (21 XII): Nie bój się, Maryjo 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Dec21

(2 Sm 7,1-5.8b-12.14a.16; Rz 16,25-27; Łk 1,26-38)

Liturgia, a więc Chrystus, z każdą niedzielą Adwentu coraz mocniej ściąga nas na ziemię. Zwłaszcza tych, którzy już są w ciepłym niebku całkowicie bezcielesnym, czysto duchowym, przeanielonym, jednokolorowym, np. różowiutkim. Najważniejsze wydarzenie dla całego świata, dla całej ziemi i całego nieba, rozgrywa się przecież w Nazarecie, o którym było wiadomo tyle, co nic, ale tam było jednak to, co dla Boga najważniejsze – ludzie. Zwyczajni i niezwyczajni, zabiegani, zadumani, raz głodni, raz syci, zakochani i płodzący dzieci, plotkujący, pewnie także awanturujący się, bo gdyby było inaczej, Józef nie przemyśliwałby, w jaki sposób uchronić swoją żonę przed złośliwymi językami, a może jeszcze przed czymś nieskończenie gorszym. Tak więc najważniejsze dla świata dokonało się, a co za tym idzie, dokonuje nadal tam, gdzie jest człowiek.

Mieszkanka Nazaretu, Maryja, która niebawem zostanie nazwana pierwszą chrześcijanką, pierwszą numerycznie, i pierwszą co do doskonałości chrześcijańskiego życia, wpada w panikę. Boi się, to prawda, ale nie Boga, skoro staje do dyskusji z Nim. Jej lęk bierze się z niezrozumienia Bożego działania. Jak się może stać coś, co nigdy jeszcze się nie stało? Namysł, rozmowa z Bogiem, a więc modlitwa Maryi, nie jest skutkiem zwątpienia, niedowierzania Bogu, ale dociekania, domyślania się, dochodzenia do prawdy o działaniu Boga, o Jego pracy dla człowieka.

Z nami dzieje się podobnie. Łatwo wierzyć w Boga, zwłaszcza takiego, który mieszka w zaświatach i co najwyżej zjawia się tutaj od czasu do czasu. Łatwo jest również wierzyć w Boga, który, jak się Go ładnie poprosi, to prośbę spełni. Trudniej wierzyć, gdy wiara jest współżyciem z Bogiem już teraz, tutaj, w tych warunkach i czasach, w jakich żyjemy.

* * *

To już ostatnia godzina na kupowanie prezentów, poganiają nas sprzedawcy, reklama, media. A może by tak raz święta bez prezentów? Zamiast tracić czas na uganianie się po sklepach, zamiast potem cieszyć się tym czy tamtym, może tak zaoszczędzony czas podarować swoim bliskim i cieszyć się sobą bardziej niż czymkolwiek innym? Może warto uniknąć prezentomanii i poświętować bardziej po ludzku, tzn. bardziej osobiście?

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com