Kategoria Felieton

Lepiej mieć niż być 12 Autor: Agata Słyk

Apr15

Zasłyszałam wczoraj w tramwaju taką oto rozmowę młodych ludzi:
-Dlaczego autobusy jeżdżą z flagami?
-Prezydent ustanowił trzy dni żałoby narodowej w związku z pożarem.
Dziewczę młode – Ta żałoba nie jest dlatego, że zginęli ci ludzie, ale dlatego, że teraz bardzo dużo ludzi nie ma gdzie mieszkać…
Chłopak – Nie, no nie…
- Ależ tak, przecież słyszałam, że na drogach codziennie ginie 20 osób… To normalne… W ogóle, lepiej jest umrzeć niż stracić wszystko…
- No jak to?!
- Tak! Wyobrażasz sobie, że tracisz wszystko co masz?! Pieniądze, ubrania, sprzęty… Nie masz nic! Nic nie możesz dać swoim bliskim, dzieciom… Lepiej jest umrzeć.

I jakoś tak echem odzywa się we mnie wypowiedź tej dziewczyny. Jak dochodzi do utworzenia takiego światopoglądu? Jak to świadczy o naszym społeczeństwie? Czy takie postawy są popularne? A jeśli się popularyzują, co czeka społeczność, naród, dla którego przedstawicieli życie przestaje być wartością najwyższą i, jako taką, nienaruszalną?
Jaki jest proces dochodzenia do takiego wniosku?

Rozumiem sens rozważań: dlaczego raczej coś niż nic; dlaczego życie ma sens, skoro jest nacechowane frustracją i cierpieniem, itp. Ale to są rozważania o życiu i istnieniu, w których ujmuje się je jako wartości bezwzględne. Nie przyszłoby mi do głowy relatywizować wartość życia względem posiadania. Nie przypuszczałam, że można tak otwarcie i, zdaje się, świadomie stawiać mieć nad być.

Szeroki kąt 58 Autor: Rafał Figas

Aug17

Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś poza czasem i szybujesz nad gęstymi lasami w górach i obserwujesz starożytne plemię Indian. Prowadzi ich wódz, który próbuje znaleźć dla nich nowe schronienie po tym jak poprzednie uległo zniszczeniu przez kataklizm. Docierają do doliny bogatej w roślinność i zwierzynę. Rozpoczynają nowe życie. Żyje wśród nich mały chłopiec, który obserwuje życie plemienia. Z niezrozumiałej dla niego przyczyny, pewnego dnia, dochodzi do walki między dwoma członkami plemienia, w trakcie której jeden z nich ginie. Niespokojny dzień przemienia się w niespokojną noc – w trakcie burzy piorun powoduje pożar chat, które pobudowali. Wielu ginie, tracą domy. Załamany wódz wykrzykuje błagalnie w niebo, z którego szczęśliwie spada deszcz i ratuje to, co jeszcze zostało.

Następne co widzisz to ognisko, przy którym ten, którego pamiętasz jako chłopca, już jako starzec opowiada młodym dawne dzieje plemienia. W dawnych czasach tego plemienia bogowie zniszczyli ich domostwa i kazali im wynosić się z ich wspaniałej krainy. Aby nie pozostawiać ich samym sobie dali im Wielkiego Ducha – wodza, który ich prowadził, aż doprowadził ich do wspaniałej krainy, jednakże pobratymcy nie uszanowali daru bogów i znowu zaczęli czynić zło i zabijać się wzajemnie. Za karę bogowie zesłali ogień z nieba, który zaczął ich zabijać. Tylko gorące modły Wielkiego Ducha powstrzymały bogów, którzy zgasili wielki ogień i uratowały im życie. Od tego czasu plemię wyznaje zasadę, zakazującą zabijania się wzajemnie, a ludzie wznoszą modły do Wielkiego Ducha, by zaniósł ich prośby do bogów, a raz do roku całe plemię wykonuje taniec dziękczynny.

Plemię prosperuje całkiem nieźle i rośnie w siłę. Granice jego terytorium zaczynają stykać się z granicami terytoriów innych plemion. Początkowy strach plemienia zostaje podsycony wizerunkiem nieznanego, bezimiennego boga o dwóch twarzach. Wódz plemienia uznaje obcych za bluźnierców, ponieważ uważają, że ich bóg jest potężniejszy od Wielkiego Ducha. Dochodzi do wojny między plemionami. Skutkiem tej wojny jest podbicie obcego plemienia, ale jednocześnie również wyłonienie się grupy, która uważa, że zasada Wielkiego Ducha „nie zabijaj” musi dotyczyć wszystkich, a nie tylko członków plemienia. W ten sposób powstaje nowy odłam wyznawców Wielkiego Ducha.
czytaj dalej »

Małe biblioteki 5 Autor: Tomasz Jędrzejewski

Mar7

Ta biblioteka jest niedaleko od ulicy, ale dobrze ukryta w bramie, na jednym ze zwykłych szarych osiedli. W pobliżu staruszki spacerują z psami, a gołębie wydziobują z ziemi okruchy. W bibliotece jest dużo książek; nie zgadnę, ile tysięcy, ale wszystkie półki zapełnione. Można powiedzieć, że są tu wszystkie najważniejsze tomy, a więc Biblia, poezje Adama Mickiewicza, powieści Elizy Orzeszkowej, wiersze Juliana Tuwima i mnóstwo innych. Kiedyś myślałem, że to jest bardzo dużo i byłby bardzo mądry ten, który by to wszystko przeczytał.

Jeśli w takiej książnicy znajduje się naraz pięć osób to już sporo; przychodzą tu ludzie w różnym wieku. Wszystkie książki w takiej bibliotece pachną tak samo – i wszystkie takie biblioteki pachną tak samo.

Po skończeniu szkoły elementarnej i liceum staje się jednak oko w oko z olbrzymem wiedzy – sturękim i nie do pokonania. Okazuje się, że każde drzwi prowadzą tylko do innych drzwi, a tej amfilady wspaniałych pokoi nigdy nie zamyka widok zielonego parku. W nadziei obrony wielkiej sprawy przerzuca się stronę po stronie, a zwątpieniu chyba nie należy za bardzo ufać, bo wiadomo, czym jest dbałość o naukę. Gmach wiedzy jest niebosiężny i nie mieści się na zwyczajnym osiedlu.

Tym niemniej bardzo często przechodzę koło tej małej biblioteki z przypuszczeniem, że intuicja młodego ucznia była właściwa i nie będzie źle, jeżeli jako siwe sztubaki znów trafimy do tej niepozornej świątynki.

Rozmowy o literaturze 6 Autor: Tomasz Jędrzejewski

Feb4

Pasażerowie tramwajów, autobusów czy pociągów nieczęsto decydują się na rozmowy o zagadnieniach, powiedzmy, kulturalnych. Słyszy się zwykle pogawędki o znajomych, o telefonach komórkowych, o tzw. imprezach. Jeśli więc w środkach komunikacji miejskiej miałem okazję posłuchać dyskusji o literaturze, mam prawo zaliczyć się do szczęściarzy. Tak by się przynajmniej zdawało. Bo czy było tak w istocie, pozostawiam ocenie Czytelników BP. 

 Otóż w pociągu pewien pan zauważył, że czytam Elizę Orzeszkową i powiedział z przekąsem, że “teraz trzeba czytać Gombrowicza”. Łatwo się domyślić, co się kryło za tą uwagą. “Kiedyś w księgarni przeglądałem jakąś książkę Gombrowicza – mówi z awersją. – Nie czytałem jej, ale rzuciło mi się w oczy takie jakieś zdanie, że <ja tej Polski to nienawidzę>”. I dalej: “Albo <Ferdydurke>. Co to ma niby znaczyć? Jakiś idiotyczny tytuł. Podobno to jest wzięte z jakiegoś idiotycznego widowiska”. Na drugim biegunie znalazł się oczywiście Sienkiewicz: “A Sienkiewicz! On to się wgryzł w historię! Jaka to ogromna praca nad takim <Quo vadis>”. Nikt się już nie troszczy o Polskę, o rodzimą kulturę: “Dojdzie do tego, że w szkołach będzie Szymborska zamiast Mickiewicz” (fleksja oryginalna).  

A teraz druga część rozważań o literaturze – nie słyszałem jej na własne uszy, zamieszczam więc relację świadka: “Typowa warszawska dziewczyna ma na sobie to, co manekin za witrynami modnych sklepów odzieżowych. To, czego ubranie nie przykrywa, zazwyczaj przybiera barwę brązowawą – w gorszym wypadku pomarańczową, ale ekstrema też nie są ważne. Dziewczyna ząbki ma białe a czyste. Taki oto ideał stał obok drugiego ideału z gumą w ustach. Jeden ideał – brunetka – do drugiego ideału – blondynka – mówi na tyle głośno, żeby zwrócić uwagę otoczenia: 

- Słyszałaś, co chce robić Giertych? Grudzińskiego mają usunąć. <Inny świat> – to taka zajebista książka. Taka zajebista książka.

- Hanny Krall? – pyta blondynka.

- Nie, Grudziński, Herling-Grudziński.

- <Nowy świat>?

- Nie, <Inny świat>. Dwudziestolecie międzywojenne. Z dwudziestolecia międzywojennego wszystko przeczytałam. Taaa – rozgląda się wokół ideał nr 1. – Z dwudziestolecia wszystko przeczytałam.

- Ja też wszystko przeczytałam, ale z romantyzmu”. 

Co tu dużo mówić, tak to już bywa, kiedy się wszystko przeczyta. Może należałoby się upomnieć o jakieś zniżki przy zakupie karty miejskiej. 

…że są z nami, choć w innej postaci 3 Autor: Emil Górecki

Dec17

Dokładnie tydzień do Wigilii. Szał zakupów, natłok ważnych spraw, świąteczne piosenki drażniące z każdego głośnika hipermarketu. Jednak nie dla wszystkich te święta będą tak szczęśliwe, jak zeszłoroczne „bo zabraknie znów czyjegoś głosu”. Na szczęście przy moim wigilijnym stole czyjś głos się pojawi. Ale przy kolacji zabraknie głosów z dalszej przeszłości: krzątania babć i rozmów dziadków. Wiem, że inni będa przeżywać te święta w większej pustce, po niedawnej stracie bliskich, ze znacznie głębszymi świeżymi ranami. Przykro mi, że nie mogę im pomóc.

Jest jedna świąteczna piosenka, która nie wywołuje u mnie wstrętu. Nie grają jej w żadnej radiostacji, w żadnym sklepie. Ale warto jej posłuchać przed świętami, w chwili ciszy, w spokoju, w zamyśleniu. Mnie ta piosenka daje nadzieję, że ci, których w święta już nigdy fizycznie nie będzie, są ze mną, choć w innej postaci. Daje mi poczucie, że Boże Narodzenie to nie święta śniegu, prezentów i reniferów, a raczej święta trwania i przemiany, święta rodziny i bliskich, tych z dzisiaj i tych z wczoraj. Daje też nadzieję, że będe zajmować wolne miejsce przy stole za klikadziesiąt lat, w pamięci, w myślach, we wspomnieniach.

Choć na blogu nikt tego jeszcze nie robił, to zamieszczam link do piosenki o której piszę. Beata Rybotycka, Kolęda dla nieobecnych.

Zaduszkowe pytania 10 Autor: Wacław Oszajca SJ

Nov2

Pierwszy raz ten dźwięk usłyszałem ponad trzydzieści lat temu na cmentarzu w Niedrzwicy Kościelnej, potem jeszcze dwa razy. Jeden raz, gdy podchodziłem z Karbu na szczyt Kościelca i ostatni raz schodząc Zawratem do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Do dziś dnia nie potrafię jednak tego dźwięku nazwać, opisać. Być może dałoby się go wydobyć z jakiegoś instrumentu muzycznego lub stworzyć na symulatorze. Za pierwszy razem ów dźwięk wydała, wydobyła z siebie, wyrzuciła, wykrzyczała, młoda kobieta w momencie spuszczania do grobu trumny ze zwłokami jej męża. Żyli ze sobą zaledwie parę lat. Drugim razem, jak się potem okazało, bo w pierwszej chwili myślałem, że to ludzki głos, wydała ten dźwięk spadająca w przepaść kozica, a za trzecim razem dziewczyna, kilkunastoletni podlotek. Schodząc z ojcem i wujkiem Żlebem Zawrackim, pośliznęła się i osunęła kilkanaście metrów. Na szczęście utknęła na niewielkiej półeczce. Stojąc nad grobem i słysząc głos kobiety, pomyślałem – Boże, przecież ona krzyczy, nie krzyczy, raczej głośno skuczy, skomli, wprost wyje, jak zwierze. Nic dziwnego, że po kilku latach, słysząc głos spadającej kozicy, pomyślałem – Boże, jakiś człowiek spada w przepaść. Wszystkie te głosy brzmiały podobnie, zwierzęco-ludzko.

czytaj dalej »

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com