Kategoria Filozofia

Ciążąca ciąża 17 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Jul1

Obowiązujące w Polsce prawo dopuszcza w pewnych przypadkach aborcję do 12 tygodnia płodu. A jak wygląda 12-tygodniowy płód? W 12 tygodniu dziecko potrafi podkurczać nogi, obracać stopy i prostować palce u nóg, zaciskać piąstkę, marszczyć brwi. Wykazuje ono w swoim zachowaniu i budowie indywidualne cechy; odczuwa i reaguje na stany emocjonalne matki. Funkcjonują już wszystkie narządy; i tak np. woreczek żółciowy wytwarza żółć, trzustka – insulinę, a przysadka mózgowa – hormon wzrostu. Dziecko osiąga około 9 cm wzrostu i 30 g wagi. Jeśli 12-tygodniowy płód nie jest dzieckiem, człowiekiem, to kim jest? A jeśli jest człowiekiem, to czym jest tzw. aborcja? Czy widzieliście zdjęcia kilkunastotygodniowych płodów po skrobance? Nie chodzi o to, aby straszyć i wzbudzać niepotrzebnie poczucie winy. Warto takie zdjęcia obejrzeć, bo wobec zakłamanego języka pomagają utrzymać kontakt z rzeczywistością.

Z różnych koncepcji prawno-moralnych dotyczących aborcji najbardziej logiczne są dwie. Pierwsza głosi, że życie człowieka zaczyna się w momencie poczęcia i jako takie zasługuje na ochronę. Ergo, aborcja jest niedopuszczalna, chyba że jako niezamierzony bezpośrednio skutek ratowania życia matki. Druga opcja została kiedyś wyrażona przez wybitnego uczonego, odkrywcę struktury DNA, Francisa Cricka. Stwierdził on, że nawet po urodzeniu powinna istnieć możliwość zgładzenia nowonarodzonej istoty, jeśli nie spełniałaby wcześniej określonych kryteriów człowieczeństwa. Ten pogląd jest straszny, ale jest logiczny przy założeniach, które przyjmują aborcjoniści. Mniej radykalne, a mimo to bardziej skandalizujące, poglądy na temat aborcji miał kolega Cricka, współodkrywca struktury DNA, James Watson. Stwierdził on kiedyś: „Jeśli kobiety wiedziałyby, że noszą w łonie homoseksualne dziecko, powinny mieć prawo je usunąć”.

Red. Pacewicz z GW przy okazji sporu wokół 14-latki z Lublina powtarzał tezę, że etyka nie może być ponad prawem. W konsekwencji katolicy nie mogą stawiać etyki katolickiej ponad obowiązujące w Polsce prawo. To dosyć ryzykowna teza, tym bardziej, że samo środowisko GW dopuszcza sytuacje, w których etyka staje ponad prawem. Tak było w przypadku ustawy lustracyjnej. Stwierdzono, że prawo, które domaga się od takich autorytetów jak np. prof. Geremek zeznania lustracyjnego, stoi w sprzeczności z godnością człowieka. Ergo, trzeba zbojkotować to prawo. Pomijam fakt, że w przypadku 14-latki nie chodziło o żadne łamanie prawa, ale o pomoc pełnej wahań i wątpliwości dziewczynie. Chyba ze ktoś rozumie prawo wyboru jako prawo wyboru jednej opcji. Aborcji. W każdym razie ludzie pokazujący Agacie inne możliwości niż usunięcie dziecka (np. urodzenie i oddanie do adopcji) zostali okrzyknięci fundamentalistami zagrażającymi państwu prawa, a wyśmiewający obowiązującą ustawę lustracyjną okazali się bojownikami o godność każdego człowieka.

Użyłem wyrażenia „usunięcie dziecka”. Nie dziecka, ale możliwości dziecka – zaprotestuje niejeden myśliciel aborcyjny. Kazimiera Szczuka skarciła w Radiu TOK FM biednego redaktora Wołka, kiedy ten nazwał Agatę matką. Czołowa feministka zauważyła, że Agata nie jest matką, ale jedynie zaszła w ciążę (sic!). Ciekawe! Niedawno moja kuzynka opowiadała mi, że przed urodzeniem czytała swemu dziecku bajki, a także przystawiała do brzucha głośniczki, aby mogło ono słuchać muzyki. Kuzynka będąc w ciąży nie miała wątpliwości, że jest matką, i że ma kontakt ze swoim dzieckiem. Dla aborcjonistów istota ludzka istnieje wtedy, kiedy jest chciana, a kiedy nie jest chciana, to nie ma istoty ludzkiej, dziecka, a jest jedynie abstrakcyjna ciążąca ciąża. Tego rodzaju pogląd jest niewątpliwie interesujący z filozoficznego punktu widzenia. Pewien filozof mawiał, że kiedy patrzę na stół, to ten stół istnieje, ale jeśli odwrócę się od stołu i go nie widzę, to stołu nie ma. Ciekawe! Ale tylko jako zabawa intelektualna. Bo w praktyce wolę odwoływać się do filozofii uznającej istnienie rzeczywistości niezależnej od mojego wzroku.

Bałwochwalstwo 1 Autor: Małgorzata Felicka

Jun15

Diagnoza Simone Weil dotycząca współczesności brzmi krótko i dobitnie: cierpimy na chorobę bałwochwalstwa. To bałwochwalstwo właściwe jest na równi nauce i religii, a dusza współczesnego człowieka rozdarta jest między przyznaniem władzy jednej z nich, z tym, że religia w tych wahaniach coraz częściej przegrywa.

Albowiem we wszystko można dziś wątpić i wszystko ośmieszać, ale nikt nie wątpi i nie pogardza nauką. Simone Weil pisała, że „we wszystkich polemikach, w których religia i nauka zdają się popadać ze sobą w konflikt, jest po stronie Kościoła prawie śmieszna niższość intelektualna, polegająca nie na sile przeciwnych argumentów, na ogół bardzo miernych, ale wyłącznie na kompleksie niższości”. Czy jest to kompleks o rzeczywistych podstawach? Jak można się z nim rozprawić?

Należy spojrzeć na naukę współczesną i odkryć jej ukryte przed okiem publiczności cechy i założenia. Zacznijmy od ważnego spostrzeżenia, że ponieważ jeśli chodzi o naukę, nie ma dziś ludzi niewierzących w nią, odpowiedzialność naukowców jest podobna do tej, którą mieli w XII i XIII księża i zakonnicy. Społeczeństwo żywi ich, aby mieli dosyć czasu wolnego na szukanie, odnajdywanie i przekazywanie mu tego, czym jest prawda. Zamiast tego uczeni ulegają opinii zbiorowej i poddają się modzie. czytaj dalej »

Między projektem a przypadkiem 13 Autor: Małgorzata Felicka

May22

W trakcie dyskusji po wykładzie prof. Andrzeja Brodziaka na temat rozwoju życia, budowy kosmosu i zgodności obserwacji tych dwóch pól z teorią ewolucji dało się zaobserwować polaryzację stanowisk. Część słuchaczy, włącznie z prelegentem, wyrażała wątpliwość, czy teoria ewolucji w zadowalający sposób może tłumaczyć wskazane na wykładzie liczne złożone i zaskakujące zjawiska, czy wyjaśnień nie należy poszukiwać gdzie indziej, natomiast reszta, zwolennicy teorii ewolucji, wzbraniali się przed przyznaniem, że należy doszukiwać się w świecie czegoś, co wykraczałoby poza świat.

Spór taki nie jest czymś wyjątkowym, trwa właściwie od początku nowoczesnej nauki, zainteresowały mnie natomiast używane argumenty ze względu na ich warstwę językową, która jest, moim zdaniem, symptomatyczna i pozwalająca na dokonanie pewnego uogólnienia. Nietrudno było zauważyć, że po jednej stronie jak refren padało słowo „projekt” a po drugiej „przypadek”. czytaj dalej »

List o nauczycielach 4 Autor: Małgorzata Felicka

May9

Wykazałabym się naiwnością i brakiem skromności, gdybym sądziła, że Cię przekonam do wiary w świętość Księgi jednym lub dwoma krótkimi wpisami. Na pewno nie od dziś się nad tym zastanawiasz. Przede wszystkim zgadzam się z Tobą całkowicie w najistotniejszej kwestii: nie można udawać, że się coś przyjmuje za prawdę. Nie można iść na łatwiznę i z machnięciem ręki przystawać na to, co mówią inni nie podejmując własnego wysiłku poznania. To jest dopiero lekceważenie Boga! Machnąć ręką na to, co się jawi umysłowi, zamknąć go na ukazującą się prawdę, to uznać bez walki, że wszystko jest bez sensu, to obrażać Boga i Jego objawienie. Wtedy można wyznawać tylko bożka, chociaż sądzi się, że wyznaje się Boga. Temu bożkowi na imię można by dać: lenistwo, „święty” spokój, konformizm itp. Natomiast dopóki szukamy prawdy, mamy szansę ją znaleźć. Zauważam u Ciebie to przekonanie, któremu sama hołduję – że tylko ja sama jestem odpowiedzialna za to, co uznam za prawdę. I sadzę, że oboje wiemy, że dla myślącego człowieka nie jest to sprawa prosta.

Jednak, mimo, że drogę do poznania przebywa się na własny rachunek, człowiek nie przebywa jej sam, bo towarzyszą mu inni ludzie. Ta okoliczność nam często umyka w czasach promujących wolność polegającą na niezależności, samodzielności i oryginalności. Dlatego dobrze jest zwrócić szczególną uwagę na to, że ciągle spotyka się kogoś, kto może coś pokazać, na coś naprowadzić. Słowem, spotyka się nauczycieli. Nawet jednak Dobry Nauczyciel – jak Jezusa nazywali niektórzy uczniowie – mimo Jego życia i Jego ofiary – nie wszystkich przekonał. I właśnie do tych, których nie przekonał, posyła innych nauczycieli. Odzywam się więc do Ciebie po to, żeby Ci opowiedzieć o moich nauczycielach i życzyć Ci wyczulenia uwagi na spotkania z Twoimi nauczycielami. czytaj dalej »

Przyjmijmy, że to prawda 4 Autor: Rafał Figas

May3

Tekst ten jest kontynuacją dyskusji pomiędzy mną a Małgorzatą Felicką. Dyskusja ta rozpoczęła się od mojego określenia Biblii (głównie Starego Testamentu) jako „książki o facecie w rybie”. Małgorzata zaś stara się bronić mądrości i natchnionego charakteru tego utworu.

Biblię dzielę w swoich analizach na Stary i Nowy Testament. Wielokrotnie już wspominałem, że dużo łatwiej mi zaakceptować mądrość i natchniony charakter Nowego Testamentu niż Starego, choć i tu wielu może mieć wątpliwości.

Stary Testament jest zbiorem różnych pism o słabo znanym pochodzeniu. Również sposób i zasady wyboru tych pism mogą budzić wątpliwości. W uproszczeniu można rzec, że kilku facetów zebranych jako następcy apostołów usiadło i jedne pisma zatwierdziło, a inne odrzuciło. W dodatku ci sami lub ich następcy dokonali korekt uznając, że jedne zasady wygasły, a inne nie. Wystarczy się przyjrzeć chociażby wspominanemu wielokrotnie przeze mnie zakazowi tworzenia obrazów Boga zawartych w oryginalnych 10 przykazaniach czy też zakazowi przetaczania krwi, czy dziesiątkom innych zasad zawartych chociażby w Księdze Kapłańskiej. A żeby dodać jeszcze więcej dramatyzmu do całej sytuacji warto przypomnieć, że owi następcy apostołów wielokrotnie wykazywali się delikatnie rzecz ujmując niewielką moralnością zwłaszcza jak na nasze obecne standardy. To byli bardziej szamani z lokalnej wioski niż wielkie umysły, oczywiście w kategoriach dzisiejszego świata patrząc.

Przyjmijmy jednak, że to wszystko co nam się mówi to prawda. Przyjmijmy, że w tych pismach mówi do nas Bóg, przyjmijmy, że to jego słowo pisane ręką natchnionego autora. Zastanówmy się jakie są konsekwencje takiego założenia?

czytaj dalej »

A jeśli to prawda? 4 Autor: Małgorzata Felicka

Apr21

Jeśli zgadzam się na to, że moje oczy widzą rzeczywistość tak, że mówią mi o niej coś istotnego, coś takiego, że mogę się w niej poruszać, planować, wnioskować, to przecież z logicznego punktu widzenia zgadzam się na absurd. Ulegam aberracji i swój punkt widzenia uprzywilejowuję. No bo, czym jest mały wycinek widma, który widzę w porównaniu z całym spektrum, czym jest ta perspektywa, która jest dostępna mojemu wzrokowi w porównaniu z widokiem całego wszechświata widzianym z nieskończonej liczby jego miejsc? To przecież absurd, żeby na podstawie tak małej ilości informacji o czymkolwiek móc wnioskować. A jednak wnioskuję. I to z powodzeniem, a świadczy o tym to, że umiem utrzymać się przy życiu.

Dlatego, będąc świadoma, że nie zawsze postępuję zgodnie z logiką i że czasami jest to opłacalne, nie odrzucam Pisma świętego jako słowa Boga bez chwilowego choćby założenia, że może jednak jest inaczej niż podpowiada logika. A może to racja, że jest święte? Może to Bóg mówi przez natchnionych autorów? Intelektualna uczciwość wymaga sprawdzenia obu ewentualności 1) że to bzdura i bajeczki 2) że to prawda. Jeśli tak naprawdę, bez uprzedzenia dopuszczę możliwość, że to prawda, to dopiero wtedy skorzystam z pełni władz mojego rozumu.

czytaj dalej »

Paradoks kochania – w kręgu myśli Simone Weil 12 Autor: Małgorzata Felicka

Apr18

Bóg jest miłością. Jako taki nie może być sam. Miłość to pragnienie uszczęśliwienia kogoś innego. Z zapomnieniem siebie. Dopiero uszczęśliwienie kogoś innego, bezgraniczne skupienie na tym uwagi i woli, przynosi jako efekt uboczny szczęście temu, kto tak czyni. Nie może on jednak nigdy działać mając (choćby tylko w tle) ten uboczny efekt na względzie. Jedynym celem musi być uszczęśliwianie drugiego.

A zatem Bóg potrzebuje innego, bo jest Miłością. U Greków był Dobrem. Dobro jest statyczne. Ono jest gdzieś ponad nami, w świecie idei Platona. Jest jak odważnik, jak słońce. Miłość zaś jest dynamiczna. Miłość jest wektorem, strzałą dążącą do innego. Można by powiedzieć, że miłość jest wektorem a dobro skalarem. Miłość nie może zrealizować się w Jedni Plotyna ani u Pierwszego Poruszyciela Arystotelesa, ani w Idei najwyższej Platona. Absolut Greków jest statycznym wpatrywaniem się doskonałego Bytu w samego siebie. Jest w tym czystość i cisza, nieporuszona wieczność i lodowata samotność.

czytaj dalej »

Racjonalność ufności 11 Autor: Małgorzata Felicka

Mar29

Uważne słuchanie, w trakcie którego wstępnie założy się, że ten, kogo słuchamy może mieć coś ważnego do powiedzenia, jak również założy się, że mówiący może mieć rację, prowadzić może do dwóch efektów. Jeden to zrozumienie, a więc zgoda z mówiącym. Wtedy człowiek staje się posłuszny temu, co zrozumiał, własnemu rozumowi. To posłuszeństwo przychodzi łatwo. Jest racjonalne, tak musimy postępować, żeby żyć. Po to zostaliśmy obdarzeni rozumem, żeby się nim kierować. Jest to, poza tym, przyjemne, gdyż, przyjemne jest odkrywanie zdolności własnego rozumu do rozumienia czegoś, co dotąd było niezrozumiałe, a więc zakryte.

Trudniejszy i budzący opór jest drugi efekt. Zachodzi on wówczas, gdy nie rozumiemy tego, co do nas ktoś mówi, lub rozumiemy tylko częściowo. Tak przemawia do nas świat, co starałam się pokazać na podstawie wykładu o współczesnych teoriach dotyczących budowy wszechświata (post „Potrzeba posłuchania, potrzeba posłuszeństwa”). Jeśli się dobrze zastanowić, to każdy przekaz jest niepełny, każdemu rozmówcy musimy dać pewien kredyt zaufania. Oczywiście istnieje kwestia stopnia. Jeśli więc mamy do czynienia z mową, której w większości nie rozumiemy, to możemy ją odrzucić. Nasz racjonalny umysł prawie tego wymaga, bo chce przyjmować tylko to, co jest dowiedzione. Jednak obszar tego, co dowiedzione jest niewielki. Przyjęcie takiego stanowiska prowadzi do tego, że otacza nas wtedy cała ogromna przestrzeń niedotykalna myślą ani mową (jak przewrotnie, bo pozornie, proponował Wittgenstein w swoim Traktacie logiczno-filozoficznym). Nadal jednak chcemy rozumieć nasze otoczenie i samych siebie. Tak po prostu jesteśmy skonstruowani – jako byty dążące do rozumienia. czytaj dalej »

Potrzeba posłuchania, potrzeba posłuszeństwa 4 Autor: Małgorzata Felicka

Mar1

Kiedy słucham mądrych ludzi ogarnia mnie wdzięczność, że chcieli się ze mną swą mądrością podzielić. Takie odczucie miałam na wykładzie dr Stanisława Bajtlika pt „Z czego zbudowany jest wszechświat. Największa tajemnica współczesnej fizyki”. Przypomniałam sobie po latach, jak piękne jest połączenie dyscypliny wynikającej z dyskursu naukowego, a więc także szacunku dla konkretu pomiarowego z iście metafizyczną wyobraźnią sięgającą granic ludzkich możliwości. Można zatęsknić za czasami, kiedy filozofią zajmowali się przedstawiciele nauk przyrodniczych, tacy jak Leibniz, Pascal, Spinoza. To były piękne czasy. W dużym stopniu poskramiana była pokusa taplania się w wytworach własnej wyobraźni – co tak prześladuje współczesnych „myślicieli” – i brania tych wytworów za rzeczywistość bardziej rzeczywistą od otaczającej nas, namacalnej rzeczywistości.

Wykład był świetny. Bardzo poglądowy, bogato ilustrowany zdjęciami kosmosu. Wykładowca ułatwiał słuchaczom zadanie rozumienia posługując się licznymi pomocami naukowymi w postaci tablicy (pokazującej powierzchnię symbolizującą przestrzeń płaską, euklidesową), globusa (pokazującego przestrzeń o krzywiźnie powodującej marszczenie się płaskiego trójkąta rozciągniętego na niej), szwajcarskiego siodła (pokazującego przestrzeń o geometrii nieeuklidesowej, w której trójkąt płaski, ulega rozerwaniu), blaszanej rury (symbolizującej przestrzeń, w której trójkąt zachowuje sumę kątów równą 180 st, a jednak nie jest płaski), opony od koła ciężarówki (pokazującej torus, czyli kształt, który ma wszechświat), piłeczki tenisowej, która podrzucana ilustrowała zmieniającą się prędkość rozszerzania wszechświata i sznurka symbolizującego promień świetlny. Można było lepiej uporządkować sobie wiadomości o tym , że kosmos – według przewidywań, dotyczących jego rozszerzania się i jego rozmiarów, na które wskazuje jego historia znana nam już dość dobrze od momentu tak wczesnego jak 250 tys. lat po wielkim wybuchu, od którego minęło 14 mld. lat i od którego wszystko się zaczęło – powinien spełniać warunki określone przez geometrię euklidesową, w której suma kątów trójkąta wynosi 180 stopni. Z kolei pociąga to za sobą wniosek, że siły grawitacji powinny równoważyć siłę wytworzoną przez wielki wybuch, a z tych warunków wynika dalej określona gęstość materii we wszechświecie. (To przejście jest dla mnie niejasne, może mnie ktoś poprawi).

czytaj dalej »

Wstyd i poczucie winy 0 Autor: Małgorzata Felicka

Feb16

Po uzyskaniu dyplomu uprawniającego do terapii osób uzależnionych od alkoholu, szybko przekonałam się, że ta rola mnie przerasta, zajęłam się za to przez chwilę tłumaczeniami z tej dziedziny. Pamiętam zwłaszcza niewielką książeczkę klasyka ruchu AA, Ernesta Kurtza, pt. „Wstyd i poczucie winy” prezentującą mądre i jasne rozróżnienie między poczuciem winy a wstydem. Autor dowodzi, że fiasko terapii alkoholizmu bywa często spowodowane przez skoncentrowanie się na poczuciu winy, podczas, gdy o wiele bardziej nabrzmiałym problemem jest dla alkoholika wstyd. To nic, że mowa jest o alkoholizmie, podejmowane tematy są uniwersalne, dotyczą każdego, a alkoholizm pozwala jedynie na ich wyostrzony ogląd.

W twierdzeniach założycieli i teoretyków AA nie ma właściwie niczego odkrywczego. Od wielu starszych systemów religijnych i filozoficznych, które AA włącza i z których korzysta, ruch ten wyróżniają głównie dwie cechy. Pierwszą jest bezpretensjonalność i skromność sformułowań sprawiająca, że zostają pozbawione zakorzenionych w tradycji konotacji, brzmią nowocześnie, nie wzbudzają takiego oporu jak wygłaszane w zrytualizowanym języku treści religijne i wygłaszane w przeintelektualizowanym języku treści filozoficzne. Drugim wyróżnikiem jest to, że rozmowa w duchu 12 kroków AA toczy się pomiędzy ludźmi, dla których jej tematyka dotyka najżywotniejszych kwestii dotyczących życia i śmierci, i że jej uczestnicy nie traktują jej jako kwiatka do kożucha, tylko jako nerw i być- albo- nie- być swojego jedynego życia.

czytaj dalej »

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com