<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Blog Powszechny &#187; Kościół</title>
	<atom:link href="http://www.blogpowszechny.pl/category/kosciol/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.blogpowszechny.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Tue, 24 Jan 2012 22:32:16 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>Królowanie i polityka</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/23/krolowanie-i-polityka</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/23/krolowanie-i-polityka#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 23 Nov 2011 20:24:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Teologia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1662</guid>
		<description><![CDATA[Do istoty Jezusowego przepowiadania Ewangelii należy głoszenie, że Królestwo Boże właśnie zostało zainaugurowane pośrodku tego świata (choć później Jezus mówi, by w modlitwie „Ojcze nasz” prosić o jego nadejście). Tak zaczyna się publiczna działalność Chrystusa, a królewskie panowanie Boga zostaje nierozłącznie związane z osobą Chrystusa. Jednakże, jak to jest z każdym tytułem przypisywanym Bogu czy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Do istoty Jezusowego przepowiadania Ewangelii należy głoszenie, że Królestwo Boże właśnie zostało zainaugurowane pośrodku tego świata (choć później Jezus mówi, by w modlitwie „Ojcze nasz” prosić o jego nadejście). Tak zaczyna się publiczna działalność Chrystusa, a królewskie panowanie Boga zostaje nierozłącznie związane z osobą Chrystusa. Jednakże, jak to jest z każdym tytułem przypisywanym Bogu czy Chrystusowi, trzeba być bardzo ostrożnym w jego rozumieniu i używaniu. Teologia przypomina, że jeżeli porównujemy Boga do rzeczywistości tego świata, to jednocześnie powinniśmy podkreślać całkowite niepodobieństwo pomiędzy ludzkim przedstawieniem i tym, kim Bóg jest naprawdę. Jest to postulat, by wiara i refleksja nad nią była samokrytyczna i nie stała się kolejną ideologią tego świata.</p>
<p><span id="more-1662"></span></p>
<p>Uroczystość Chrystusa Króla została ustanowiona w 1925 roku przez Piusa XI. Dla tego papieża istotne było uznanie królowania Chrystusa zarówno w odniesieniu do jednostki, rodziny, jak i całego społeczeństwa, państw i narodów (por. encyklika „Quas primas”, Denzinger-Hünermann 3678-3679). Idea Chrystusa Króla jest bardzo wrażliwa na społeczno-polityczne interpretacje (przede wszystkim teokratyczne). Jest tak przede wszystkim z uwagi na kontekst. Ustanowienia tej uroczystości jest bowiem głęboko zakorzenione w doświadczeniach XIX wieku, kiedy to Kościół Walczący zwierał szeregi w walce z sekularnymi, liberalnymi i socjalistycznymi ideologiami oraz modernistycznymi trendami we własnym łonie. Niemniej istotne były też współczesne Piusowi XI wydarzenia: zwycięstwo rewolucji bolszewickiej czy rozwijające się faszyzmy. A jeśli chodzi o sam Kościół, to warto zauważyć że, refleksja teologiczna tamtego okresu rozwijała jednostronnie chrystologię Chrystusa Zwycięzcy i Pana. W tekstach Magisterium podkreślana była przede wszystkim teraźniejszość oraz światowy wymiar panowania Chrystusa. Trzeba wspomnieć społeczne encykliki „Rerum novarum” Leona XIII oraz „Quadragesimo anno” Piusa XI, które są bliskie ideowo encyklice z 1925 roku. Duchowość i formy pobożności związane z Chrystusem Królem mają powiązanie z katolicką nauką społeczną tamtego okresu i Akcją Katolicką, a więc inicjatywami nastawionymi na wpływanie na konkretne problemy społeczno-polityczne tego świata.</p>
<p>Wprowadzenie święta nie obyło się bez kontrowersji. Głównym zarzutem było to, że uniwersalne królowanie Jezusa zawarte jest w przesłaniu innej uroczystości, Epifanii, która już od czasów starożytnego Kościoła była obchodzona 6 stycznia. Tutaj funkcjonuje ono w ramach historii dzieciństwa Jezusa. Jednak królowanie Jezusa ma jeszcze inny kontekst, mianowicie, związany z Jego Paschą. W ten sposób pojawia się ogromnie istotny krytyczny wymiar tego tytułu i funkcji Jezusa jako Króla.</p>
<p>Możliwe nazbyt doczesne interpretacje zostały złagodzone liturgiczną reformą Soboru Watykańskiego II. W jej konsekwencji uroczystość przeniesiono z ostatniej niedzieli października na ostatnią niedzielę roku liturgicznego. Stała się ona w ten sposób przejściem do Adwentu, który jest przygotowaniem na powtórne przyjście Pana. Panowanie Chrystusa nabrało eschatologicznego wymiaru. Od tamtego czasu też przewidziano trzy ewangelie na tę uroczystość. W roku A przywołany jest obraz sądu ostatecznego i sądzenie z uczynków miłości (Mt 25,31-46). W roku B czyta się fragment procesu Jezusa przed Piłatem, podczas którego Jezus stwierdza, że jest Królem, ale Jego królestwo nie jest z tego świata (Jn 18,33-37; ten tekst był przewidziany już przy wprowadzeniu uroczystości w 1925 roku). W roku C perykopa wskazuje na krzyż jako właściwy “tron” Chrystusa Króla (Łk 23,35-43). Ten dobór tekstów pokazuje zmagania posoborowego Kościoła, by doczesny aspekty Królestwa Chrystusa (z jego możliwymi społecznymi i politycznymi implikacjami) zrównoważyć aspektami związanymi z teologią krzyża oraz wymiarem eschatologicznym.</p>
<p>Uroczystość Chrystusa Króla ma pewien istotny potencjał polityczny. Trzeba pamiętać, że już w historiach z dzieciństwa Jezusa sugerowanie królewskiej godności nowo narodzonego Dziecięcia posiadało polityczny wymiar. To przecież doczesny król, Herod, „przeraził się” (Mt 2, 3), czuł, że jego panowanie jest kwestionowane i zagrożone przez Narodzenie w Betlejem. Podejmuje się więc podstępów i dopuszcza się przemocy (Mt 2,16-18). Bardzo podobnie jest w scenie z Piłatem. Jezus staje wobec politycznego władcy, reprezentanta (konkretnego, historycznego) państwa, na forum publicznym. Centralnym elementem jest dyskusja o prawdzie. Piłat jako polityczny władca, odrzuca Jezusowe świadectwo o królestwie nie z tego świata. Piłat także czuje się zagrożony i musi uciekać się do różnych wybiegów.</p>
<p>Jezusowe królestwo realizuje się jednak w pełni dopiero na krzyżu. Wtedy właśnie, ktoś (złoczyńca) może poprosić Go: „Jezus, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa” (Łk 23,42-43). To kontekst historii Męki i Śmierci Jezusa  ukazuje, jak bardzo tytuł Króla odniesiony do Niego, zmienia swoje znaczenie i jak bardzo niewłaściwe jest posługiwanie się ukształtowanym w ludzkich warunkach pojęciem królowania.</p>
<p>W liturgii, celebrując królowanie Chrystusa, Kościół przypomina sobie i przyznaje się, że musi być krytyczny wobec wszelkiej władzy tego świata, nawet wtedy, gdy będzie go to dużo kosztowało. Żadna władza bowiem nie lubi być kwestionowana. Także w Kościele. Krytyczna moc tej uroczystości odnosi się bowiem też do form relacji międzyludzkich opartych na wzorcach władzy doczesnej a stosowanych w strukturach samego Kościoła. Kościół w tę uroczystość przypomina sobie, że musi sam być krytyczny wobec woli mocy i struktur władzy w swoim wnętrzu. Panowanie Chrystusa tylko wtedy odróżnia się wyraźnie od władzy tego świata, jeśli jest też społecznie i politycznie wyraźnie widzialne i postrzegalne jako panowanie prawdy, sprawiedliwości, pokoju i miłości. Znaczące jest to, że na tę uroczystość przewidziane jest odnowienie aktu oddania się Najświętszemu Sercu Jezusa, bardzo wymownemu symbolowi Bożej Miłości.</p>
<p>W tekście odwołuję się do opracowania Hansa Ulricha Weidemanna.<em> </em>Bardzo kompetentne, wieloaspektowe i szczegółowe studium o uroczystości Chrystusa Króla zawiera publikacja Christiana Joostena, <em>Das Christkönigsfest. </em><em>Liturgie im Spannungsfeld zwischen Frömmigkeit und Politik</em>, Seria: Pietas Liturgica Studia nr. 12, Tübingen und Basel 2002.<em></em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/23/krolowanie-i-polityka"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/23/krolowanie-i-polityka" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/23/krolowanie-i-polityka" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/23/krolowanie-i-polityka/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czy Asyż musi być tylko w Asyżu?</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/26/czy-asyz-musi-byc-tylko-w-asyzu</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/26/czy-asyz-musi-byc-tylko-w-asyzu#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 26 Oct 2011 17:43:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>
		<category><![CDATA[Kościół]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1613</guid>
		<description><![CDATA[Niekiedy podkreśla się niejednoznaczność inicjatywy, jaką 25 lat temu wysunął i zrealizował w Asyżu Jan Paweł II. Nieraz mocno wytykano mu to, że spotkał się z wyznawcami wielkich religii i zanosił razem z nimi modlitwę do Boga o pokój. Tymi głosami miała się wyrażać troska o czystość wiary i chęć ochrony „maluczkich” w wierze. Wraz [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Niekiedy podkreśla się niejednoznaczność inicjatywy, jaką 25 lat temu wysunął i zrealizował w Asyżu Jan Paweł II. Nieraz mocno wytykano mu to, że spotkał się z wyznawcami wielkich religii i zanosił razem z nimi modlitwę do Boga o pokój. Tymi głosami miała się wyrażać troska o czystość wiary i chęć ochrony „maluczkich” w wierze.</p>
<p>Wraz z upływem czasu Asyż stał się symbolem ważnego doświadczenia duchowego. Było ono i ciągle jest próbą dania adekwatnej odpowiedzi na wzrastającą różnorodność kulturową i religijną każdego zakątka świata, co nie raz prowadziło i prowadzi do napięć i konfliktów. Doświadczenie, które rodzi się ze wspólnej modlitwy ma przeciwstawić się doświadczeniu, które powstaje ze wzajemnej walki. Ma stać się kamieniem węgielnym kultury pokoju.</p>
<p><span id="more-1613"></span></p>
<p>Być może w Polsce nie odczuwamy przenikającego ludzi na całym świecie doświadczenia pluralizmu religijnego. Ten brak odczuwania jest jednak złudny. Nie możemy pomijać faktu, że miliony, zwłaszcza młodych Polaków w ostatnich latach dłużej lub krócej przebywała i przebywa za granicą. Weszli oni w kontakt i relacje z ogromną ilością religii, wyznań i wierzeń. I to nieraz bardzo bliskie relacje: w pracy, wspólnie wynajmując mieszkanie, przyjaźniąc się, czy w końcu wchodząc w związki małżeńskie lub partnerskie. Z doświadczenia duszpasterza emigracyjnego wiem, że ten brak świadomości u polskich wiernych nauczania Kościoła, a przede wszystkim nauki Jana Pawła II o relacji katolicyzmu do innych religii nieraz skutkował odejściem od własnej wiary, niezrozumieniem innych wyznawców, zamknięciem, lękiem lub obojętnością.</p>
<p>Świadomości tego, nieraz bardzo mocnego doświadczania przez wielu Polaków religijnego pluralizmu wydaje się nie mieć polskie duchowieństwo. Przynajmniej nie przejawia się ta świadomość na poziomie refleksji i dyskursu. Być może dlatego tak trudno przychodzi nam choćby tylko zapytać się, czy wielość religii mówi coś nam, polskim katolikom, gdy podejmujemy refleksję nad naszą własną wiarą dziś w Polsce. A nauczanie Magisterium Kościoła wskazuje, że powinno nam wiele mówić.</p>
<p>Sobór dostrzegał działanie Ducha Świętego raczej w ziemskich aspiracjach i pragnieniach ludzi, takich jak pokój, braterstwo praca rozwój, milcząc o pragnieniach i działaniach bezpośrednio religijnych. To chyba dopiero Jan Paweł II wyakcentował uniwersalną obecność Ducha Bożego w życiu religijnym wyznawców innych tradycji religijnych: „W inny sposób i w innej mierze należy odnieść to samo [co było powiedziane o stosunku do innych wyznań chrześcijańskich - jp] do działalności mającej na celu zbliżenie z przedstawicielami innych religii, pozachrześcijańskich, wyrażającej się w dialogu, w spotkaniach, we wspólnej modlitwie, w odkrywaniu tych skarbów ludzkiej osobowości, których — jak dobrze wiemy — nie brak również wyznawcom tych religii. A czy niejednokrotnie zdecydowane przekonania w wierze wyznawców religii pozachrześcijańskich — będące również owocem Ducha Prawdy przekraczającego w swym działaniu widzialny obręb Mistycznego Ciała Chrystusa — nie mogłoby wprawić w zakłopotanie chrześcijan” (Redemptor Hominis 6). A w Redemptoris Missio (28) Papież pisze, że obecność Ducha przenika nie tylko  życie religijne poszczególnych ludzi, lecz także religie, do których należą. Dla Jacquesa Dupuis SJ, wybitnego badacza tego tematu, oznacza to, że autentyczna modlitwa, wartości i cnoty ludzkie, skarby mądrości ukryte w tradycjach religijnych, dialog i rzeczywiste spotkanie między ich wyznawcami stanowią owoce aktywnej obecności Ducha. Jeśli tak, to Duch Chrystusa zapewne nie czyni tego na darmo. Ma nam, jako chrześcijanom, coś do powiedzenia, coś, czego w inny sposób może nie dałoby się wyrazić ani przekazać. Lekceważąc to doświadczenie, być może lekceważy się przesłanie, które Duch Boży kieruje do naszych serc (z pewnością, jest nim najpierw wezwanie do nawrócenia).</p>
<p>W Asyżu łączą się wyznawcy wielkiej liczby religii w modlitwie do Boga o pokój na świecie. Jak zauważa francuski teolog, Joseph Moingt SJ, wierzący łączą się w modlitwie, ale nie w tej samej modlitwie, modlą się jednocześnie, ale jednak oddzielnie i zgodnie z własną tradycją. Tożsamość Tego, do kogo się modlą jest przecież związana z wyznawaną religią. Chrześcijanie mają szczególny sposób modlenia się do Boga, który jest Ojcem Jezusa. Niemniej modląc się i widząc innych modlących się tworzy się specyficzny klimat, w którym przyznajemy, że sami, jako katolicy i jako ludzkość, nie jesteśmy w stanie skutecznie podjąć pewnych problemów i znaleźć efektywne rozwiązania. Cała ludzka mądrość, także każda religia, a nawet wszystkie religie razem, jakoś zawodzą. Potrzebna jest moc i mądrość spoza nas. Modląc się autentycznie w taki czy inny sposób, ludzie zawsze schodzą w głębie swoich serc, przekraczają powierzchowne urazy, emocje, uprzedzenia, by dotknąć mieszkającej w każdym człowieku ciszy. Jest to cisza Boga. Z niej rodzi się pokój.</p>
<p>Właśnie intymność z Tym, który przekracza wszystko nam znane, ukryte osobiste życie z Nim, są nadzieją na łagodność, radość i pokój przewyższający wszelki umysł. Jeśli winniśmy w czymś się wzajemnie inspirować i „rywalizować” jako wyznawcy różnych religii, to właśnie w sztuce głębokiej modlitwy. I dlatego warto zadbać, by Asyż był wszędzie.</p>
<p>&nbsp;</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/26/czy-asyz-musi-byc-tylko-w-asyzu"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/26/czy-asyz-musi-byc-tylko-w-asyzu" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/26/czy-asyz-musi-byc-tylko-w-asyzu" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/26/czy-asyz-musi-byc-tylko-w-asyzu/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ksiądz Skarga jako odtrutka?</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 24 Oct 2011 19:30:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Jan Paweł II]]></category>
		<category><![CDATA[jezuici]]></category>
		<category><![CDATA[rok Skargi]]></category>
		<category><![CDATA[Sejm]]></category>
		<category><![CDATA[Skarga]]></category>
		<category><![CDATA[święci]]></category>
		<category><![CDATA[żydzi]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1587</guid>
		<description><![CDATA[Polacy mają ogromne inklinacje do myślenia mitologicznego i hagiograficznego, które charakteryzuje się naiwnością wyjętą żywcem z przedszkolnej katechezy. Zaznacza się ta naiwność chociażby w kanonach ikonograficznych sztuki sakralnej, w tych wszystkich niebieskich oczętach zwróconych ku niebu, licznych liliach, mdłym wyrazie twarzy, ustach wąskich i zaciśniętych, żeby przypadkiem żadne niepotrzebne słowo się z nich nie wydostało. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka"><img class="alignnone size-medium wp-image-1687" title="&quot;Kazanie Skargi&quot;, obraz Jana Matejki" src="http://www.blogpowszechny.pl/wp-content/uploads/2011/12/Skarga-300x169.jpg" alt="" width="300" height="169" /></a></p>
<p>Polacy mają ogromne inklinacje do myślenia mitologicznego i hagiograficznego, które charakteryzuje się naiwnością wyjętą żywcem z przedszkolnej katechezy. Zaznacza się ta naiwność chociażby w kanonach ikonograficznych sztuki sakralnej, w tych wszystkich niebieskich oczętach zwróconych ku niebu, licznych liliach, mdłym wyrazie twarzy, ustach wąskich i zaciśniętych, żeby przypadkiem żadne niepotrzebne słowo się z nich nie wydostało. A poza malarstwem czy rzeźbą widać tandetę i miałkość naszego rozumienia świętości w różnych narracjach o świętych, w legendach, podaniach, modlitewnikach, różnej pobożnej literaturze, w której ulubionymi zajęciami Bożych ludzi są: mdleć na widok nagości, biczować się i ciągle być w gotowości do największych rzeczy, które świętym przytrafiają się na każdym kroku. Przekaz jest prosty: święty mało je, mało śpi, mało mówi, nie chodzi do toalety, nigdy się nie brudzi, zawsze ładnie pachnie, mężnie znosi wszystkie bóle, prędzej umrze niż zgrzeszy, pracuje za dziesięciu, modli się za cały Kościół.</p>
<p>Bohaterów mamy zatem w naszym panteonie, przynajmniej pozornie, wyjątkowo szablonowych i mało pociągających, którzy nikogo nigdy nie zapalą do chrześcijańskiego życia, za to utrwalą mnóstwo stereotypowych wyobrażeń na temat Kościoła i wiary, sprowadzając sprawy Boże do jakichś rytuałów i dewocyjnych praktyk. Chciałoby się powiedzieć: pokaż mi swojego świętego, a powiem ci, kim jesteś. Jak rozumiesz dzieło Jezusa Chrystusa. Spora liczba naszych rodaków na tę prośbę wskazałaby tak spreparowane, urobione, lukrowane życiorysy świętych, że od razu byłoby znać, iż wiara to tylko dodatek do ich życia, odpustowy pistolet na kapiszony, obrazeczek kupiony na jarmarku, tradycja odziedziczona po babci, która ma postać wykrochmalonej białej bluzki ubieranej na niedzielną mszę, ale nie niesie ducha zmian.</p>
<p><span id="more-1587"></span></p>
<p>Procesy te dotknęły chociażby Jana Pawła II, który wzorem życia aktywnego i twórczego, rozumnego mógł się stać pierwszorzędnym, szybko został przemielony jednak przez naszą narodową maszynkę hagiograficzną. O Karolu Wojtyle mówiło się u nas zawsze, jak o człowieku ze skały, jakby był postacią literacką, żadnego błędu nie popełnił, jakby nie miał żadnej drogi życiowej, nie uczył się, nie pracował nad sobą, jakby nie był zrodzony, a stworzony, jakby go z niebios przysłano na obłoku. Masowa wyobraźnia wykreowała Wojtyłę na swój obraz i podobieństwo, stworzyła sobie bożka, którym może usprawiedliwiać swoje infantylne rozumienie świata, w którym niczego nie trzeba osiągać, ale wszystko zostaje dane. I tak oto Polacy Janem Pawłem II zaczęli wygładzać błędy polskiego Kościoła, rozgrzeszać wszystkie swoje niedostatki, umywać ręce od reform, rosnąć w chorą pychę, że jakoś to zawsze będzie, skoro się ma takiego orędownika.</p>
<p>Karol Wojtyła stał się herosem. Zaczęły o nim krążyć niestworzone historie. Że przepływa dziennie sto długości basenu, że zna wszystkie języki świata, że na nartach jeździ jak Hermann Mayer, że biega szybciej niż Irena Szewińska. Ktoś nawet twierdził, że Wojtyła sam pilotował samolot, spał tylko godzinę na dobę, w świeckim ubraniu przechadzał się po Rzymie i pomagał ubogim. W Polsce pojawiła się osobliwa metoda erystyczna, o której nie śniło się nawet Schopenhauerowi, wystarczyło mianowicie zaczynać wypowiedź od „<em>Jan Paweł II swego czasu zrobił&#8230;”</em> i już otwierały się wszystkie drzwi, rozmówca kapitulował, na wszystko się zgadzał. Po kraju zaczęły krążyć nachalne anegdoty o papieżu, które wcale nie były kolportowane przez niewykształcone panie z parafii w Pcimiu, ale przez wysoko postawionych hierarchów. Mogliśmy się nasłuchać więc różnych bon motów: co papież jadł, jak odpoczywał i jak <em>emanowała z niego świętość.</em></p>
<p><em> </em>W pewnym momencie namnożyło się różnych kolegów Karola Wojtyły, okazywało się, że w jego klasie było ze sto osób i nagle wszyscy chcą się wypowiedzieć, jacyś księża przypominali sobie, że studiowali u Karola Wojtyła, a siostry zakonne odkrywały, że mu gotowały i prały, chociaż przez ostatnie lata nic im na ten temat nie było wiadomo.</p>
<p>Ruszyła pewna fabryka, pracuje na pełnych obrotach i długo jeszcze będzie. Produkuje się w niej Karola Wojtyłę-geniusza, taternika, mistyka, poetę lepszego niż Szekspir, aktora zdolniejszego niż Marlon Brando. Z takim Janem Pawła II naród może być samozadowolony w nieskończoność, z takim Janem Pawłem II może obrastać w piórka. Z prawdziwym musiałby się wziąć ostro do roboty. Łatwo opowiadać młodym ludziom komunały, że Jan Paweł II odbył mnóstwo podróży zagranicznych, sprzeciwiał się aborcji i <em>szanował każdego człowieka, </em>ale trudniej już go prezentować jako wzór tytanicznej pracy intelektualnej, autora ciekawych książek, człowieka, który odebrał trudną i wymagającą, klasyczną formację umysłową, która go kosztowała wiele wyrzeczeń i nie miała niczego wspólnego z miałkością dzisiejszego systemu edukacji.</p>
<p>Może nasi politycy, którzy mają usta pełne frazesów o Janie Pawle II, wzięliby się do roboty i zreformowali, właśnie pod patronatem papieża, szkolnictwo tak, żeby dawało młodym ludziom tę samodzielność, śmiałość zadawania pytań i uczciwość poznawczą, którą miał Karol Wojtyła, a nie było tylko tresurą jałowych egzaminów, pamięciowym opanowywaniem wiedzy, okrojonym kanonem lektur? Dziś system edukacji jest ściśle podporządkowany rynkowi pracy, uczy się ludzi po to, żeby nie byli bezrobotni, a nie po to, żeby poznawali określone wartości. Chcemy mieć Jana Pawła II za patrona, musimy to zmienić, poprawić nasz aparat edukacyjny, podnieść jego poziom. Sęk w tym, że Jan Paweł II to dla większości obywateli wyłącznie sympatyczny duchowny nie zgadzający się na antykoncepcję, który ładnie mówił w wielu językach, a nie mąż stanu i wielki impuls naprawy społeczeństwa.</p>
<p>Ze względu na powyższe sprawy z radością powitałem pomysł, żeby patronem roku 2012 został ksiądz Piotr Skarga, który pomnikową postacią nie jest i nigdy nie będzie, a zatem ma szansę rzeczywiście zagrać ludziom w głowach i rozpalić dyskusję. Zresztą, już ją rozpala, atmosfera powoli staje się namiętna. Skarga to człowiek głęboko złamany, dwuznaczny, którego nie sposób zaszufladkować i okadzić. To wielki mistrz polszczyzny, prekursor kultury języka polskiego, autor bardzo interesującej literatury, której nie można nie znać, jeśli się chce mieć panoramiczny obraz cywilizacji europejskiej. Poza tym, to wzięty działacz charytatywny i akademicki, jezuita pełną gębą, który tożsamość Towarzystwa Jezusowego miał we krwi. To budowniczy kościołów i szkół, jednostka przedsiębiorcza i zaradna, wybitny umysł, porywający mówca, esteta. Jakby żył dzisiaj i stał na czele polskich struktur jezuickich, to „Przegląd Powszechny” miałby, mówiąc pół żartem, pół serio, nakład „Gazety Wyborczej”, portal Deon.pl siłę Google, a Blog Powszechny tętniłby życiem Facebooka.</p>
<p>Złośliwi twierdzą, że Skarga poprowadziłby dzisiaj jezuitów w tę stronę, w którą ojciec Rydzyk powiódł redemptorystów. „Przegląd Powszechny” byłby jak „Nasz Dziennik”. Nic z tych rzeczy! Ksiądz Skarga nie byłby dzisiaj drugim ojcem Rydzykiem, to zdecydowanie nie ta mentalność, to zupełnie inny typ wrażliwości. Piotr Skarga był szaleńcem, prezentował pewien typ wariactwa, które, mimo wielu ograniczeń, wad i obsesji, było paradoksalnie niezwykle otwarte i śmiałe, odważne, skłonne do prekursorskich eksperymentów. Skarga, choć obcych nie lubił i postawy ksenofobiczne nie były mu obce, potrafił ryzykować, rozwijać się, był bardzo dynamiczny, wieloma rzeczami się interesował, miał ogromną wiedzę. Jestem przekonany, że Skarga byłby dziś w awangardzie rozwoju kultury, tworzyłby media i uczelnie wyższe, połączyłby w sobie wszystkie kościelne charaktery, które obserwujemy w przestrzeni publicznej. Byłby więc trochę jak ojciec Kłoczowski, trochę jak ksiądz Boniecki, trochę też jak Bartoś, ale zarazem byłoby w nim widać ojca Krąpca, ojca Badeniego, ojca Oszajcę. Słowem, Skarga był postacią polifoniczną, wielobarwną i nie sposób o nim wypowiadać się dogmatycznie. Zaskakiwał, i dzisiaj, gdyby żył współcześnie, też by nas zaskoczył.</p>
<p>Co tu dużo mówić, miał też skłonność do różnych świństw i mówienia podłości. To taka ludzka cecha, my też to mamy, z wieloma ludźmi jesteśmy na bakier. Nienawidzimy sąsiadów, rodziców, szefa, kolegów, gejów, Palikota, Kaczyńskiego, PiS czy Platformy, Romów, kibiców Górnika Zabrze albo Widzewa Łódź. Mamy w sobie dużo skłonności rasistowskich, skandalicznie upraszczamy życie ludzi z naszego otoczenia. Często jest w nas za mało miłości bliźniego, ta miłość kuleje, nie jest zasilana Ewangelią i posługą Kościoła. Skarga, jako człowiek z krwi i kości, przeżywał ten sam problem, też go to trapiło, nie umiał wiernie przyjmować miary Chrystusowej. Żydów odsądzał od czci i wiary, nie znosił heretyków, o Turkach mówił z takim szwungiem, aż mu się pewnie nóż w kieszeni otwierał. Był maniakiem kontrreformacji, głosił niejednokrotnie radykalne opinie, pisał, że mało kto jest w stanie Żydów przewyższyć w nieuczciwości, a z wyznaniami heretyckimi nie wiąże się żadne dobro. Wierzył też w różne teorie spiskowe, często przemawiał językiem linczu, szukał kozłów ofiarnych. Prymitywne, żenujące diagnozy przeplatały się u niego z błyskotliwością, mądrością i dobrą wolą.</p>
<p>Skarga miał niewątpliwie spory problem życiowy z szacunkiem wobec bliźnich, był pyszny i wyniosły, wierzył w różne mity, ale jakoś z tym sobie, można to wyczytać z jego pism, radził, był świadomy swoich ograniczeń, próbował własne problemy obłaskawiać, neutralizować innymi działaniami. Na pewno była to postać walki i duchowego wzrostu, na pewno się starała, na pewno wiele się udało jej osiągnąć. To była na pewno postać drogi i ryzyka. Człowiekowi trudno jest zwalczyć swoje wady, przezwyciężyć patologie osobowości, zrzucić z siebie ciężar różnych utartych schematów, w których został wychowany, wartościowe nie jest zatem bycie idealnym, bo to się nigdy nie uda, ale sublimacja, wyciszanie wad, trzymanie je w ryzach. Skarga to robił, z różnymi skutkami, raz lepiej, raz gorzej, ale jednak, trzeba mu oddać sprawiedliwość, robił.</p>
<p>I jako taki jest bardzo dobrym przykładem dla ludzi obarczonych rozmaitymi skazami charakteru, jak można różne swoje wady pacyfikować poprzez zaangażowanie w kulturę, naukę, pracę u podstaw. Sęk w tym, żeby się nie okłamywać, nie zamiatać brudów pod dywan, nie zakładać masek. Skarga nigdy nie twierdził o sobie, że jest tolerancyjny, nie udawał przyjaciela heretyków, nie bratał się z nikim ostentacyjnie, nie próbował grać kogoś, kim nie był, nie stroił min. Często wyżywał się na ludziach obcych, traktował ich źle, przedmiotowo, nie próbował tego jednak przypudrować kulturą osobistą, kindersztubą, konwenansami. Nie był taki, jak my często jesteśmy: w istocie obojętni, zimni, wyrachowani, mający w nosie prawdę, nieznający samych siebie, za to kolekcjonujący uśmiechy i umizgi. Skarga zaś w tym, w czym był złamany i parszywy, był gorący, szczerze mówił, co myślał, uczciwie wyznawał swoją pogardę. Był jej świadom i próbował z nią coś zrobić, nosiło go od tej pogardy, rzucał się w wir filantropii, budował, tworzył. Mam wrażenie, że im więcej Skarga nautyskiwał się na heretyków, tym potem mocniej wychodził do ludzi. Tylko taka postawa pozwala na przemianę, tylko na żywej, odsłoniętej, zranionej tkance może działać Chrystus.</p>
<p>Dobrze się zatem stało, że Sejm zechciał Skargę zaprezentować. Może się on stać swoistą odtrutką na ten sposób mówienia o ludziach Kościoła, którego ofiarą padł wspomniany w pierwszej części tekstu błogosławiony Jan Paweł II. Skarga nie jest świętym, nie jest podatny na hagiografię, może ludzi autentycznie zafascynować, może nie oberwać porcją gorącego brązu.</p>
<p>Problem teraz w tym, czy wierni Kościoła nie będą chcieli Skargi na siłę kolorować, rozmiękczać i upiększać. Już się można z tymi próbami spotkać. Czytam tu i ówdzie, że Skarga może i nie lubił Żydów, ale to były takie czasy, inny porządek społeczny, inne obyczaje i nie warto przykładać dzisiejszych norm do tamtych struktur. Sęk w tym, że dla chrześcijan normą jest Ewangelia, a ona zawsze była taka sama i zawsze rysowała ten sam model świata i interpersonalnych więzi.  I jeśli ktoś gardził innowiercami, to po prostu naruszał logikę Ewangelii, niezależnie, czy to był wiek XVI, XIX czy XXI. Święty Paweł może i nie walczył z niewolnictwem, ale przecież na pewno nie pochwalał złego traktowania niewolników, nie mówił o nich z pogardą. Jeśli zatem Skarga źle pisał o Żydach, to odchodził w tym miejscu od Ewangelii i trzeba to jasno przyznać. I jeśli był wówczas taki klimat społeczny, żeby źle mówić o Żydach, to też trzeba szczerze przyznać, że był to klimat niezgodny z duchem Jezusowym, a nie opowiadać, że to były <em>inne czasy i inne zasady.</em></p>
<p>Tylko wtedy Skarga – jako człowiek, który bywał na bakier z Ewangelią – może być rzeczywiście pociągającym autorytetem. Jeśli zaś uznamy, że wszystko ze Skargą było w porządku, to wytraci on swój impet i stanie się kolejnym polskim złotym cielcem, narkotykiem, który naród wprawi w hurraoptymistyczne przekonanie, że wszystko w narodzie gra jak należy.</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Światłość świata Benedykta XVI &#8211; refleksja I</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/20/swiatlosc-swiata-benedykta-xvi-refleksja-1</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/20/swiatlosc-swiata-benedykta-xvi-refleksja-1#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 20 Oct 2011 13:49:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Dariusz Kowalczyk SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Różności]]></category>
		<category><![CDATA["benedykt XVI"]]></category>
		<category><![CDATA[nieomylność papieża]]></category>
		<category><![CDATA[Światlosc świata]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1596</guid>
		<description><![CDATA[Wywiad-ksiażka Petera Seewalda z Benedyktem XVI „Światłość świata” nie jest owocem, jak to bywa przy papieskich tekstach, pracy wielu ludzi, którzy pomagają papieżowi w sprawowaniu jego urzędu, w tym misji nauczania. Ta książka to owoc bezpośredniej rozmowy dziennikarza z Ojcem świętym. Benedykt XVI poświęcał Peterowi Seewaldowi codziennie jedną godzinę, od poniedziałku do piątku, podczas swoich [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wywiad-ksiażka Petera Seewalda z Benedyktem XVI „Światłość świata” nie jest owocem, jak to bywa przy papieskich tekstach, pracy wielu ludzi, którzy pomagają papieżowi w sprawowaniu jego urzędu, w tym misji nauczania. Ta książka to owoc bezpośredniej rozmowy dziennikarza z Ojcem świętym. Benedykt XVI poświęcał Peterowi Seewaldowi codziennie jedną godzinę, od poniedziałku do piątku, podczas swoich wakacji w ostatnim tygodniu lipca 2010 roku w rezydencji w Castel Gandolfo. A zatem książka, która w polskim wydaniu liczy sobie 200 stron, powstała podczas 6 godzin rozmowy. Potem dziennikarz tę bezpośrednią rozmowę opracował, a Benedykt XVI ją autoryzował, wprowadzając jedynie drobne korekty. Seewald pytany o wrażenia z czasu swych rozmów z Papieżem stwierdził: „gdy się go tak słucha i siedzi obok niego, czuje się nie tylko precyzję jego myślenia i nadzieję, która pochodzi z wiary, ale też w specyficzny sposób dostrzega się widzialny blask światłości świata, oblicza Jezusa Chrystusa, który chce spotkać każdego człowieka i nie wyklucza nikogo”.</p>
<p>Wywiad z Benedyktem XVI „Światłość świata”, to analiza sytuacji Kościoła we współczesnym świecie, ale także apel do Kościoła i świata, do każdego z osobna, by podjąć namysł, nawrócenie, by przywrócić Bogu centralne miejsce w naszym życiu.  Sądzę, że każdy, kto dziś chce rozmawiać o Kościele i świecie, powinien te książkę przeczytać. A potem do niej wracać. Nie jest ona oczywiście oficjalnym głosem Biskupa Rzymu. Ale jest głosem człowieka, który jest Papieżem, wybitnym teologiem, wieloletnim, najbliższym współpracownikiem Jana Pawła II jako prefekt Kongregacji Wiary. Jest głosem, w który warto się wsłuchać.</p>
<p><span id="more-1596"></span></p>
<p>Pierwszy rozdział książki zatytułowany jest „Papieże nie spadają z nieba”. Benedykt XVI mówi o swoim wyborze tak: „Byłem całkowicie pewny, że ten urząd nie jest moim powołaniem, że Bóg zapewni mi teraz, po wyczerpujących latach, trochę spokoju i wytchnienia”. Rzeczywiście, w chwili wyboru Joseph Ratzinger miał 78 lat. A zadania, jakie na początku XXI wieku stanęły przed Biskupem Rzymu, wymagają sił, których komuś w tym wieku ma prawo brakować. Benedykt XVI stwierdza: „Mogłem tylko powiedzieć, uzmysłowić sobie: wola Boża jest najwyraźniej inna i zaczyna się dla mnie coś całkiem odmiennego, nowego. On będzie ze mną”.</p>
<p>Do tej prostej wiary w obecność Chrystusa, jako fundamentu swego posługiwania, i w ogóle posługiwania Kościoła w świecie, Papież Benedykt XVI często się odwołuje. Tłumacząc istotę swego nauczania, zauważa: „Ważne jest to, że nie przedstawiam moich idei, lecz próbuję myśleć i żyć wiarą Kościoła oraz działać, wypełniając w posłuszeństwie jego misję”. Oto Papież, który ma najwyższą władzę w Kościele, mówi o posłuszeństwie wierze Kościoła. Zapewne nie rozumieją tego ci, którzy postrzegają Kościół jako jakąś organizację, której szef może – w zależności od osobistych upodobań oraz doraźnych okoliczności – pozmieniać różne rzeczy. Ale to zupełnie nie tak! Papież jest sługą Ewangelii i ma być poddany woli Bożej, którą na różne sposoby Kościół poznaje, a nie swego rodzaju przewodniczącym partii, który zastanawia się, co obiecać, aby wygrać następne wybory.</p>
<p>Mówiąc o swym posłuszeństwie wierze Kościoła, Benedykt XVI wspaniale tłumaczy, na czym polega nieomylność papieża. Wokół tej prawdy narosło bowiem wiele nieporozumień. Niektórzy myślą, że Kościół twierdzi, iż papież jak tylko otworzy usta, to wygłasza nieomylne prawdy. Inni zdają się widzieć w papieskiej nieomylności jakąś uzurpacje do posiadania nadzwyczajnej wiedzy. Jeszcze inni sądzę, że – na co zwraca uwagę w rozmowie z Benedyktem XVI redaktor Seewald –skoro Papież jest nieomylny, to znaczy, że jest on władcą absolutnym, którego myśl i wola stanowią prawo. Benedykt stwierdza jasno: „To fałszywy pogląd”. Po czym tłumaczy, że powstało pytanie, czy gdziekolwiek istnieje ostateczna, rozstrzygająca instancja. Sobór Watykański I zgodnie z długą tradycją ostatecznie stwierdził: „istnieje nieodwołalne rozstrzygnięcie! Nie wszystko pozostaje otwarte. Papież może w pewnych okolicznościach i pod pewnymi warunkami podjąć ostatecznie wiążącą decyzję, dzięki której będzie jasne, co jest wiarą Kościoła, a co nią nie jest”. Ale to nie znaczy, że papież ciągle może być nieomylny. Jedynie w szczególnych sytuacjach, gdy wie, że nie działa samowolnie, ale w jedności z całym Kościołem, prowadzony przez Ducha Świętego, może powiedzieć”: „To jest wiara Kościoła – i może wypowiedzieć swoje „nie” temu, co tą wiarą nie jest”. Taka możliwość rozstrzygnięcia jakiejś sprawy, jest konkretną realizacją obietnicy Jezusa, że Duch, którego nam pośle będzie nas prowadził do całej prawdy, i nie pozwoli w sprawach dotyczących zbawienia trwać w niepewności lub błędzie. Nieomylność, z której papieże korzystają bardzo rzadko, nie jest niczym innym, jak wyrazem tego, że Jezus nie pozostawił swojego Kościoła, ale cały czas go prowadzi. A jako że jesteśmy ludźmi, to owo prowadzenie musi być jakoś skonkretyzowane.</p>
<p>Benedykt XVI przyznaje, że „papież może mieć oczywiście różne prywatne opinie. Gdy jednak mówi jako najwyższy  pasterz Kościoła, angażując w to pełnię swego apostolskiego autorytetu, wówczas „nie mówi czegoś, co mu właśnie przyszło do głowy. Wie on wtedy, że działa z wielką odpowiedzialnością i równocześnie pozostaje pod ochroną Pana”.</p>
<p>Benedykt XVI zwraca uwagę, że prymat Biskupa Rzymu rozwijał się od początku jako prymat w męczeństwie. Rzym był w pierwszych trzech wiekach głównym miejscem prześladowania chrześcijan. W tym kontekście papież stwierdza „Nie trzeba szukać konfliktów, to jasne, lecz raczej dążyć do zgody”. Ale z drugiej strony trzeba być świadomym, że świadectwo składane przez każdego chrześcijanina, a przede wszystkim papieża, może stać się skandalem, że „nie będzie przyjęte i że zostanie on zepchnięty w sytuację świadka cierpiącego Chrystusa”</p>
<p>Mówi się, że Kościół przeżywa dziś kryzys. To prawda, ale można by się zapytać, kiedy, w jakich to wiekach, nie przeżywał kryzysu. Poza tym jest także prawdą to, co w rozmowie z Benedyktem XVI stwierdził Peter Seewald: „Wasza Świątobliwość jest najpotężniejszym papieżem. Nigdy wcześniej Kościół katolicki nie miał więcej wiernych, nigdy nie rozszerzył się aż tak bardzo, dosłownie do krańców świata”. W odpowiedzi Ojciec święty przyznaje, że te statystyki są ważne, ale „władza papieża nie opiera się jednak na nich”. Z uśmiechem przypomina, że „Stalin miał rację co do tego, że papież nie ma żadnej dywizji i nie może rozkazywać. Nie jest też właścicielem wielkiego przedsiębiorstwa, w którym wszyscy wierzący Kościoła byliby zatrudnieni lub byliby od niego zależni”.</p>
<p>Paradoks polega na tym, że papież jest w pewnym sensie bezsilny, a zarazem spoczywa na nim wielka odpowiedzialność. Odpowiedzialnym za to, aby trwała wiara, która prowadzi do Boga   i tworzy wspólnotę Kościoła. Tym bardziej Biskup Rzymu musi pamiętać, że jedynie Bóg ma moc, aby sprawiać trwanie ludzi w wierze. Dlatego nie dziwią słowa Benedykta XVI wypowiedziane pod koniec pierwszego rozdziału książki „Światłość świata”: „Widzę, że prawie wszystko, co muszę robić, jest czymś, czego sam w ogóle nie potrafię. […] Chociażby przez to jestem zmuszony, aby oddać się w ręce Pana Jezusa”.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/20/swiatlosc-swiata-benedykta-xvi-refleksja-1"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/20/swiatlosc-swiata-benedykta-xvi-refleksja-1" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/20/swiatlosc-swiata-benedykta-xvi-refleksja-1" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/20/swiatlosc-swiata-benedykta-xvi-refleksja-1/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ja jestem Prawdą&#8230;</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 28 Sep 2011 07:30:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1537</guid>
		<description><![CDATA[Eleganckiej, starszej pani, która mi w ostatnią niedzielę próbowała przed kościołem wcisnąć do ręki ulotkę Prawa i Sprawiedliwości, powiedziałem chyba nie najgłupiej: &#8220;Czy się pani nie wstydzi urządzać konkurencję Jezusowi Chrystusowi, który ma zdecydowanie lepszą propozycję?&#8221;. Agitatorka jedynej słusznej prawdy, kolportująca ulotki z mantrą na ustach: &#8220;prawdziwy katolik głosuje na prawdziwego katolika&#8221;, spojrzała na mnie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Eleganckiej, starszej pani, która mi w ostatnią niedzielę próbowała przed kościołem wcisnąć do ręki ulotkę Prawa i Sprawiedliwości, powiedziałem chyba nie najgłupiej: <em>&#8220;Czy się pani nie wstydzi urządzać konkurencję Jezusowi Chrystusowi, który ma zdecydowanie lepszą propozycję?&#8221;.</em></p>
<p>Agitatorka jedynej słusznej prawdy, kolportująca ulotki z mantrą na ustach: &#8220;<em>prawdziwy katolik głosuje na prawdziwego katolika&#8221;, </em>spojrzała na mnie bez wyrazu, oniemiała na chwilę, nie doczekałem się żadnej riposty. Wszystko to odbyło się w przeciągu chwili, ja odszedłem,  a kobieta wróciła do swojej specyficznej pracy. Jak tak patrzyłem po ludziach, opuszczając z nimi teren kościoła, to większość trzymała w garści rzeczone wydawnictwa partyjne, niektórzy się nimi wachlowali, bo dzień, chociaż wrześniowy, był dość ciepły, inni zaczęli od razu uskuteczniać, nie chcąc marnować czasu, gorące polityczne dyskusje.</p>
<p>Widok był naprawdę groteskowy: niby byliśmy po mszy, a aura wokoło była taka, jakbyśmy mieli za sobą jakiś partyjny wiec, miting wyborczy. Zaręczam, że to nie imię Jezusa gościło ludziom na ustach i nie Ewangelia była dyskutowana jako program rozwoju człowieka.</p>
<p><span id="more-1537"></span></p>
<p>Do dzisiaj myślę o tym, choć już kilka dni od tamtej niedzieli minęło, co się wtedy stało, czego ode mnie chciała starsza pani i czy właściwie zareagowałem na jej nachalną promocję Prawa i Sprawiedliwości.</p>
<p><em>Konkurencja dla Jezusa Chrystusa.</em>.. Jest w tym coś na rzeczy, trudno zaprzeczyć&#8230; Zaiste, te ulotki to konkurencja, w dodatku brzydka, kiepska i niewiele warta, godna śmietnika. To najlepsze, co mogło spotkać te ulotki. Bo po co wierzącym w Chrystusa, którzy przyjęli przed momentem Komunię &#8211; w której, jak wierzymy, Bóg dał człowiekowi wszystko, czego człowiek potrzebuje &#8211; jakiekolwiek programy wyborcze, partyjne scenariusze, różne drobne i poszatkowane obietnice gospodarcze, ekonomiczne i społeczne? Po co ochrzczonym, wierzącym w życie wieczne, mającym Ewangelię, drobnica i miałkość jakichkolwiek ustaleń państwowych? Po co politycy i ich slogany ludziom, którzy mają Chrystusa? Po co jakiekolwiek elementy poboczne komuś, kto już otrzymał pełnię?</p>
<p>Ulotki rozdawano po liturgii. Liturgia to, tak nas uczy Kościół, niemal niebo, Boży ład, pełna prawda o powołaniu człowieka i jego relacjach. To udział w tym wszystkim, co Bóg człowiekowi obiecał: w miłości, w pokoju, w poczuciu sensu życia. Kto ma szczęście posiadać rozwiniętą duchowość liturgiczną, ten niczego więcej nie potrzebuje, zna prawdę o sobie, wie, jak żyć. Kto rozumnie i świadomie korzysta z darów Kościoła, ten nie słucha żadnych innych obietnic, no bo niby w jakim celu?  To jest naprawdę bardzo logiczne: kto się nawrócił, komu odpuszczono jego grzechy, kto otrzymuje Boga, ten się nie ogląda za siebie. Nie interesują go surogaty rozwoju, takie jak nasza nędzna, jałowa polityka.</p>
<p>Żałośnie wybrzmiewają zatem ulotki Prawa i Sprawiedliwości dystrybuowane po mszy, przed kościołem. To tak, jakby rozdawać fiaciki ludziom, którzy przed chwilą otrzymali mercedesy. Czymże są propozycje Prawa i Sprawiedliwości &#8211; czy jakiejkolwiek innej partii; o PiS-ie mówię dlatego, że to jego ulotki bezczelnie mi wciskano- wobec propozycji Jezusa Chrystusa? Trzeba przyznać uczciwie: są niczym, są słomą. Dla pewności możemy porównać program obydwu podmiotów, śmiało zestawić treści głoszone przez Prawo i Sprawiedliwość i Ewangelię.</p>
<p>Już pojęcia fundamentalne są odmiennie zdefiniowane. Skrajnie różnie wygląda w obydwu systemach wartości, ewangelicznym i pisowskim, pojęcie prawdy. Dla PiS-u prawda to zespół określonych zdarzeń historycznych, taka, nie inna faktografia, ciągłe śledztwa, tropienie winnych, nieustanne oskarżanie. Prawda ma w tym układzie charakter zewnętrzny, dzieje się wokół nas, to ciąg różnych haniebnych zdarzeń, które są rzekomo generowane przez szeroko pojętą opcję przeciwstawną do PiS-u i z których ta opcja przeciwstawna, zdaniem PiS-u, musi bezwzględnie być rozliczona. Prawda to zatem jakieś zło, które robią <em>oni,</em> przeciw dobru, które realizuje PiS. Prawda to jest to wszystko, co się dzieje w konfrontacji, w zwarciu.</p>
<p>Tymczasem ewangeliczna definicja prawdy ma wymiar immanentny, osobisty, dotyczy ludzkiego wnętrza, ludzkiej kondycji, nie ma rysu fabularnego, nie jest obserwowaną z dystansu narracją. Prawda to nie jest to, co można powiedzieć o jakichś <em>innych.</em> Wyraźnie w Ewangelii stoi, że prawdą jest Chrystus, a zatem prawda jest możliwa tylko przez osobiste, głębokie przyjęcie Chrystusa i jego nauki w misterium Kościoła. Nie ma tym samym żadnej innej prawdy, jak tylko prawda o sobie samym, o swoim życiu, o swoim wnętrzu i o Bogu, który w człowieku i dla człowieka działa. Nie ma żadnej innej prawdy, jak tylko nawrócenie i słuchanie głosu Jezusa. W rozumieniu Chrystusowym nie ma więc czegoś takiego, jak odkrywanie prawdy o katastrofie smoleńskiej, taka rzecz bowiem nie może służyć pryncypiom, lepszemu poznaniu siebie, większej miłości. Można by raczej mówić w tym temacie tylko o możliwości pewnych faktów. Szafowanie wielkim i doniosłym pojęciem prawdy jest tu nadużyciem.</p>
<p>Nadawanie takim jaskrawym, zideologizowanym zdarzeniom funkcjonującym w przestrzeni publicznej wielkiego znaczenia moralnego, utrzymywanie, że chodzi tu o szukanie jakiejś wielkiej prawdy, ma zawsze bardzo podejrzany charakter, jest znajdowaniem kozłów ofiarnych, jest wskazywaniem źdźbła w oku bliźniego, uciekaniem od odpowiedzialności za naprawę własnego życia. Wytykanie innym jakiegoś niesamowitego zła, mówienie, jak to słyszymy obecnie, o <em>krwi na rękach, </em>pozwala zabić niewygodną i trudną wrażliwość na własne rany i błędy. Oczywiście, co innego szukać prawdy w zewnętrznej opowieści, na ekranie telewizora, wśród różnych narodowych czy społecznych obsesji, a co innego nazywać prawdziwie, po imieniu, publicznie, gdy potrzeba, zło czynione w naszym otoczeniu, krzywdę bliźnich.  Niezbyt mądre jest tylko to pierwsze, sprawia, że umiejscawiamy ciężar moralny jak najdalej od siebie.</p>
<p>Życie takimi odległymi <em>prawdami</em>, jakimiś śledztwami wielkiej polityki czy historii, jest domeną wielu ludzi. Jakąś <em>prawdą</em> ukrytą, utajoną, na którą czekają całe lata i którą rzekomo wciąż zakłamują obce siły, ludzie odwracają uwagę od własnych dramatów, w ten sposób unikają troski o własne życie, odpowiedzialności za swoje wybory. Widzieliśmy to na Krakowskim Przedmieściu: grupę sfrustrowanych, obolałych ludzi, narzekających na rząd, wysyłających Donalda Tuska do więzienia, tropiących spiski, pomstujących na państwo, żądających śledztwa w sprawie Smoleńska. Czy tu można mówić o jakiejkolwiek prawdzie? Raczej nie.</p>
<p>Prawdą tych ludzi bowiem w istocie nie jest to, w jaki sposób się rozbił rządowy samolot w kwietniu 2010 roku, ale to, że ktoś się pokłócił z matką dziesięć lat temu i do tej pory się do niej nie odzywa, własną córkę wyrzucił z domu, bo ta zaszła w ciążę niespodziewanie, przez lata okradał swojego pracodawcę, dał wiarę jakimś ideologiom i stereotypom, zrezygnował z rozwoju duchowego, zdradza żonę. Prawdą jest to, co kto ma na sumieniu, jak jest traktowany przez innych i jak innych traktuje, czy umie kochać, jakie ma zadry i bóle w sobie, jak był wychowywany, w co wierzy, jaką ma odwagę w ocenie własnego życia, czy jest gotowy uwolnić się od własnego egoizmu.</p>
<p>To jest prawda, którą chce z nami udźwignąć Chrystus i którą chce nas doprowadzić do zbawienia. I tylko to się godzi nazywać prawdą. Bo tylko z tym &#8211; z żywym człowiekiem &#8211; wchodzi w relację Jezus Chrystus, Prawda.</p>
<p>Powie ktoś w tym miejscu, że PiS to przecież  nie tylko polityka historyczna, szukanie jakiejś <em>prawdy</em> dziejowej, ale także, na przykład, ustawodawstwo przychylne moralności chrześcijańskiej. Ale czy to prawo definiuje katolika? Czy myślenie na poziomie legislacyjnym, strach przed paragrafami, sprowadzanie wszystkich do jednego ustawowego wzoru, niezależnie od tego, na jakim są etapie rozwoju moralnego, jest zgodne z duchem Ewangelii? Czy to na odpowiednich regulacjach ma się opierać wychowywanie ludzkiej wolności?</p>
<p>Te ulotki pisowskie rozdawane przed kościołem, ludzka potrzeba ich brania &#8211; chociaż  dopiero wyszło się ze mszy, ze szczytu i źródła życia chrześcijańskiego &#8211; dowodzą, że wciąż w nas, wierzących w Chrystusa, jakaś <em>prawda</em> wygrywa z Chrystusowym <em>&#8220;Ja jestem Prawdą&#8230;&#8221;. </em>Wciąż <em>prawdą</em> są dla nas sprawy partyjne, jakieś narodowe mity, różne obsesje polityczne, pielęgnowanie naszego własnego ogródka, niechęć do zasadniczych, ewangelicznych zmian, sympatia do wygodnych, naiwnych wzorców.</p>
<p>Mam wrażenie, że cały czas konkurujemy z Jezusem Chrystusem. Te ulotki, na sprawie których oparłem niniejszy tekst, to doskonale obrazują. Pójście na liturgię to dla nas nic specjalnego, to akt pewnego społecznego, rodzinnego rytuału, konserwowanie mocno zjełczałego modelu życia,  wyraz stagnacji i braku gotowości do nawrócenia. Liturgia w powszechnym mniemaniu to przedsięwzięcie jedno z wielu, pozbawione wymiaru transcendentnego, spozycjonowane obok niedzielnego rosołu, wizyty rodziny, pójścia na wybory, wyprawy do zoo. To pewna tradycja, która nas umacnia w przekonaniu, że wszystko jest w porządku, żyjemy dobrze, jesteśmy dojrzali. Liturgia to dla nas swoiste zaklęcie magiczne, wprawienie się w otumanienie, w fałszywe przekonanie, że skoro <em>chodzimy do kościoła</em>, to jesteśmy idealni. Liturgia stała się konwenansem, regułką zwalniającą z samodzielnego myślenia.</p>
<p>Czas, żeby liturgia była wyrazem odwagi, żeby nas zwaliła z nóg, stała się umieraniem starego człowieka, fermentem. Porywem serca, wzburzeniem naszego spokojnego, drobnomieszczańskiego wnętrza. Czas, żeby liturgia  przestała być zatęchłym, jałowym <em>chodzeniem do kościoła, </em>żeby przestała utrwalać staropolski model rodziny, w którym liczą się powierzchowne reguły, a zaczęła być nową jakością, w której widać Boga.</p>
<p>I wtedy na żadne ulotki partyjne nie będzie przed kościołem miejsca. Trzeba mieć świadomość, że wiarę zaczyna się wspomagać polityką albo mitologią &#8211; rodzinną czy narodową- kiedy jest w niej za mało Jezusa Chrystusa.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak reagować na nergalizację mediów?</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 20 Sep 2011 07:35:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Dariusz Kowalczyk SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Media]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Nergal]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1527</guid>
		<description><![CDATA[Ludzie mówią różne rzeczy. Czasem powiedzą coś mądrze, a niekiedy całkiem głupio. Bywa też tak, że ta sama wypowiedź dla jednych jest celna i „odważna”, a dla innych to zupełny bełkot albo chamstwo. Dlatego też w pluralistycznych demokracjach powinny istnieć zróżnicowane media, aby każda opcja mogła dotrzeć ze swoim przekazem do społeczeństwa. W Polsce nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ludzie mówią różne rzeczy. Czasem powiedzą coś mądrze, a niekiedy całkiem głupio. Bywa też tak, że ta sama wypowiedź dla jednych jest celna i „odważna”, a dla innych to zupełny bełkot albo chamstwo. Dlatego też w pluralistycznych demokracjach powinny istnieć zróżnicowane media, aby każda opcja mogła dotrzeć ze swoim przekazem do społeczeństwa. W Polsce nie jest pod tym względem najlepiej. Symptomatyczne jest to, że coraz więcej niezależnych twórców prezentuje swe dzieła i spotyka się z odbiorcami w salkach parafialnych albo w internecie, gdyż na wejście do TVP, o dwóch wielkich telewizjach prywatnych nie wspominając, nie mają szans. Taki los spotkał na przykład kilka dobrych filmów o katastrofie smoleńskiej. Okazuje się nawet, że nasze zideologizowane telewizje nie chcą za pieniądze reklamować nowego dziennika, który im nie odpowiada.</p>
<p>Jak w tej sytuacji powinien zachować się Kościół? Zawsze uważałem, że powinien tworzyć własne media, ale jednocześnie starać się być obecnym w innych mediach publicznych i prywatnych, nawet jeśli niektóre z nich prezentują nurt raczej daleki od katolickiego nauczania. Oczywiście, są pewne granice i szanujący się katolik nie powinien wypowiadać się dla takich mediów jak np. „Nie” lub „Fakty i mity”, które są znane ze swej wściekłej chrystofobii. Rozwój sytuacji na rynku medialnym pokazuje, że opcja tworzenia i umacniania kościelnych mediów jest coraz ważniejsza. Tylko w ten bowiem sposób można ocalić autentyczną niezależność nie tylko w wypowiadaniu się, ale także – co czasem jest ważniejsze – w doborze tematów dyskusji.</p>
<p><span id="more-1527"></span></p>
<p>Z działalnością mediów wiąże się problem granic wolności wypowiedzi. Istnieją różnego rodzaju gremia kontrolujące media, które mogą jakąś wypowiedź uznać za niedopuszczalną i nałożyć stosowną karę. Są też sądy, do których może zwrócić się każdy, kto uważa, iż został pokrzywdzony jakąś publicznie wygłoszoną opinią. Niestety, wygląda na to, że nawet wyroki sądowe w sprawach dopuszczalności określonych wypowiedzi, są raczej dowolne. Można niekiedy odnieść wrażenie, że wszystko zależy od tego, kto kogo nie lubi.</p>
<p>Ciekawym przypadkiem jest w tej perspektywie walka z o. Rydzykiem. Jego wypowiedź o totalitarnych praktykach obecnej władzy w Polsce została nagłośniona jako całkowicie niedopuszczalna. Minister Sikorski wystosował kuriozalną notę dyplomatyczną do Watykanu ze skargą na polskiego obywatela Rydzyka. Ot! zagwozdka – Kto i z jakiego paragrafu ma uciszyć niepokornego dyrektora Radia Maryja? Zaznaczam, że nie piszę o tym, czy wypowiedź ks. Rydzyka była mądra, czy też głupia. Piszę o tym, czy o. Dyrektor ma prawo głosić takie poglądy, czy też nie. Wielu „demokratów” twierdzi, że nie.</p>
<p>Mam wrażenie, że niejeden z tych, którzy na różne sposoby domagają się uciszenia Rydzyka, z drugiej strony bronią zaciekle Adama „Nergala” Darskiego. Wiadomo, że Nergal, lider zespołu Behemoth, uprawia „sztukę”, która polega na „satanistycznym” makijażu, robieniu groźnych min oraz wykrzykiwaniu w rytm ostrych dźwięków przesłań typu: „Chwała mordercom Wojciecha” (chodzi o św. biskupa Wojciecha). Ktoś zastanawiał się, co by było, gdyby jakiś inny „artysta” napisał utwór: „Chwała mordercom z Jedwabnego”… Na jednym ze swych koncertów Nergal nazwał Kościół katolicki „zbrodniczą sektą” oraz darł Biblię i rzucał kartki ze sceny wrzeszcząc: „Zryjcie to gówno”. Ów facet znalazł wielu obrońców, którzy twierdzą m.in., że artysta ma prawo do tego rodzaju zachowań, bo jest artystą, który stosuje takie właśnie metafory. Pani Kofta popisała się nawet dowcipem, że Nergal może się bronić, iż wyrywał kartki Biblii i rzucał, „bo chciał zapoznać widownię z tekstem świętej księgi”. A co by było, gdyby tak ktoś nazwał urzędników Unii Europejskiej zbrodniczą sektą, a na scenie darł Traktat lizboński? Czy ta cała zgraja „tolerasów” (tolerasi to parodia ludzi prawdziwie tolerancyjnych) by go broniła twierdząc, że nie wolno ograniczać artysty, który wyraża swoje wkurzenie na bezkarność brukselskich cwaniaków?</p>
<p>Z jednej strony ogranicza się pluralizm mediów wyrzucając z nich bardzo dobrych dziennikarzy, ale mających ten „feler”, że ich światopogląd nie przystaje do obowiązującego głównego nurtu, to znaczy jest zbyt konserwatywny albo &#8211; o zgrozo! &#8211; katolicki. Z drugiej strony zaprasza się do publicznej telewizji człowieka, który drze Biblię i każe „żreć to gówno”, a na krytykę reaguje się &#8220;argumentem&#8221;, że przecież musimy być pluralistyczni. TVP nie znalazła pieniędzy, aby zrobić jakąś przyzwoitą relację ze spotkania prawie 2 mln młodzieży z całego świata z Benedyktem XVI w Madrycie, ale znajduje kasę by demoralizować widzów, szczególnie młodych, robiąc z satanisty jurora, czyli autorytet.</p>
<p>Niestety, prawdopodobnie degrengolada mediów publicznych będzie postępować. „Nergalów” będzie coraz więcej. Trzeba sprzeciwiać się temu, nawet jeśli szanse na jakieś opamiętanie są niewielkie. Nie znaczy to, że należy się obrazić i sobie pójść. Kościół powinien wykorzystywać możliwości bycia obecnym w mediach, współpracując z osobami, u których czucie podstawowych wartości nie zostało zachwiane. Ale jednocześnie trzeba umacniać media prowadzone przez podmioty kościelne. To umacnianie polega m.in. na przekonywaniu, że świadomy katolik powinien kupować i czytać katolicką prasę. A widząc takie osoby, jak Nergal, w TVP, powinien wyłączać telewizor.</p>
<p style="text-align: right;"><em>Dariusz Kowalczyk SJ</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>15</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kościele, państwo ci szkodzi</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 11 Sep 2011 10:01:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1464</guid>
		<description><![CDATA[Tekst pierwotnie ukazał się w portalu &#8220;Studio Opinii&#8221;; w niezależnym czasopiśmie internetowym, którego redaktorem naczelnym jest Stefan Bratkowski. W dys­ku­sji na temat roz­działu Kościoła od pań­stwa oby­dwie strony sporu – Kościół i demo­kra­cja – popeł­niają jeden bar­dzo poważny błąd, spy­cha­jący całą debatą na wybo­iste bez­droża. Mnie­mają  mia­no­wi­cie, że osła­bia­nie inge­ren­cji Kościoła w prze­strzeń legi­sla­cyjną to pro­ces istotny i korzystny dla pań­stwa, że to ze [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Tekst pierwotnie ukazał się w portalu &#8220;Studio Opinii&#8221;; w niezależnym czasopiśmie internetowym, którego redaktorem naczelnym jest Stefan Bratkowski.</em></p>
<p>W dys­ku­sji na temat roz­działu Kościoła od pań­stwa oby­dwie strony sporu – Kościół i demo­kra­cja – popeł­niają jeden bar­dzo poważny błąd, spy­cha­jący całą debatą na wybo­iste bez­droża. Mnie­mają  mia­no­wi­cie, że osła­bia­nie inge­ren­cji Kościoła w prze­strzeń legi­sla­cyjną to pro­ces istotny i korzystny dla pań­stwa, że to ze względu na roz­wój pań­stwa należy się pod­jąć takiego roz­bratu. Oczy­wi­ście każda z zain­te­re­so­wa­nych stron prze­ja­wia inne ukie­run­ko­wa­nie emo­cjo­nal­ne: pań­stwo jest zado­wo­lone, że tak się sprawy toczą, Kościół, widząc, że się go wypy­cha z par­la­mentu i z zaku­li­so­wych poga­du­szek, pod­nosi larum, zaczyna mówić o prze­śla­do­wa­niach i zama­chu na wol­ność wiary, ustami bisku­pów pró­buje, czę­sto w nie­wy­bredny spo­sób, przy­wo­ły­wać krnąbr­nych poli­ty­ków do porządku.</p>
<p>Wszystko toczy się, jak widać, wokół pań­stwa, akcent jest na pań­stwo i jego struk­tury, na racje demo­kra­cji, tym­cza­sem wła­ściw­sza byłaby inna per­spek­tywa: <strong>roz­dział Kościoła od pań­stwa powi­nien być postu­lo­wany przez sam Kościół</strong>. W dodatku powi­nien być przez Kościół upra­gniony i postrze­gany jako ogromne dobro. Kościół musi uświa­do­mić sobie, że jest suwe­ren­nym, swo­istym pod­mio­tem, ma wła­sną drogę, wła­sną wraż­li­wość, do niczego mu pań­stwo nie jest potrzebne, wręcz prze­ciw­nie: może wiele popsuć.</p>
<p><span id="more-1464"></span></p>
<p>Mądrze stwier­dził Chry­stus przed Piła­tem, że Kró­le­stwo Boże nie jest z tego świata, to słowa o wiel­kiej wadze, pro­roc­kie. Nauka chrze­ści­jań­ska jest tak nowa­tor­ska i nie­po­wta­rzalna, tak głę­boko zako­rze­niona w porządku odmien­nym niż wszyst­kie sys­temy moralne i poli­tyczne, które na co dzień oglą­damy, że jaki­kol­wiek jej kon­takt z nie­chrze­ści­jań­ską meto­do­lo­gią pro­wa­dzi do wypa­czeń i utraty toż­sa­mo­ści, do zabu­rze­nia tego, co dla wyznaw­ców Jezusa naj­istot­niej­sze: wol­no­ści wyboru Boga i pozna­nia w świe­tle tego wyboru prawdy o wła­snym życiu. Sło­wem, <strong>Chry­stus nie chce pań­stwa, nie chce się posłu­gi­wać apa­ra­tem wła­dzy, nie chce być maje­sta­tycz­nym kró­lem na tro­nie</strong>, bo takie roz­wią­za­nie nie pozwo­li­łoby na auten­tyzm reli­gij­nych dekla­ra­cji, a rodzi­łoby podej­rze­nie, że wiara naro­dziła się z przy­musu, z warun­ków zewnętrz­nych, z uwa­run­ko­wań chwili. Poza tym każde korzy­sta­nie z drogi pań­stwo­wej to dla Kościoła kom­pro­mis, wpro­wa­dza­nie do kościel­nego orga­ni­zmu ele­men­tów nie­ewan­ge­licz­nych, zgoda na różne ide­olo­gie i mity. Kościół może otrzy­mać, a i owszem, korzystną dla sie­bie ustawę, ale nie za darmo prze­cież, a za cenę pokle­pa­nia kogoś po ple­cach, za cenę zgody na ponie­sie­nie jakie­goś obcego sztan­daru czy przy­ję­cia cudzych obse­sji. To wszystko pro­wa­dzi do małost­ko­wo­ści, nie pozwala Ewan­ge­lii wybrzmieć wła­sną klasą. A prze­cież <em>prawda winna dzia­łać siłą samej prawdy</em> – jak zauwa­żył Sobór Waty­kań­ski II.</p>
<p>Kró­le­stwo Boże nie jest z tego świata, a więc – w prze­ci­wień­stwie do tego świata – <strong>nie chce żadnych dróg na skróty, żadnych uła­twień, żadnych algo­ryt­mów, chce roz­bu­do­wa­nego i mozol­nego, wia­ry­god­nego pro­cesu zmiany ludz­kiego życia</strong>. Opo­wia­dają doświad­czeni dusz­pa­ste­rze, że spo­ty­kają czę­sto ludzi obo­la­łych i prze­stra­szo­nych, głę­boko skry­wa­ją­cych prawdę o swoim życiu,  zwle­ka­ją­cych z jej wypo­wie­dze­niem, do końca siłu­ją­cych się ze sobą i dopiero<em> in sta­dio ultimo</em>, po wielu latach tułaczki, ucie­ka­nia od samego sie­bie, po dzie­się­cio­le­ciach róż­nych nie­go­dzi­wo­ści, jakie popeł­nili, goto­wych opo­wie­dzieć bez masek, kim są i co prze­ży­wają. Ci roz­tropni księża twier­dzą, że niczego nie da się i nie wolno przy­śpie­szać, całe lata musi trwać pro­ces pozna­wa­nia sie­bie, nie­kiedy nawet i do śmierci. Tylko wtedy ta droga będzie efek­tywna i uczciwa, pozba­wiona fał­szy­wych inten­cji. Mówią spe­cja­li­ści – nie tylko od teo­lo­gii i dusz­pa­ster­stwa, ale i od psy­cho­lo­gii – że twarde ludz­kie serce uwraż­li­wia się bar­dzo długo, w męczar­niach, czę­sto ma lata posu­chy i nędzy, musi przejść wiele prób.</p>
<p>I wła­śnie w tym miej­scu rodzi się <strong>pokusa, że nie warto cze­kać, że trzeba ludzi zmie­niać od ręki, za pomocą wszyst­kiego, co jest do dys­po­zy­cji</strong>. Kościół  w Pol­sce od lat jest wła­śnie na tej dro­dze. To droga uszczę­śli­wia­nia ludzi na siłę, pato­lo­giczna nie­moż­ność pogo­dze­nia się z tym, że ludz­kie ścieżki są kręte, nie­chęć do zro­zu­mie­nia, że jaka­kol­wiek próba pod­po­wia­da­nia sce­na­riu­szy na siłę zaowo­cuje prze­mianą szcząt­kową i cha­otyczną, że będzie to w isto­cie nie roz­wój, a regre­sja. Ale to wła­śnie Kościół w Pol­sce robi bez par­donu: łamie sumie­nia, pra­gnie rządu dusz, a nie dusz­pa­ster­stwa. Jest jak pyszny i nad­gor­liwy lekarz, który leczy pacjenta za wszelką cenę i dla wła­snej chwały, żeby popi­sać się warsz­ta­tem, zabły­snąć w środo­wi­sku, otrzy­mać lep­sze wyna­gro­dze­nie, zro­bić karierę. Taki lekarz może i wyle­czy pacjenta z poje­dyn­czej dole­gli­wo­ści, ale go nie wysłu­cha i nie pozna w spo­sób kom­pletny. Nigdy nie dowie się, kim jest pacjent, czego naprawdę potrze­buje i jak naj­peł­niej można mu pomóc. Taki lekarz leczy chory organ, ale nie przy­nosi ulgi ludz­kiemu duchowi. Nie bez powodu takich leka­rzy, mimo ich naj­więk­szych kom­pe­ten­cji, nie­zbyt się lubi i nie ufa się im. Choćby byli tuzami medy­cyny z dorob­kiem nauko­wym, mają­cymi naj­lep­sze sta­ty­styki w lecze­niu danego scho­rze­nia, to i tak będą mieć mniej pacjen­tów, niż poczciwy dok­tor z gmin­nego ośrodka zdro­wia, który skru­pu­lat­nie wytłu­ma­czy pacjen­towi całą sytu­ację, da czas do namy­słu i będzie w sta­nie pogo­dzić się z tym, że pacjent odmó­wił lecze­nia. Mówiąc krótko: naj­lep­szym leka­rzem jest taki medyk, któ­remu medy­cyna nie prze­szka­dza w kon­tak­cie z pacjen­tem, nie jest waż­niej­sza niż wol­ność pacjenta.</p>
<p>Kościół powi­nien to sobie głę­boko prze­my­śleć: Jezus Chry­stus, jak widzimy po pil­nej lek­tu­rze Ewan­ge­lii, nie chce być leka­rzem waż­niej­szym od pacjenta; nie chce być waż­niej­szy od wol­no­ści czło­wieka. <strong>Wła­śnie na tym polega wiel­kość Boga chrze­ści­jan, że on bar­dziej sza­nuje czło­wieka, niż wła­sne wybory, w prze­ciw­nym razie byłby Bogiem pio­ru­nów i zemsty, a nie krzyża</strong>. Kon­kre­ty­zu­jąc już w kon­tek­ście warun­ków pol­skich i tematu tego tek­stu: Bóg nie chce być waż­niej­szy od wol­no­ści matki, która doko­nała abor­cji czy prze­pro­wa­dziła zabieg in vitro, nie chce niczego roz­wią­zy­wać odgór­nie. Jezus Chry­stus nie chce, by matka nie doko­ny­wała abor­cji tylko dla­tego, że ustawa jej na to nie pozwala, by patrzyła na sprawę powierz­chow­nie, nie swo­imi oczami.</p>
<p>A takie wła­śnie, nie­chry­stu­sowe, jest pra­gnie­nie Kościoła w Pol­sce: matka ma widzieć świat oczami poli­tyka i księ­dza biskupa, ma patrzeć przez pry­zmat ustawy, to ma być jedyna prze­strzeń manewru. Takie wycho­wy­wa­nie od sza­blonu. Nowa ustawa anty­abor­cyjna fak­tycz­nie zmniej­szyć może liczbę prze­pro­wa­dza­nych zabie­gów, ale czy ufor­muje ludz­kie wnę­trze, czy pozwoli na suwe­renne decy­zje, da mat­kom poznać, czego rze­czy­wi­ście pragną?</p>
<p><strong>To są wła­śnie manowce upra­wia­nej przez Kościół od lat fał­szy­wej ewan­ge­li­za­cji, w któ­rej się­gnięto po instru­men­ta­rium pań­stwa, wpierw po miecz, potem po ustawy</strong>: sta­ty­styki mogą sobie kwit­nąć, świą­ty­nie mogą być pełne wier­nych, ludzie mogą się nie zabi­jać, ale w isto­cie wszystko dzieje się jakby było nakrę­cone, moty­wa­cje są skrzy­wione, ludzie są trzy­mani – mniej lub bar­dziej dosłow­nie – za mordy. Towa­rzy­szy ludziom nie poczu­cie Deka­logu, a poczu­cie poli­cji. Naiwny byłby ten, kto by sądził, że w takim świe­cie powo­duje spo­łe­czeń­stwem miło­sier­dzie, a nie prawo.</p>
<p>A Chry­stus prze­cież <strong>ostrze­gał swo­ich uczniów</strong> przed tym wszyst­kim. <strong>Tłu­ma­czył, by nie się­gali po pań­stwo, bo to się skoń­czy kłam­stwem</strong> i tanim efek­ciar­stwem, led­wie kosme­tycz­nymi popraw­kami. Kościół nie roz­po­zna przez to, na jakim kto jest eta­pie roz­woju, nie pomoże ludziom.</p>
<p>Skoń­czyło się tak, jak się skoń­czyło, nigdy nie jest jed­nak za późno na zmiany. Powin­ni­śmy ape­lo­wać: Kościele, wyco­faj się z pań­stwa, prze­mów wła­snym sło­wem! Stać cię na to.</p>
<p style="text-align: right;">&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Polska młodzież – nadzieją Kościoła?</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/06/06/polska-mlodziez-%e2%80%93-nadzieja-kosciola</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/06/06/polska-mlodziez-%e2%80%93-nadzieja-kosciola#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 06 Jun 2011 08:12:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[młodzież]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1372</guid>
		<description><![CDATA[Miesiąc maj inspiruje do refleksji o młodzieży i jej relacji do religii i Kościoła. Jest to przecież czas pierwszych komunii dzieci, a więc doświadczenia inicjacji chrześcijańskiej. Jest to też miesiąc matur, czyli, m.in. punkt, kiedy młodzi ludzie, po latach katechizacji, wymykają się na zawsze bezpośredniemu wpływowi Kościołowi. Czy jeszcze kiedyś powrócą, tym razem dobrowolnie? Czy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Miesiąc maj inspiruje do refleksji o młodzieży i jej relacji do religii i Kościoła. Jest to przecież czas pierwszych komunii dzieci, a więc doświadczenia inicjacji chrześcijańskiej. Jest to też miesiąc matur, czyli, m.in. punkt, kiedy młodzi ludzie, po latach katechizacji, wymykają się na zawsze bezpośredniemu wpływowi Kościołowi. Czy jeszcze kiedyś powrócą, tym razem dobrowolnie? Czy te lata nauczania religii przyniosą jakieś owoce?</p>
<p><span id="more-1372"></span></p>
<p>W swoim interesującym studium, wybitny polski socjolog religii, ks. Janusz Mariański, bardzo realistycznie ocenia sytuację. Stwierdza, że choć w kwestii religijności młodzieży polskiej niewiele jest przesądzone (przy czym religijność nie znaczy katolickość czy kościelność), to jednak jedno jest pewne: „nie ma już możliwości pozyskania całej młodzieży polskiej dla Kościoła czy religii chrześcijańskiej”. I co więcej: „młodzież polska, nawet jeżeli w obecnej fazie przemian może być jeszcze w większości traktowana jako religijna, nie przywróci wprost chrześcijaństwa Europie, nie przyczyni się bezpośrednio do zahamowania procesów sekularyzacyjnych w krajach najbardziej zlaicyzowanych” .</p>
<p>Myślę, że jest to słuszne. Młodzi ludzie znajdują się między bardzo potężnymi biegunami wyznaczającymi pola napięć w przemianach społeczno-kulturowe w Polsce. Wielu dojrzałych i wykształconych ludzi, co więcej, wielu ludzi Kościoła, często nie radzi sobie ze znalezieniem właściwej drogi w spluralizowanym świecie. Czy więc można takie zadanie stawiać przed młodzieżą? Czy nie jest to zbyt łatwa ucieczka od odpowiedzialności ludzi dorosłych?</p>
<p>Trudno wymagać od młodych ludzi determinowania chrześcijańskiej tożsamości Polski, kiedy sama ta młodzież jest właśnie na tym etapie życia w trakcie formowania własnej tożsamości. Przy czym współcześnie jest to dla młodych ludzi o wiele trudniejsze zadanie. Wolny rynek wymusza potrzebę szybkiego określania siebie co do bardzo wielu tożsamości: jeśli chodzi o rodzaj wykształcenia, zawód, tożsamość seksualną, kulturową, religijną, polityczną itd. Parę dekad wcześniej zbudowanie wielu z tych tożsamości przychodziło o wiele łatwiej, a nawet może nieraz było niemal oczywiste. W kontekście pluralizmu jest to zadanie nieraz przekraczające możliwości kruchych psychicznie i duchowo młodych ludzi. W najlepszym razie zabiera im to bardzo dużo czasu.</p>
<p>Czy w tym wszystkim pomaga coś katechizacja, ten główny wysiłek polskiego Kościoła. Badania pokazują, że mimo wszystko młodzież traci kontakt z Kościołem. Jeśli chodzi o doktrynę katolicką, w pełni ortodoksyjna jest mniej niż połowa młodzieży szkolnej. Wskaźnik dominicantes pośród maturzystów waha się wokół 30 procent. Szacunkowo tylko trzecia część młodych aprobuje w całości doktrynę moralną Kościoła. Według ks. Mariańskiego, istnieją „uzasadnione obawy, że prowadzona z wielkim rozmachem katechizacja w szkole nie zapobiegnie w przyszłości emigracji młodzieży z Kościoła”. I gdzie indziej: „nie wydaje się, że katecheza szkolna jest w stanie odwrócić tendencje permisywne i relatywistyczne w stosunku do wielu norm moralności katolickiej”. Lekcje religii w szkole zdają się nie pomagać młodzieży w kształtowaniu ani religijności ani moralności.</p>
<p>Oczywiście, ktoś może twierdzić, że być może katechizacja przynajmniej sprawiła, iż procesy przemian religijności nie są tak gwałtowne, jak przypuszczano, że wszystko zachodzi stopniowo, powoli, ewolucyjnie, dając czas na refleksję i odpowiednie działania. Trudno powiedzieć. Raczej trzeba chyba przypuszczać, że to pojawienie się ogromnej ilości nowych wspólnot przyniosło ten efekt spowolnienia. Przed rokiem 1989 była to tylko Oaza; teraz mówi się o 150 różnych ruchach i wspólnotach religijnych w Kościele i milionie osób w nie zaangażowanych. To tutaj kształtuje się wiara i moralność przeżyta i zintegrowana we wszystkich swych aspektach: intelektualnym i emocjonalnym, indywidualnym i wspólnotowym. We wspólnotach może się rodzić osobista wiara, przeżyta głęboko i dobrowolnie przyjęta.</p>
<p>Jednakże zwraca się czasami uwagę, że brakuje tym wspólnotom księży, że trudno jest znaleźć duchownych, którzy by chcieli i potrafili towarzyszyć wspólnotom, szanując jednocześnie ich szczególne charyzmaty i pomagając im formować się według linii programowych, które sobie wyznaczają. Potwierdza to ks. Mariański: „W ostatniej dekadzie wyraźnie zmniejszyło się zainteresowanie duchowieństwa ruchami i wspólnotami religijnymi oraz stowarzyszeniami katolickimi”. Czy nie dlatego, że księża są przemęczeni pracą w szkole? Być może to nacisk na przygotowanie księży do formacji wspólnot, a nie przeciążenie studiów pedagogizacją, mogłoby zapobiec przewidywanej przez ks. Mariańskiego tendencji, że „zmiany w religijności młodych Polaków będą zmierzać nie tyle w kierunku sekularyzmu (ateizm, indyferentyzm), ile raczej będą wiązać się zakwestionowaniem Kościoła jako instytucji religijnej i społecznej zarazem”. Tak więc młodzież najprawdopodobniej pozostanie religijna ale już nie będzie to religijność kościelna, katolicka. Rozrośnie się raczej zjawisko wierzeń i praktyk paralelnych, alternatywnych, tego co się nazywa religijnością rozproszoną, nieusystematyzowaną, pozainstytucjonalną, synkretyczną, skrojoną przez każdego indywidualnie.</p>
<p>W końcu wydaje mi się istotne zauważyć, że chrześcijaństwo winno być przede wszystkim budowane w oparciu o ludzi dojrzałych, życiowo ustabilizowanych. Pan Jezus w pierwszym rzędzie zwracał się do ludzi dojrzałych, im poświęcał najwięcej czasu, energii, z nimi najczęściej przebywał. Bardzo niewiele ewangelicznych scen pokazuje Jezusa nauczającego młodzież albo dzieci. Podobnie dla Kościoła pierwszych wieków katechizacja osób dorosłych była priorytetem. Tymczasem Kościół współczesny, przeciwnie niż Jezusa, angażuje ogrom swojego wysiłku w nauczenie dzieci i młodzieży. Gdzieś przeczytałem interesujące spostrzeżenie: „Pan Jezus błogosławił dzieci, a nauczał dorosłych. Kościół w Polsce naucza dzieci, a błogosławi dorosłych”.</p>
<p>Oczywiście, zwrócenie się do dorosłych wymaga przemyślanego i przemodlonego doświadczenia życiowego przeżytego w kontekście Ewangelii. Wymaga dużych kompetencji teologicznych i duchowych oraz ludzkich (w świecie pojęcia kompetencji czy eksperta są ogromnie istotne; ludzie mają prawo spotykać się w Kościele z kompetentnymi księżmi, ekspertami w sprawach duchowych). Tutaj już nie można liczyć na pomoc władzy rodzicielskiej czy przymusu szkolnego.  Potrzeba odważnych wizji pastoralnych i dynamizmu apostolskiego, być może o wiele bardziej niż w sytuacji młodzieży i dzieci. Ale myślę, że ten kierunek może przynieść ogromne owoce. Takie nadzieje daje mi moje skromne doświadczenie w pracy ze wspólnotą rodziców czy małżonków. Dlatego, choć ostrożnie, mogę podzielać nadzieje wyrażone w końcowym akapicie tekstu polskiego socjologa: „Jeżeli nawet określilibyśmy katolicyzm polski jako „bastion z wieloma rysami”, to równocześnie jest w nim jeszcze wiele uśpionego potencjału, który mógłby prowadzić do rewitalizacji polskiej religijności i swoistego świadectwa Polaków wobec zsekularyzowanej Europy”.</p>
<p>Odniesienia: ks. Janusz Mariański, „Religijność młodzieży polskiej w procesie przemian”, w: <em>Zeszyty Naukowe KUL</em>, 2(2010), ss.39-61. Zobacz też: Janusz Mariański, <em>Religia w społeczeństwie ponowoczesnym. Studium socjologiczne</em>, Warszawa 2010. Janusz Mariański, <em>Emigracja z Kościoła. Religijność młodzieży polskiej w warunkach zmian społecznych</em>, Lublin 2008.</p>
<p>&nbsp;</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/06/06/polska-mlodziez-%e2%80%93-nadzieja-kosciola"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/06/06/polska-mlodziez-%e2%80%93-nadzieja-kosciola" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/06/06/polska-mlodziez-%e2%80%93-nadzieja-kosciola" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/06/06/polska-mlodziez-%e2%80%93-nadzieja-kosciola/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Echa „Destrukcji liturgii”</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 May 2011 10:47:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Gościnnie</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1367</guid>
		<description><![CDATA[Jarosław Dudycz Powiem szczerze, że naprawdę nie spodziewałem się tak eksponowanego miejsca dla mojego tekstu „Destrukcja liturgii”, który został w lutym wydrukowany przez „Przegląd Powszechny” i potem spopularyzowany przez portal Deon.pl. Nie sądziłem, że czytelników trzeba będzie liczyć w tysiącach, otrzymane maile w dziesiątkach, że kroku w debacie będzie chciał mi dotrzymać tak znakomity i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jarosław Dudycz</p>
<p>Powiem szczerze, że naprawdę  nie spodziewałem się tak eksponowanego miejsca dla mojego tekstu <a href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/02/01/destrukcja-liturgii/">„Destrukcja liturgii”</a>, który został w lutym wydrukowany przez „Przegląd Powszechny” i potem spopularyzowany przez portal Deon.pl. </p>
<p>Nie sądziłem, że czytelników trzeba będzie liczyć w tysiącach, otrzymane maile w dziesiątkach, że kroku w debacie będzie chciał mi dotrzymać tak znakomity i aktywny polemista jak ojciec Wojciechowski. Podejrzewałem, że publikacja może wywołać emocje i różnie być kojarzona, różne otrzymać etykiety, wszak traktowała o magnetycznym styku Kościół-naród, nie myślałem jednak, że to wszystko będzie aż na taką skalę. Do dzisiaj jeszcze odbieram maile od czytelników, mimo że od druku minęło już sporo czasu. Co ciekawe, ani „Przegląd Powszechny”, ani Deon.pl nie podały do publicznej wiadomości mojego adresu mailowego. Czytelnicy sami go sobie znaleźli pod innymi moimi tekstami czy w moim blogu. Byłem tym, bez egzaltacji mówiąc, mocno ucieszony, czytelnikom tekst rzeczywiście zagrał w głowach, faktycznie się nim przejęli. Mieli autentyczną potrzebę kontaktu z autorem, pisali bardzo długie listy, poświęcali sprawie czas. Nie zlekceważyli jej, docenili jej wagę, mieli poczucie, że liturgia ma wysoki priorytet. Nie brakowało aroganckich i wulgarnych anonimów, nigdy ich nie brakuje, ale, na szczęście, stanowiły mniejszość w całym zestawie korespondencji. Z poziomem merytorycznym i solidnością argumentów tegoż zestawu różnie bywało, sporo osób pisało głównie o emocjach, o tym, co czują, ale na pewno cieszy właśnie to pragnienie kontaktu, życzliwość piszących, ich chęć rozmowy. Chęć zbliżenia. Z takich czytelników należy się bardzo cieszyć i życzyć ich każdemu publicyście czy dziennikarzowi.</p>
<p>O ile świeccy dopisali i bardzo żywo reagowali na mój tekst, to duchowni, prócz <a href="http://www.deon.pl/religia/wiara-i-spoleczenstwo/art,278,kosciol-w-polsce-wg-dudycza.html">wyróżniającej się postawy księdza Wojciechowskiego</a>, mocno zawiedli. </p>
<p><span id="more-1367"></span><br />
W kilkunastu mailach spotkałem się z ich strony ze zdaniem, że taka debata i tak niczego nie da, że role są już obsadzone, że lepiej się nie wychylać. Nie chcę nikogo pochopnie oskarżać, wydaje mi się jednak, że jest w tym sporo kunktatorstwa, niechęci do zmian, do brania odpowiedzialności za Kościół. Emanuje z tego poczucie, że dobrze jest jak jest, że rozwój nie jest ważny, byleby się nic nie popsuło. Byleby nikt nie zakłócił snu, niczego nie kazał robić, nie zmienił utartej konstelacji wewnątrzkościelnych sympatii. Mnie i księdzu Wojciechowskiemu włos z głowy nie spadł, mimo że pisaliśmy o sprawach nabrzmiałych i poważnie obciążonych społecznie, prowadzenie dyskusji nam nie zaszkodziło, nie skorzystaliśmy też na niej. Nie dla siebie rozmawialiśmy przecież, ale dla Kościoła, dla lepszej świadomości wiary. Dla lepszego radzenia sobie z różnymi grzechami naszymi i wspólnot, w których żyjemy. Nie bardzo więc rozumiem, co by miały znaczyć zdania niektórych księży piszących do mnie maile, że lepiej pozostać w szeregu, że trzeba chronić kark.  Że „sam pan wie, jak jest”. Mam nieprzyjemne poczucie, że ci, na których powinniśmy polegać najmocniej, ci nasi przewodnicy, kapłani, teologowie, zostawili lud samemu sobie, gdzieś pogubili pasterskie laski. Pochowali się. Tak to trzeba nazwać: kapitulacja. Tak odczytuję sytuację, w której w jednym z kluczowych miesięczników katolickich w Polsce pojawia się ważny artykuł, o imponderabiliach polskiego katolicyzmu, a na odważną odpowiedź stać tylko jednego księdza. Za to wierni piszą hurtem, setką listów i komentarzy, czym potwierdzają, że się zupełnie wyrwali duszpasterzom spod skrzydeł, są już poza orbitą biskupów. Stety czy niestety. Jednak chyba jest to spora tragedia, Kościół bez związków wiernych z biskupami nie jest przecież Kościołem, nie jest apostolski, wierni sami sobie nie poradzą. Wierni mieli niewątpliwą chęć rozmawiać ze mną o poruszonych przeze mnie sprawach, pisali dużo i namiętnie. Szkoda, że nikt ich w tym otwarcie nie wsparł.</p>
<p>A co się wyłania z tych niezliczonych komentarzy wiernych i z dwóch tekstów księdza Wojciechowskiego? Po raz kolejny potwierdza się, że liturgia &#8211; pozwolę sobie tu użyć takiej niezbyt szczęśliwej metafory, ale jest ona dość przydatna &#8211; to taka scena, na której wystawia się pewien finalny spektakl, rezultat mozolnej pracy dramaturga, reżysera i aktorów, wynik miesięcy prób, uczenia się ról, szeregu teorii i koncepcji. To jest wynik wcześniejszych postaw i znajdujących się daleko poza sceną czy nawet poza teatrem uwarunkowań i wrażliwości. To tylko końcowa ekspresja, a grunt i istota są zupełnie gdzie indziej. Liturgia jest więc konsekwencją całej teologii, szerokiego rozumienia Kościoła, następstwem przyjęcia określonej eklezjologii i nauki społecznej. A nawet konsekwencją takich czy innych ustaleń metafizycznych. Dobrze to było widać w dyskusji o lefebryzmie, która przetoczyła się przez media katolickie w 2009 roku. Łatwo można było zobaczyć, że lefebrystom nie idzie o mszę trydencką,, że to tylko kod, sposób mówienia. Środek wyrazu. A naprawdę idzie o to, co się za rytem trydenckim kryje: o teocentryzm, pogardę wobec innowierców, o apologię kultury łacińskiej. Ryt trydencki to tylko płaszcz na zbroję rycerzy walczących przeciw Soborowi Watykańskiemu II. Liturgia to tylko szata. Podobnie z nami, ze mną i księdzem Wojciechowskim, z naszą dyskusją. Niby szło o liturgię, o to, jak ją należy sprawować, czy godzi się stosować  elementy ojczyźniane, odwołujące do mitologii narodu, czy nie godzi,  ale w istocie rozmowa toczyła się na płaszczyznach elementarnych, jej sednem były źródła ludzkich postaw, złożone idee. Wyraźnie widać, że ciężar tematu jest w kompletnej i integralnej wizji Kościoła i człowieka. To już jest pewna antropologia, żeby nie powiedzieć – teologia. Mamy te sprawy z księdzem Wojciechowskim diametralnie różne. A i  moje stanowisko nie tylko z księdzem Wojciechowskim mnie różni, ale także pewnie z ogromem polskich duchownych i braci w wierze. Trzeba jednak te odmienności wyartykułować dobitnie, nie bać się tego, nie uciekać. Tylko wtedy, gdy się to powie explicite, nie stanie się upiorem w szafie, tylko oświetlone nie odbije się czkawką i nikt od tego nie oberwie rykoszetem. Otóż, mamy inne czucie Kościoła, inaczej widzimy cele katolików, ich drogę rozwoju. Inaczej postrzegamy własne życie, inne sobie wyznaczamy zadania, inną mamy strukturę myśli. A mówiąc jeszcze wyraziściej: trochę inaczej widzimy naszego Mistrza, Jezusa Chrystusa. Inaczej na Niego patrzymy, z innej strony. Inne mamy nadzieje. Zupełnie jest z nami, współczesnymi wyznawcami  Jezusa, tak samo, jak z Apostołami. Każdy z nich miał o Mistrzu różne wyobrażenia, inne przykładał do Mistrza wzorce, czego innego oczekiwał. Innych się spodziewał rezultatów nauk Mistrza, inaczej definiował swoje miejsce u Jego boku. Wszyscy oni jednak, prócz Judasza, odnaleźli się w rzeczywistości po Zmartwychwstaniu, tworzyli pierwsze wspólnoty Kościoła, nauczali Ewangelii, łamali chleb po domach. Mimo że przecież Jezusa widzieli różnie, mimo że nie raz tłumaczyli Jego słowa przez pryzmat niepoprawnych skojarzeń i nadinterpretacji, to jednak w jakimś wymiarze zasadniczym byli Mu zawsze wierni, nie zdradzili, mieli z Nim mocną relację. A i nawet los zdrajcy, Judasza, nie był nigdy przesądzony; co prawda Ewangeliści są dla niego surowi, pomstują na niego, twierdzą – i to chyba jest eufemizm &#8211; że lepiej by było dla niego, gdyby się nie urodził, to nie możemy jednak wykluczyć jego zbawienia, jego obecnego szczęścia. Śmierć to żadna bariera, może po niej Judasz odnalazł drogę do Pana. Nie nam o tym decydować. Gorszące wydają się spory, których w naszym Kościele mnóstwo, kto jest bardziej Chrystusowy. Chciałbym tu przywołać tytuł pewnego artykułu księdza Hryniewicza, wielkiego znawcy prawosławia, który od lat dzieli się z nami swoją nadzieją na powszechne zbawienie. Ten znany polski teolog napisał kiedyś o „Chrystusie polifonicznym”. To określenie podsuwam pod rozwagę czytelnikom tego tekstu, podsuwam mojemu polemiście, księdzu Wojciechowskiemu, wszystkim komentatorom „Destrukcji liturgii”. Chrystus mówi do każdego człowieka, każdemu pozwala się uchwycić, nikogo nie osieroca. W artykule Hryniewicza możemy przeczytać, że Jezus nieustannie zadziwia, wymyka się schematom, nikt nie ma monopolu na poznanie Go. Zawsze jest blisko człowieka, ale zawsze jest też o wiele dalej, niż każda z ludzkich dróg, nigdy nie jest przy naszych sporach, przekracza je. Nie jest przeciwko nikomu.</p>
<p>Przerasta i mnie, i księdza Wojciechowskiego. I zarazem, wierzę, jest przy nas obydwu, mimo że tak bardzo odmiennie spoglądamy na Kościół. Ja akurat uważam, że ojczyzna to jest kategoria w Kościele jak najmniej przydatna. Pojęcie narodu, w moim mniemaniu, wcześniej czy później wpędza w mitomanię, zachęca do polityki, instrumentalizuje historię, dzieli narody na moralne i niemoralne, na bliskie Bogu i bezbożne. Wprowadza więc fałszywe granice, wiedzie ku nadbudowom, które nie mają w sobie niczego fundamentalnego. Popatrzmy, jak to jest w przypadku Polski: myśli się u nas, tak się nas wychowuje, tak mówi szkoła, że wszystkie wojny to nasza świętość i nasze męczeństwo, a innych grzech i wina. Próbuje się wprowadzać zatem dodatkowe, nieewangeliczne kryteria moralne, mówić o jakiejś polskiej wyjątkowości dziejowej. O polskiej przewadze duchowej. To jest destrukcyjne, zaburza jedność ludzi, jest nierozwojowym nadmiarem. Przerostem formy nad treścią. Nie wiadomo, gdzie to się w ogóle zaczyna, jaka jest tego tożsamość, dlaczego to jest takie, a nie inne. Nie widać sensownego źródła tego. Jest raczej arbitralne. Nie od Boga pochodzące, ale od ludzi. Jednych to stygmatyzuje, innych niezdrowo wyróżnia. Jest po prostu, w moim przekonaniu, wyssane z palca,  to jest jedna z miliona narracji, niczego w tym nie ma szczególnego, powoduje natomiast, że nadal rozróżnia się „Greków” i „Żydów”. A przecież miało już tego nie być! Obiecaliśmy to sobie w imię Jezusa! Poza tym przekonanie, że polskość to coś specjalnego i godnego pielęgnowania, mamy na to wyraźny dowód w ostatnich miesiącach, nie zmienia ludzi, konserwuje za to ich wady. Sprawia, że ludzie od lat stoją w miejscu. Polski patriotyzm nie ma innej proweniencji jak uniesienia romantycznego mesjanizmu, a to nie jest wrażliwość chrześcijańska. To pogląd pogański. Chrystusa w tym nie widać wcale. </p>
<p>Dlatego nie rozumiem, po co tego bronić, po co się trzymać narodu i jego poetyki. Zapytam bardzo otwarcie: skoro w Ewangelii jest pełnia, wszystko, czego potrzebujemy, kompletny obraz Boga, to czy nie trzeba wszystkiego innego cisnąć w kąt? Porzucić jako rzecz rozpraszającą? Dlaczego twardo nie pójść za Jezusem, zostawiając wszystko inne za sobą? Księża powinni mnie doskonale zrozumieć, wszak wybrali w swoim życiu celibat, nie mają żon i dzieci, zrezygnowali z rodziny. Nazywają to radykalizmem Ewangelii. Dlaczego więc nie zrezygnowali z ojczyzny? Zostawili matkę, ojca, nie mają żon, żyją inaczej niż większość ludzi, wyszli z domu bez niczego na drogę, posłuchali Jezusa w całej rozciągłości Jego słów. Uwierzyli, że Ewangelia to jest szczyt, że innych scenariuszy nie warto już próbować. Jako ludzie Ewangelii potrafią rezygnować z każdego przyzwyczajenia, z każdej małej potrzeby, z każdej rzeczy, która jest spoza sensu Jezusowej wykładni. Przekraczają siebie. Dlaczego więc nie wyrzekną się ojczyzny? Dlaczego matka nie gra im w duszy, ojciec, żona, ale gra Polska?  Dlaczego ten sztandar trzymają w ręku? Zaparcie się samego siebie, w moim mniemaniu, musi obejmować także skłonności narodowe, poczucie ojczyzny, poczucie narodowych mitów. Chrystus chce uczniów, którzy potrafią dla Niego stracić wszystko. Wszystko to wszystko. Również polskość. </p>
<p>Porzucenie tego, co się ma, starego ładu, „starego człowieka”, również ojczyzny, to, według mnie, priorytet rozwoju chrześcijanina. To niewątpliwy początek ogołocenia siebie, zostania sam na sam z prawdą o sobie, o przeznaczeniu człowieka. Sam na sam z prawdą o tym, że bez Jezusa nie zrobimy kroku. Gdy tak stoimy nadzy, bez wcześniejszych skłonności, widzimy swoją grzeszność, nic nie maskuje człowieka, nic go nie osłania. Nie ma się czym okryć. A nie ukrywajmy, że polskość to jest często taki kocyk, narzędzie dobrego samopoczucia, próba zamaskowania osobistych wad. Podpinamy się często pod naród, pod Jana Pawła II, ostatnio pod Smoleńsk, nie chcemy wypaść blado, chcemy coś posiadać, jakąś tradycję, dumę. Chcemy zamaskować własne braki. Polskość służy wygładzaniu. A wygładzać w żadnym razie nie należy, trzeba siebie zobaczyć ze wszystkimi ranami. Pojęcie narodu w tym niewątpliwie przeszkadza, za bardzo widzi się w narodzie innych, za mało siebie. Za bardzo się widzi rację stanu, ciąg pokoleń, sprawy międzynarodowe, za mało jest samokrytycyzmu. Naród bardzo łatwo powoduje, że ochoczo się widzi źdźbło w oku bliźniego, a pomija belkę we własnym.</p>
<p>Dlatego ja postanowiłem w swoim życiu z ojczyzny zrezygnować. Nie jest to prymitywne porzucenie polskości ze wstydy, daleko mi do antypolonizmu, nie utożsamiam się z opiniami Jana Tomasza Grossa. To nie ta barykada. Nie ta walka. Ja z całą pewnością jestem Polakiem, myślę po polsku, uformowała mnie polska kultura. Biorę udział w polskich dyskusjach. Mogę siebie nazywać Polakiem, to mi w życiu dało mnóstwo piękna. I właśnie dlatego, że tak jest, że mogłem być z Polski dumny, że to jest mój świat, to to odrzucam. Żeby się rozwijać, żeby zobaczyć wyższe pułapy, bardziej uniwersalne wartości. Dla dostrzeżenia witalności Ewangelii, jej mocy. Uważam, że polskość niewątpliwie przysłaniałaby mi Jezusa Chrystusa. Tak jak wszystko inne, co pochodzi od owego „starego człowieka”, który nie zna Jezusa. Tak jak egoizm, pycha, przedkładanie własnych pasji i celów nad miłość bliźniego i miłość Boga. Ojczyzna to jest właśnie, patrząc przez pryzmat powszechności Kościoła, coś „mojego”, dlatego należy, w moim przekonaniu, ją przekreślić. I dlatego – i taka była wymowa „Destrukcji liturgii” &#8211; nie powinno być dla niej miejsca w Kościele, we wspólnocie eucharystycznej. Bo ojczyzna jest „moja”, to ja się w niej dobrze czuję. A w Kościele nie chodzi o promocję „mojego”, rzecz nie w tym, żeby „moje” było na wierzchu.</p>
<p>Istotą rzeczy jest jednak to, że mimo takiego stanowiska, jak mi się wydaje słusznego, odnośnie ojczyzny, mam inne problemy, inne zniewolenia i braki. Inni, zniewoleni może ojczyzną, mogą być od tych moich skaz wolni. Wszyscy zatem zawsze potrzebujemy uzdrowienia. Każdy ma jakąś pracę do wykonania, jest z czymś na bakier, upada. Nikt nie osiągnął doskonałości, bo ona w dużej mierze nie jest sprawą cyzelowania własnej postawy, ale jest kwestią łaski. A łaska jest dana obficie, bez żadnych zasług, i komuś o mojej postawie, i ludziom zaangażowanym w patriotyzm czy nawet nacjonalizm. W Kościele dla każdego jest miejsce, mimo że różnie o nim myślimy. Jezus przekracza nawet nasze samodoskonalenie się, poczucie, że coś osiągnęliśmy, zawsze jest większy od naszych prób rozwoju. Jest większy od mojego poglądu, że polskość szkodzi Kościołowi, i większy od poglądu księdza Wojciechowskiego, że Kościołowi służy. Warto o tym pamiętać.</p>
<p>Jarosław Dudycz</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Niewykorzystana modlitwa wiernych</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 04 Apr 2011 09:35:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Teologia]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>
		<category><![CDATA[biblia ewangelia wiara oszajca]]></category>
		<category><![CDATA[kazanie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1354</guid>
		<description><![CDATA[Lutowo-marcowy numer miesięcznika „Więź” podejmuje temat języka wiary i niewiary. W specjalnej ankiecie pytano członków Zespołu Laboratorium Więzi o „o język Kościoła katolickiego jako wspólnoty i jako instytucji, ale też szerzej: o diagnozę stanu umiejętności komunikowania przez Polaków duchowego doświadczenia wiary w aktualnej sytuacji kulturowej”. Oczywiście, w podsumowaniu ankiety pozytywów jest najmniej, przeważają słabości, zagrożenia [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Lutowo-marcowy numer miesięcznika „Więź” podejmuje temat języka wiary i niewiary. W specjalnej ankiecie pytano członków Zespołu Laboratorium Więzi o „o język Kościoła katolickiego jako wspólnoty i jako instytucji, ale też szerzej: o diagnozę stanu umiejętności komunikowania przez Polaków duchowego doświadczenia wiary w aktualnej sytuacji kulturowej”.</p>
<p><span id="more-1354"></span></p>
<p>Oczywiście, w podsumowaniu ankiety pozytywów jest najmniej, przeważają słabości, zagrożenia i rady na przyszłość. Najczęściej dostaje się oczywiście homiliom i kazaniom.  W istocie, w okresie wielkopostnych rekolekcji, gdy w każdej parafii odbywają się serie długich kazań i homilii oraz innych pouczeń, być może warto i nad tym się zastanowić. Wielki Post można by widzieć nie tyko jako czas słuchania ale też refleksji nad jakością głoszenia.</p>
<p>Zamiast jednak pomnażać wytykanie słabości kazań, chciałbym zwrócić uwagę na pewien w ogóle niedostrzegany element Eucharystii, o którego języku, a przede wszystkim celebrowaniu też warto by podyskutować. Mianowicie, niewiele mówi się o drętwości tzw. modlitwy wiernych (modlitwy powszechnej). Nikt się nie burzy co do nadużyć tutaj popełnionych. Jakże często modlitwę wiernych czyta ksiądz. I w dodatku: często jest ona czytana po prostu z dostarczonych –  w najlepszym wypadku,  na dany rok – materiałów. Wszystko wypolerowane, bezosobowe, ogólne. Rzadko można usłyszeć wezwania modlitewne ułożone przez wiernych. Nawet jeśli słychać je czasem, jakże nieznośnie są one przesiąknięte sztucznym, patetycznym albo dewocyjnym językiem religijnym. Pytam się wtedy siebie, czy ci ludzie rzeczywiście tak rozmawiają z Bogiem na modlitwie?</p>
<p>Modlitwa wiernych jest chyba jedynym, usankcjonowanym prawnie, miejscem w liturgii mszy świętej, gdzie świecki człowiek może powiedzieć coś od siebie, podzielić się swoją wiarą, wyrazić swoją troskę i to, czym żyje. W bardziej ogólnej perspektywie, wydaje mi się, że modlitwa wiernych jest bardzo dobrym miejscem kształtowania tego, o czym mówi w „Więzi” Marek Rymsza (Więź, ss.57-58). Chodzi o niwelowanie rozchodzenia się języka religii i języka wiary. Ten pierwszy ma za zadanie, w ujęciu Rymszy, obiektywizować doświadczenie wiary pokoleń, odnosić je do teologii. Język wiary, z natury subiektywny, niedookreślony, zmienny, ma zaś komunikować doświadczenia związane z osobistym przeżywaniem wiary przez poszczególnych wierzących. Modlitwa wiernych może być bardzo dobrym miejscem wypełnienia owego zadania, którym według Rymszy jest „dążenie do integracji obu języków zarówno poprzez obiektywizowanie języka wiary, jak i ciągłe ożywianie języka religii”, który ma tendencje do kostnienia i przekształcania się w skamieniałość.  Rymsza pisze dalej: „Gdy takiej integracji brakuje, język religii odrywa się od codziennego doświadczenia osób wierzących, staje się językiem odświętnym, oficjalnym, którego pojęcia jakby tracą swoje ‘dotykalne’ desygnaty. Wypowiadamy pewne słowa, całe frazy, bo w określonych ‘okołokościelnych’ sytuacjach tak wypada, ale niewiele w ten sposób komunikujemy (…) A język wiary, nieobiektywizowany, niejako oderwany od religii, staje się z kolei ‘wsobny’, nieprzekładalny, redukowany do wyrażania emocji; mówiąc w skrócie – uprywatnia się.” Czy modlitwa wiernych, jej przygotowanie, nie mogłaby stać się, z jednej strony, miejscem pracy wiernych nad własnym językiem wiary, a z drugiej strony, przestrzenią witalizowania języka religii, oficjalnej mowy instytucjonalnego Kościoła?</p>
<p>Może całkiem niezłym pomysłem duszpasterskim, z którym spotkałem się w Irlandii czy Niemczech, jest po prostu co tygodniowe spotkanie kapłana z wiernymi, by ułożyć wspólnie modlitwę wiernych, która by dotykała konkretnych spraw wspólnoty danego terenu oraz parafii. Mogłaby powstać nawet cała grupa modlitewna wokół takiego zadania.</p>
<p>Modlitwa wiernych, element mocno osadzony w liturgii, może być dobrym miejscem wyrażania własnej wiary przez wiernych oraz pięknym sposobem przekazu wiary innym wiernym i samemu kapłanowi. Zarazem mogłaby ona stać w twórczym napięciu z jego homilią (być może bardzo oddaloną od tego, co przeżywają wierni i od ich duchowych potrzeb).</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

