Kategoria Kościół

Bez retuszu 0 Autor: Małgorzata Felicka

Apr8

Na szczęście jest ciepło, ale nie upalnie. Panuje ścisk. Rozczarowani ludzie głośno upominają się o swoje prawa. Przecież mają bilety. Dlaczego nie pozwala im się wejść? Machają zielonymi i żółtymi kartkami z zazdrością patrząc na tych szczęśliwców, którzy siedzą po drugiej stronie ogrodzenia. To proste – trzeba było przyjść wcześniej. W pewnym momencie jakiś potężny mężczyzna koło sześćdziesiątki postanawia skorzystać z okazji: Wierząc w swoją siłę, próbuje się przepchać, kiedy dwaj umundurowani młodzieńcy stojący w bramce kogoś innego jednak przepuszczają. Oj, mundurowi tego nie lubią! Odpychają krzepkiego  jegomościa gwałtownie poza ogrodzenie wykrzykując pod jego adresem nieprzyjazne określenia. Później jeden z porządkowych popycha go z całej siły jeszcze raz, a potem jeszcze. Wszyscy milkną zaskoczeni tak gwałtowną reakcją. Ale już nikt nie ma wątpliwości: gabaryty nic nie pomogą. Porządek musi być. Mundurowi dalej pokrzykują na tego pana śpiewnie, ale z nienawiścią w oku. Trochę strach, że może dojść do bójki, ale nikt nie reaguje i właściwie z przyjemnością konstatuję, że siła nic nie pomogła. To i dobrze – sama nie mam jej tyle, żeby próbować.

Rozlega się muzyka. Śpiewy. Na telebimie można obserwować uroczystość, która przenosi się w pobliże miejsca, w którym stoimy. Jakiejś starszej kobiecie po policzkach zaczynają płynąć cichutkie łzy. Stróże porządku to widzą i pewnie dla zatarcia niekorzystnego wrażenia bójki, która miał przed chwilą miejsce, wpuszczają tę panią i dwie młodsze kobiety (chyba córki), które jej towarzyszą. Podsuwają im krzesła. No, właśnie, myślę, siła nie pomaga, ale na współczucie można liczyć. I rzeczywiście, umundurowani chłopcy wyłuskują spośród tłumu kolejne starsze osoby, potem niewidomych z przewodnikami. Zerkają spode łba na tego, który się pchał: „Ten nie wejdzie, bo mnie wkurzył” mówi ten wyższy. A postawny mężczyzna (okazało się, że jest to Niemiec) stoi zupełnie spacyfikowany. Piękne śpiewy zakłócane są przez okrzyki młodych Hiszpanów, których stara się wprowadzić do zamkniętego sektora ich opiekun. Nic nie pomaga. Za to nasza sytuacja się poprawia, gdyż docieramy do barierki, bo ci, którzy koło niej stali zrezygnowali ze zmęczenia czy znudzenia i poszli sobie. Mamy teraz uprzywilejowaną pozycję. Tymczasem jakaś pani udaje że mdleje. Porządkowi dają się nabrać. Po drugiej stronie już jej dobrze, porzuca zbolałą minę i stara się o wpuszczenie swojej towarzyszki.

Właściwie nic specjalnego. Ot, zwyczajna scenka. Tyle tylko, że to nie stadion ani koncert rockowy, lecz Msza św. w Niedzielę Palmową na Placu św. Piotra. Właśnie odśpiewana została Pasja Chrystusa. Msza jest piękna i uroczysta, ale koło nas niewielu wydaje się ją śledzić. Nadal trwa napór i przepychanka, która skupia całą uwagą. Jakaś malutka wyfiokowana Francuzka przekonuje włoskiego porządkowego, że przecież wyszła tylko do toalety i ma tam w środku swoje zarezerwowane miejsce. Na to duża żona dużego Niemca odpycha ją biodrem i trafia nim w jej bark a potem przechyla się na nią całym swoim ogromnym ciałem. Francuzka niknie pod nią, sapie z wysiłkiem i wycofuje się pokonana. My dwie, oparte o barierkę, usiłujemy skupić się na Mszy. Klękamy w czasie końcowego akordu Pasji. Wykorzystuje to młody Hiszpan i pokazując zabandażowaną nogę przepycha się na nasze miejsca. Ale nie dajemy się. Kiedy już myślę, że takie to wszystko przykre, że lepiej było zostać w Warszawie, nagle wychodzi grupka ludzi, których Msza zmęczyła i porządkowi zapraszają na zwolnione krzesła do środka właśnie nas dwie i jeszcze trzecią Polkę. Może rozczuliło ich nasze przyklęknięcie? Mamy więc siedzące miejsca i spokój.

A papieska homilia jest na temat tego, co Jezus pokazuje swym życiem i śmiercią na krzyżu. Papież zwraca uwagę na dwa elementy przesłania płynące z krzyża: że szczęściem, ale też trudem każdej chwili naszego życia jest ufać, że wola Ojca jest wolą, której można się bez protestu podporządkować, (prawda, myślę sobie, na przykład podporządkować temu, że nie zostało się wpuszczonym do sektora z krzesłami), oraz że życie Jezusa było życiem ofiarowanym dla wszystkich. To znaczy, było wskazówką, że wartością jest uniwersalizm. Ten uniwersalizm, zwraca uwagę Benedykt XVI, zazwyczaj jest swoistym krzyżem, bo wymaga porzucenia tego, co własne i partykularne na rzecz tego, co wspólne i łączące. A nie jest to łatwe. Zaiste, ta druga trudność również dała o sobie znać nawet teraz, w czasie tej Mszy! Z jaką łatwością przyklejałam etykietki: Włoch taki, Niemka owaka…

Komunia. Potem papieskie pozdrowienia w różnych językach. Po pozdrowieniu w języku polskim wylatują w górę wypuszczone przez polskich pielgrzymów czerwone baloniki z biało-czerwoną flagą, na której widnieje napis: „Jan Paweł II”. Lecą najpierw nad ołtarz a potem wysoko, wysoko, do nieba. Jednak warto było przyjechać.

Abp Życiński o “Dzienniku” w Środę Popielcową 5 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Feb27


Co o tym myślicie?

Lefebryści: zaciemnienie sprawy 5 Autor: Tomasz Kot SJ

Feb10

21 stycznia dekretem podpisanym przez Prefekta Kongregacji ds. Biskupów zniesiona została ekskomunika z biskupów konsekrowanych w 1988 r. bez zgody Stolicy Apostolskiej przez abp Marcela Lefebvre’a. Niedługo potem media zdominowały doniesienia o wypowiedzi biskupa Richarda Williamsona, jednego z lefebrystów, negującej istnienie Holokaustu. Na Benedykta XVI posypały się gromy. Zaczęły się wyjaśnienia. Z jednej strony Watykan wyraźnie odciął się od wypowiedzi Williamsona, z drugiej zaś podobnie uczynił przełożony Bractwa Piusa X biskup Bernard Fellay.
Rozumiem, że głoszone przez biskupa Williamsona poglądy są skandaliczne i absolutnie gorszące. Publiczne ich napiętnowanie jest z pewnością słuszne. Jednak uwaga jaką skupił on na sobie i na sprawie Holokaustu ogromnie zaciemnia sprawę lefebrystów i ich powrotu do Kościoła Katolickiego. A to dlatego, że negacja Holokaustu, choć godna potępienia tak jak negacja każdego zła, nie jest bezpośrednią przyczyną braku jedności między Kościołem Katolickim a lefebrystami.

Innym zaciemnieniem w tej sprawie jest przesadne akcentowanie, jakoby lefebrystom chodziło głównie o liturgię sprzed Soboru Watykańskiego II. Zupełnie nie lekceważąc liturgii, należy stwierdzić, że problem jest poważniejszy. Chodzi bowiem o przyjęcie całego nauczania tego soboru. A to sprawa niebagatelna. Trudno podzielać mi entuzjazm red. Pawła Milcarka, który zdjęcie ekskomuniki komentował jako „wielki dzień katolickiej jedności chrześcijan w Kościele” (komentarz dla KAI z 24.01.2009). To raczej malutki kroczek w bardzo długiej drodze do jedności, której na razie nie widać i zdaje się, że nie jest nawet poszukiwana przez wszystkich lefebrystów, o czym świadczyć może choćby wypowiedź bpa Bernard Tissier de Mallerais dla La Stampa, który na pytanie, czy zrewidują lefebryści swoje stanowisko w kwestiach spornych, odpowiedział: „Nie, zdecydowanie nie. My nie zmienimy naszego stanowiska, mamy natomiast zamiar nawrócić Rzym, to jest przeciągnąć Watykan na naszą stronę”.

W Przeglądzie Powszechnym (9/2007) opublikowaliśmy artykuł Bernarda Sesboüé SJ, „Instytut Dobrego Pasterza – nadzieja czy wieloznaczność?”. Warto przypomnieć jego fragment, w którym znajduje się syntetyczna historia rozłamu lefebrystów, jasno wskazująca na istniejące problemy (przypisy umieszczone w nawiasach kwadratowych).

czytaj dalej »

Czy dorastający chłopak musi odejść z Kościoła? 1 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Feb10

Alergicznie reaguję na aktywność Kościoła pod hasłem „duchowość mężczyzny”. Ale jeżeli książkę z takim tytułem przynosi mi przyjaciel i nauczyciel, w końcu zaglądam; zwłaszcza że jest on autorem dwóch rozdziałów.

Czytam Cezarego Gawrysia („Więź”), bo o nim mowa, i czuję, jakby to były moje własne myśli.

„Naprzód przebojem, młodzi rycerze, / do walki z grzechem swej duszy, / wodzem nam Jezus w hostii ukryty, / z Nim w bój nasz zastęp wyruszy!” – tę pieśń śpiewałem jako dorastający chłopiec na niedzielnych Mszach dla młodzieży. Przestałem ją śpiewać w wieku lat czternastu, kiedy też przestałem chodzić do kościoła.

Ja także jako czternastolatek zrywałem się z kościoła, który wydawał mi się nudny, daleki od mojego życia i moich spraw. Później do niego wróciłem. Zawsze jednak uważałem, że przywołane słowa pieśni robią chłopakom wielką krzywdę. Jest to w zasadzie pieśń taliba. Młodego rycerza, który walczy z grzechem duszy. Nie mam zamiaru iść na świętą wojnę.

Po latach wydaje mi się błędem ewangelizacji, że podobne teksty służą do formacji wiernych. Jaka z tego może powstać duchowość? Nie będzie to przykład męski, ale taki, który nasuwa mi się pierwszy (pochodzi z wywiadu z Tadeuszem Batrosiem, wówczas dominikaninem):

Porażające są historie, gdy lekarz przytulił czterdziestoletnią zakonnicę i było to dla niej tak szokujące przeżycie, że zanim trafiła na terapię do psychoterapeuty, nie mogła się uwolnić od obsesyjnych snów i myśli.

Benedykt XVI w swojej pierwszej encyklice „Deus caritas est” pisze, że wiara nie tworzy świata równoległego, ale bezpośrednio wiąże się z naszym życiem. Tymczasem kwestie duchowości mężczyzny czy kobiety, seksu, zawsze poprzedza wielkie „ale”, niezależnie od tego, ile przyniesie ono pożytku, a ile szkody. A światy równoległymi pozostają. Z jednej strony jest czysto i “duchowo”, z drugiej – nierząd. Mało pociągająca alternatywa, przed którą staje dorastający chłopak. Czy zawsze będzie on musiał odejść z Kościoła, by później do niego wrócić?

„Duchowość mężczyzny” (J. Augustyn, red., WAM, Kraków 2008).

Reformacja w sercu 4 Autor: Agata Słyk

Feb1

Słowa pewnych ludzi mają moc zmieniania życia innych. Dzieje się tak, kiedy mówią prawdę i kiedy umieją słowa kierować do serc, na glebę prawdy spragnioną. Czasem spotykamy takich ludzi. Później nie da się już świata traktować tak samo.

Zapoznałam się z postacią Martina Lutra. A później długo myślałam, co w nim jest takie pociągające. W sporze z Rzymem, kiedy sprawy przybierały coraz gorszy obrót, zakonni współbracia, słuchacze kazań i wykładów, trzymali jego stronę. Poszli za nim. Czy był rewolucjonistą, hipnotyzerem tłumów, czy mamił obietnicami prostego życia? Nie można wyciągnąć takich wniosków. Zwłaszcza, że Luter żył według tego, co głosił. Swoim życiem zilustrował “dobrą nowinę”.

Był dobrze wykształcony. Jego wiedzę docenili przełożeni powierzając mu wykłady z pisma zanim jeszcze został doktorem teologii. W życiu duchowym towarzyszył mu niepokój, pokusa smutku. Wiarę przeżywał w bardzo osobisty sposób. Zgłębiał Pismo i studiował Ojców. Efektem było wypracowanie własnej teologii, która nie wykraczała poza ramy katolickiej, choć w pewnych okresach Luter nie ustrzegł się błędów.

Miał odwagę głośno mówić o nadużyciach, o kłamstwie, o złu, które widział w Kościele. Dziś też wielu pokrzykuje. Tylko że nie wystarczy mówić, co się mi nie podoba bądź czego sobie życzę by uległo zmianie. Luter ukształtował swoje poglądy w oparciu o wykład wiary katoliciej, Pismo święte i osobistą relację z Chrystusem. Dostrzegł, że życie ludzi należących do Kościoła nie zgadza się z nauką Chrystusa. Chciał odnowić Kościół. Jednak przywiązanie wielu hierarchów do błędu było na tyle mocne, że chciano by Luter milczał. Nie zamilkł. Stał się Reformatorem, bo pozostał wierny sobie; zaufał sobie, nawet za cenę negacji autorytetu papieża. Ale to za mało. Luter odnalazł Prawdę i to jej był wierny.

Jak się ma Opatrzność do majątków 1 Autor: Małgorzata Felicka

Jan25

Siostra Małgorzata Chmielewska w czasie debaty „Kościół w demokracji 1989-2009” została w pewnym momencie zagadnięta, czy sprawa odzyskiwania przez Kościół mienia zagarniętego przed laty dotyczy jej zgromadzenia. Odpowiedziała bez wahania, że dzięki Bogu, jej zgromadzenie nie ma żadnych majątków. To był mocny kontrapunkt w toczącej się dyskusji. Zaskakujący. Zapytana dalej, jak sobie dają wobec tego radę, powiedziała rzecz piękną. Zapamiętałam, że brzmiało to mniej więcej tak: „Może to wyda się śmieszne, ale wierzę w Opatrzność. I mówię wam, że pomoc Opatrzności przychodzi. Jest zawsze spóźniona o 15 minut, w ciągu których można osiwieć, ale trzeba w nią wierzyć i pamiętać, że Bóg daje, ale tylko dopóty, dopóki, nie zatrzymuje się dla siebie tego, co daje, ale natychmiast przekazuje to dalej.”

No właśnie, to jest ta sprawa, która leży mi na sercu: czy Kościół (ten hierarchiczny) wierzy w Opatrzność? Czy nie jest za nadto ziemski w swych staraniach o materialne środki do trwania i prowadzenia pracy? Czy nie stara się wyręczyć Pana Boga w dbałości o swe interesy?

Trudno jest wziąć odpowiedzialność za sprawy Kościoła jako instytucji i wyważyć, w jakim stopniu powinien zdać się na Opatrzność. Jeśli mowa o majątkach, będących własnością instytucji, to wystarczyłoby, żeby Kościół prowadził przejrzystą księgowość, tak żeby można było stwierdzić, na co są przeznaczone. Gdyby wiadomo było, że zgodnie z wolą darczyńców, przeznaczane są na pomoc dla innych, to wielu krytykom zamknęłoby się usta. Jednak chociaż nie łatwo znaleźć właściwą miarę dla zabiegów Kościoła, nie znając jego finansów ani tego jak są spożytkowywane, to jedno wydaje się niewątpliwe. Majątek Kościoła nie powinien być przeznaczany na wystawne życie jego urzędników. Jeśli chcą oni być słuchani i brani poważnie, to nie mogą żyć bogato, lecz skromnie. Obecnie, przynajmniej w Polsce, w ogólnym odczuciu wyższe stanowiska kościelne wiążą się z wysokim poziomem życia. To zraża do Kościoła. Kiedyś może było tak, że autorytet miał feudał, jakiś bogacz otoczony świtą. Teraz taka otoczka pozbawia wyższych duchownych ich moralnego autorytetu, nie mówiąc o tym, że oddala ich od realiów życia i znieczula na problemy zwykłych ludzi. A to przecież właśnie ci duchowni redagują kościelne dokumenty wytyczające stosunek Kościoła do spraw, którymi żyją wierni. Gdyby zaś wyższych rangą urzędników kościelnych obejmowało ślubowanie ubóstwa, nie byłoby wątpliwości, czy aby któryś biskup nie został biskupem, bo zachciało mu się luksusu. Zresztą to ostatnie jest tak bardzo ludzkie i prowadzi do tak fatalnych skutków, że lepiej nikogo, kto ma władzę nie wystawiać na tę dodatkową pokusę.

Często mówi się, że tajemnicze są drogi Opatrzności. Istotnie, w tym przypadku może się okazać, że na korzyść Kościoła działa to, co wydawało się wadą. Po pierwsze to, że Kościół nie jest instytucją rządzoną demokratycznie. Dzięki temu papież, który – inaczej niż politycy i sami biskupi – nie musi dbać o niczyje poparcie, bez problemu mógłby wydać rozporządzenie, że biskupie pałace, limuzyny, służba, cenne meble, zastawy i dzieła sztuki, świetne jadło i napitki i inne drogocenności są od dziś zakazane. Papież może powiedzieć, że kończy się era wielebności i eminencji a zaczyna dla biskupów zwykła siermiężna księża posługa. Papież ma przecież taką władzę i może tak zdecydować.

Dodatkowo, opatrznościowe wydaje się to, że księża nie są związani rodzinnie, więc ewentualne odebranie jakichś przywilejów odbiłoby się tylko na standardzie ich własnego życia. Nie musieliby pytać żon, czy zgadzają się na przeprowadzkę do skromniejszego mieszkania, ani tłumaczyć dzieciom, że nie pojadą na drogie wakacje. Być może to jest zasadniczy sens celibatu.

W każdym razie dla dobra Kościoła, jego pasterze nie mogą być oderwanymi od ludu władcami na modłę rzymskich urzędników cesarskich. Oddzielenie  tych funkcji od rażących przywilejów wydaje się jednym z podstawowych warunków odzyskiwania przez Kościół wiarygodności i na szczęście wydaje się proste do przeprowadzenia. Dobrze by było, żeby częściej okazywało się, że Kościół (instytucja i hierarchia) bardziej wierzy w Opatrzność, niż w majątki.

Punkty widzenia – spotkanie “Kościół w demokracji 1989-2009″ 4 Autor: Małgorzata Felicka

Jan17

Było to spotkanie o charakterze rodzinnym. Zaproszeni goście i zgromadzona publiczność nie wątpiła w to, że Kościół jest dobrem, pozostawała tylko kwestia, czy mógłby być dobrem większym niż jest. W takiej sytuacji nie mogło dojść do konfrontacji na poziomie zasadniczym, chociaż padały zasadnicze pytania (ze strony dobrze przygotowanego o. Andrzeja Majewskiego) i nie unikano drażliwych tematów. Doszło natomiast do starcia między pełnym optymizmu – mimo świadomości niedociągnięć – zdaniem o Kościele arcybiskupa Nycza, a dość gorzkimi, opartymi o doświadczenie pracy na dołach drabiny społecznej, obserwacjami siostry Małgorzaty Chmielewskiej.

Arcybiskup Kazimierz Nycz świetnie dawał sobie radę z trudnymi pytaniami za pomocą zręcznej argumentacji. Prezentował się jako człowiek światły (za główną zdobycz minionych dwudziestu lat uznał wolność), błyskotliwy, energiczny a jednocześnie umiejący zjednywać sobie sympatię, mimo wygłaszania zdecydowanych poglądów na sprawę in-vitro, zwrotu majątków kościelnych, lustracji, zaangażowania politycznego Kościoła czy przypadków pedofilii wśród księży. Kiedy na przykład w odpowiedzi na pytanie o to, czy Kościół nie ma za mało pokory powiedział, że o Kościele trudno mu się wypowiadać, ale on sam ma problemy z pokorą, zareagował jak wytrawny polityk, który wie, co podoba się wyborcom. Siostra Małgorzata nie zabiegała o poklask. Widać było, że jest twarda i nie ma złudzeń. Szkoda jej czasu na okraszanie gorzkich prawd ogólnymi wywodami.

czytaj dalej »

Kto zapewni jedność w Kościele i co to za jedność? 6 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jan14

Do wyborów przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski prawie dwa miesiące (mają się odbyć 10 marca w czasie zebrania plenarnego biskupów w Warszawie), ale już teraz trwają dziennikarskie spekulacje, kto przez następne pięć lat będzie kierował Kościołem w Polsce.

Dotychczasowy przewodniczący KEP Polski abp Józef Michalik ma największe szansę na ponowny wybór, ponieważ gwarantuje jedność Kościoła – wynika z informacji “Dziennika”.

Natomiast ”Gazeta Wyborcza” ustaliła, że największe szanse ma metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź. Jego kontrkandydatami mogą być metropolita warszawski abp Kazimierz Nycz, a także krakowski – kard. Stanisław Dziwisz.

Według Katarzyny Wiśniewskiej, arcybiskupi Nycz i Dziwisz ”są intensywnie namawiani przez biskupów do kandydowania. Tyle że żaden z nich nie ma przekonania do tej funkcji”.

”Dziennik” uważa, że abp Józef Michalik zapewnia jedność episkopatu, a jednocześnie swobodę biskupom w realizowaniu ich koncepcji. ”Gazeta” ujmuje to dosadniej: Biskupom jego wybór może być na rękę, bo wbrew pozorom w Episkopacie jest bardzo ugodowy i – jak usłyszeliśmy – “niczego nie wymaga”. Sam jednak wciąż zastanawia się, czy chce kandydować na drugą kadencję. Z informacji “Dz” wynika, że jest on namawiany przez liczne grono biskupów, którzy dostrzegają jego zalety.

Jak ustalił “Dz” w wiarygodnym źródle, kard. Dziwisz nie ma zamiaru kandydować, skupia się bowiem na budowaniu Centrum Jana Pawła II w Krakowie i propagowaniu jego nauczania na całym świecie. Według ”Gazety”, ”jeśli jednak kard. Dziwisz zadeklaruje, że jest gotowy przejąć stery w Episkopacie, mógłby liczyć na głosy zarówno liberalnego, jak i konserwatywnego skrzydła Episkopatu, mimo że znany jest raczej jako krytyk środowiska Radia Maryja”. Mógłby też, jak pisze ”Gazeta” zrezygnować z ubiegania się o stanowisko, ale namaścić abp. Nycza.

”Gazeta”: Metropolita gdański ma atut, którego brakuje pozostałym: bardzo chętnie widziałby siebie w roli przewodniczącego. – Dla abp. Głódzia to naturalne, że będzie kandydował. Poza tym to mistrz wygrywania większych i mniejszych wyborów. Sprawuje rekordową liczbę różnych funkcji w Kościele – twierdzi osoba zbliżona do Episkopatu.
(…)
Zebrałby głosy od biskupów konserwatywnych i umiarkowanych, ale z pewnością nie od takich hierarchów jak abp Życiński czy bp Pieronek.

(informacje za PAP i GW)

***

Z tekstów o przygotowaniach do wyborów przebija pytanie o tzw. jedność Kościoła. Nie za bardzo wiadomo, co to miałoby znaczyć – biskupi mają przecież różne poglądy i to się nie zmieni. Nowy przewodniczący KEP mógłby ten pluralizm dowartościować, pokazać, że w Kościele istnieje swobodny obieg myśli. Może też ewentualne dyskusje starać się chować pod dywan. Tak rozumiana jedność będzie polskiemu Kościołowi szkodzić, wszystko zostanie po staremu.

*A spotkanie z abp. Nyczem już jutro o 18 na Rakowieckiej, zapraszamy.

Cywilizacja post-ludzka, czyli czy jest się czego bać 8 Autor: Małgorzata Felicka

Jan6

Złowieszcze słowa o cywilizacji post-ludzkiej pojawiły się w Liście Pasterskim Episkopatu Polski na Niedzielę Świętej Rodziny. Związane były z rozważaniem na temat zmieniającego się współcześnie kształtu rodziny, ubolewaniem nad zjawiskiem częstych rozwodów, zmian w pojmowaniu tego, czym jest rodzina w kontekście legalizacji związków homoseksualnych oraz zagadnień związanych z prokreacją, w tym etycznością inseminacji in vitro. Wynika stąd, że zachodzące w tych obszarach zmiany mogą według biskupów, powołujących się na Stolicę Apostolską, przynieść jako skutek kres cywilizacji ludzkiej. Tak kategoryczne stwierdzenie będzie usprawiedliwione, jeśli istoty, które nadal będą zamieszkiwały naszą planetę stracą jakieś cechy, których posiadanie jest konieczne dla tego, żeby nazywały się ludźmi. Co to za cechy? Czego biskupi z takim niezłomnym przekonaniem bronią? Chcąc to lepiej zrozumieć sięgnęłam do Instrukcji Kongregacji Nauki Wiary pt. „Dignitas Personae”, której tematyka bliska jest temu, co napisali polscy biskupi.

Lektura okazała się pouczająca. Najpierw, tytułem wprowadzenia, przytoczę kilka wyjątków z tej Instrukcji. Tłustym drukiem zaznaczyłam te wyrażenia, które wydały mi się frapujące:

„Jeżeli chodzi o leczenie bezpłodności, nowe techniki medyczne powinny uszanować trzy podstawowe dobra: a) prawo do życia i do integralności fizycznej każdej istoty ludzkiej od poczęcia aż do naturalnej śmierci; b) jedność małżeństwa, pociągającą za sobą wzajemne poszanowanie prawa małżonków do stania się ojcem i matką wyłącznie dzięki sobie; c) specyficznie ludzkie wartości płciowości, które «wymagają, by przekazanie życia osobie ludzkiej nastąpiło jako owoc właściwego aktu małżeńskiego, aktu miłości między małżonkami». Techniki przedstawiane jako pomoc do przekazywania życia «nie dlatego są do odrzucenia, że są sztuczne. Jako takie świadczą o możliwościach sztuki medycznej, jednak powinno się je oceniać pod kątem moralnym w odniesieniu do godności osoby ludzkiej, wezwanej do realizacji powołania Bożego, w darze miłości i w darze z życia».”

I dalej czytamy: „W świetle takiego kryterium należy wykluczyć wszelkie techniki sztucznego zapłodnienia heterologicznego oraz techniki sztucznego zapłodnienia homologicznego, zastępujące akt małżeński. Dopuszczalne są natomiast te metody, które mają na celu wspieranie aktu małżeńskiego i jego płodności. Instrukcja Donum vitae mówi: «Lekarz pozostaje w służbie osób i przekazywania życia ludzkiego. Nie jest uprawniony do dysponowania nimi, ani do decydowania o nich. Interwencja lekarska szanuje godność osób, gdy ułatwia ten akt lub pozwala uzyskać jego cel, jeśli został dokonany w sposób normalny». Natomiast na temat sztucznej inseminacji homologicznej mówi: «Nie można dopuścić sztucznego zapłodnienia homologicznego wewnątrz małżeństwa za wyjątkiem przypadku, w którym środek techniczny nie zastępuje aktu małżeńskiego, lecz służy jako ułatwienie i pomoc do osiągnięcia jego naturalnego celu».” czytaj dalej »

O Liscie na Niedzielę Świętej Rodziny 111 Autor: Andrzej Figas

Dec28

Czy tylko dla mnie list był tak żenujący i kuriozalny?

Dla chętnych całość:
http://www.episkopat.pl/?a=dokumentyKEP&doc=20081216_0

I kilka “niezłych” kawałków:

Z całym naciskiem trzeba bowiem powiedzieć, że ojciec, który przekazuje dziecku życie a następnie opuszcza rodzinę, nie jest godzien nazywać się ojcem. Podobnie matka, która odchodzi z dzieckiem do innego.

Fajnie jest dziecku na mszy usłyszeć, że skoro mama żyje z innym facetem teraz to nie jest mamą, a jak tata nie dostał opieki nad dzieciakiem, to nie jest ojcem. W sumie, czemu nie?

Dzisiaj nurty post-oświeceniowe popełniają ten sam błąd w myśleniu o człowieku. Stolica Apostolska ostrzega, że może to doprowadzić do cywilizacji post-ludzkiej.

hę?!

W imię odpowiedzialności za prawdę musimy jednak powiedzieć, że w żadnym wypadku nie jest moralnie dozwolone uciekać się do zapłodnienia „in vitro”. Bóg i tylko Bóg jest Panem życia. Dzieci są Jego darem, a nie jednym z dóbr konsumpcyjnych. Nie istnieje „prawo do dziecka”.

Dyskusja o tym toczyła się na blogu niedawno i w szeregu logicznych dyskusji wydaje się, że doszliśmy do wniosku, że dopuścić można “w pewnym przypadku”, np. kiedy nie “produkujemy” niepotrzebnych zarodków. Ale co tam, zawsze można powiedzieć, że w żadnym ;-).

Chciałem wyjść z kościoła, zanim wybuchnę śmiechem, ale jakoś się powstrzymałem. I zastanowiło mnie jedno, albo jestem tak głupi i nic z tego przyjąć nie mogę, albo w Episkopacie Duch Święty nie działa dość silnie i inne szatany są tam czynne ;-).

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com