Kategoria Kultura

Spór o Kapuścińskiego dopiero się zacznie 5 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Feb27

Co najmniej od czasu “Strachu” Jana Tomasza Grossa naród tak nie emocjonował się jedną książką. Wypowiedzi tych, którzy czytali, mieszają się z wypowiedziami tych, którzy coś słyszeli – wszyscy chcę zabrać głos i wyrazić ostre stanowisko; do tego dochodzą doniesienia sądowe związane z budzącymi współczucie zabiegami wdowy po bohaterze książki, by jej wydanie zablokować. Ale “Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego dopiero zapowiada ciekawą dyskusję.

czytaj dalej »

Europejski kanon literacki 0 Autor: Tomasz Jędrzejewski

Oct20

Od poniedziałku, tj. od dzisiaj, do środy na Uniwersytecie Warszawskim odbywa się ciekawa konferencja “Europejski kanon literacki. Edycje XXI wieku”. Referenci, wśród których znalazło się sporo postaci (niekoniecznie uczonych uniwersyteckich) o znanych nazwiskach, przedstawiają swoje poglądy na to, czym jest w naszych czasach kanon literacki, kto go ustanawia, czy rzeczywiście jest komuś potrzebny. Już pierwszy dzień dowiódł znacznych różnic w postrzeganiu literatury kanonicznej. Na szczęście nikt nie bronił kanonu jako “listy lektur obowiązujących każdego kulturalnego człowieka”, co zresztą zrozumiałe.

Ktoś może powie, że najlepiej byłoby, gdyby kanon tworzył się samoistnie, w przestrzeni rozmów o literaturze, i wtedy spełniałby swoje funkcje społeczne i kulturalne. Ale jak tu zaprzeczyć, że wiele ważnych dzieł pozostaje niedocenionych, ledwo zauważonych, mimo że nie są gorsze od utworów usankcjonowanych przez autorytet uczonych, autorytet tradycji?

Jutro w Sali Senatu Pałacu Kazimierzowskiego przy Krakowskim Przedmieściu odbędzie m.in. sesja “Kanon kulturowy a kształtowanie wspólnej świadomości europejskiej”. Szczegółowe informacje znajdują się na stronie www.kanon-uw.pl.

Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa 0 Autor: Tomasz Jędrzejewski

Sep22

Wprawdzie jeszcze grubo ponad miesiąc do tego jubileuszu, ale pozwolę go sobie zapowiedzieć już teraz: 6 listopada minie dokładnie 20 lat od premiery “Lawy: opowieści o <<Dziadach>> Adama Mickiewicza”. Film ten Tadeusza Konwickiego uważam za mistrzowski, nie zatraca siły wyrazu samych “Dziadów”, a wystawia jeszcze mnóstwo scen pięknych; wśród nich tyle urzekających obrazów z Wilna (m.in. Rossa, dziedziniec ks, Skargi, podwórzec bazyliański): można zobaczyć, jak surowo wyglądał jeszcze niedawno (no, przed 20 laty) plac Katedralny, dziś tak zadbany i ludny w godzinach wypoczynku. Do tego nastrojowa i przejmująca muzyka Zygmunta Koniecznego, scenografia Allana Starskiego, zdjęcia Piotra Sobocińskiego, i wiele wspaniałych ról: Gustawa Holoubka (ba!), Andrzeja Żmijewskiego, Jolanty Piętek-Góreckiej. Mai Komorowskiej (dla mnie guślarz już na dobre ma twarz i głos Mai Komorowskiej), Jana Nowickiego, długo by wyliczać!

Widzę w “Lawie” niezwykle udany obraz polskości, tradycyjnej polskości, z którą wiecznie musimy się rozliczać. Jeśli istotnie film T. Konwickiego nie jest ceniony tak, jak na to zasługuje, to teraz nadarza się dobra okazja, żeby oddać mu sprawiedliwość. “Wewnętrznego ognia” “Lawy” “sto lat nie wyziębi”.

ołtarz z polnych kamieni 0 Autor: Tomasz Jędrzejewski

Sep10

9 września minęła 70. rocznica śmierci Józefa Czechowicza, poety bardzo osobliwego, nie tylko wśród autorów międzywojnia. Zauważyłem ostatnio sporo oznak zainteresowania tym twórcą (nie zawsze mówiono o Czechowiczu chętnie i dość głośno), z czego wypada się cieszyć. Bo i teraz w dyskusjach o poezji dwudziestolecia międzywojennego wymienia się go dopiero jako któregoś tam z kolei; nie zapisał się tak wyraźnie w świadomości czytelniczej pewnie m.in. dlatego, że jego postać nie jest anegdotyczna, nie tak barwna jak postaci innych poetów.

A przecież właśnie w jego wierszach czuć atmosferę Polski przedwojennej, ubogiej i wiejsko-małomiasteczkowej. W tych obrazach poetyckich sielskość miesza się zwykle z poczuciem zagrożenia, zachwyt nad urokiem drobiazgu łączy się z bólem i przygnębieniem. Swoje wizje oddawał Czechowicz w oryginalnej formie: językiem nie rządziła gramatyka, nie rządziły zasady interpunkcji i ortografii, ponieważ był to język wrażeń zmysłowych. Jak powiedział śp. Eligiusz Szymanis, “od jego czasów do dzisiaj siano zawsze będzie pachnieć snem”.

Czytelnikom “Bloga Powszechnego” podsunąłbym wiersz “oracz”, ogłoszony przez Czechowicza w 1925 r. w “Przeglądzie Lubelsko-Kresowym”:

 

oracz

 pługu jasny mój pługu

 ciche niebo nad strugą

 ciche ręce u skroni

 cichy dom w miodnej woni

 

 pługu bracie jesieni

 już po kośbie po żniwach

 puch matowy na śliwach

 ołtarz z polnych kamieni

 

 na ołtarzu marzanna

 godów panna ostatnich

 dni jesiennych dostatnich

 i więdnących róż panna

 

 pługu lustro skoworończe

 któż nam wrota otworzy

 któż otworzy nam wrota

 kiedy taka tęsknota

 

 pługu pługu na smugu

 dziś wieczorem nad strugą

 o zachodzie o zorzy

 ona wrota otworzy

 

i za dunaj za wodę

 ciebie pługu powiodę

 ku umarłych dusz słońcom

 glebę orać pachnącą

Ptaki w Dwójce 1 Autor: Agata Słyk

Jul8

Włączyłam moje ulubione radio. Nadają śpiewające ptaki a nie, jak zwykle o tej porze, klasyków wiedeńskich. Głosy ptaków też są piękne. Pada deszcz. Dobrze się komponuje, czuję się jak na mazurach.
Okazuje się, że to akcja protestacyjna Zespołu Programu 2 Polskiego Radia. Przeciwko pogarszającej się sytuacji finansowej radia i możliwości zamilknięcia Radia, które, jako jedno z nielicznych, promuje kulturę, i to na najwyższym poziomie. Tu można przeczytać, co mają do powiedzenia.
Nie chcę żeby moja ulubiona Dwójka przestała nadawać.

Chciałam od ręki zapłacić abonament. Jednak to nie jest takie proste, skoro nie mam spersonalizowanej książeczki opłat… Na szczęście, można to załatwić przez internet. O tym tutaj.

Coś więcej niż Zieliński 3 Autor: Gościnnie

Apr28

Autorka: Katarzyna Grabarczyk

Mało jest dziś, o ile w ogóle, postaci o rozległej i głębokiej wiedzy. Przereklamowana specjalizacja nie pozostawia nam wyboru. Nie oszukujmy się, liczy się ten, kto jest fachowcem w swojej branży, a tylko przypadek sprawia, że od czasu do czasu zasłyszymy coś niecoś z sąsiedniego podwórka. Skala tego zjawiska oswoiła nas już z myślą, że tak ma być i nie warto tego zmieniać. Tymczasem ktoś wyciągnie z kieszeni małą, bordową książeczkę i całe to mozolnie budowane przekonanie upada. Był taki jeden, co nie bał się ogromu pracy i zaufał swojej pasji. A zwał się Tadeusz Zieliński.

Szczęście zadecydowało, że podzielił się z czytelnikiem całym swoim dorobkiem, sumą doświadczeń, pragnień. Dokładnie opisał, jakiego człowieka uczyniło z niego życie. Odpowiedź dosyć banalna, w naszych czasach na pewno i obśmiana: człowieka erudytę, człowieka z pełną świadomością siebie. Niespotykane. Może już zapomniane? Zieliński dojrzewał, pracował i działał przecież ponad sto lat temu.

czytaj dalej »

Niepolityczna uczta w „Polityce” 4 Autor: Małgorzata Felicka

Mar4

Były tłumy! Ludzie w wieku od podstawówki do zupełnie starych (celowo nie piszę starszych, bo trzeba patrzeć prawdzie w oczy), zajęli wszystkie wolne krzesła, których nie starczyło, więc sporo osób stało w dużym ścisku. Część tłumu – ze znanych mi twarzy dojrzałam o. Oszajcę – nawet wylewała się przez drzwi i stała w korytarzu. Profesor Tadeusz Gadacz na podstawie takiej frekwencji zmienił zdanie o Warszawie. Okazja? To zdumiewające, ale okazją była zorganizowana w siedzibie „Polityki” promocja książki „Historia filozofii XX wieku” i spotkanie z jej autorem, Tadeuszem Gadaczem. Nie żadna lustracja, ani aborcja, ani konflikt izraelsko-palestyński. A jednak nie jest z nami tak źle. Nie tylko warszawiakom (ujawniła się na przykład 50 osobowa grupa z Gdańska) pozostał jeszcze jakiś instynkt pozwalający wykrywać wielkość i chcieć się do niej zbliżać.

Chociaż ja również przez dwie bite godziny stałam, ani przez chwilę nie żałowałam, że przyszłam. Uwielbiam spotykać ludzi z pasją, a jeśli na dodatek pasję ma mądry człowiek i jest nią myślenie i dzielenie się rezultatami swoich poszukiwań i przemyśleń z czytelnikiem, któremu okazuje się szacunek, choćby przez to, że stara się mówić jak najbardziej zrozumiale o sprawach skomplikowanych, to jest to wyjątkowo smakowita uczta.

Dla Tadeusza Gadacza życie jest filozofią i właśnie takie życie kocha. Odpoczywa, kiedy śpi – pięć godzin dziennie. Poza tym – czyta. Wyjeżdża zagranicę, po to tylko żeby czytać w bogatszych bibliotekach. Czyta – w sześciu językach – również to, co czytali inni filozofowie i na tej podstawie znajduje związki ich myśli z tradycją, o których oni sami nie wiedzieli. Także na tej podstawie odkrywa wzajemne podobieństwa między z pozoru dalekimi od siebie prądami myślowymi. Napęd do życia daje mu filozofia, pocieszenie daje mu filozofia. Ciekawe, co je na śniadanie?

Niebywała erudycja Profesora budzi podziw i może onieśmielać, ale nie jest wymierzona przeciw mniej sprawnym, nikogo nie wyklucza, nie pomniejsza. Raczej można powiedzieć, że szczodrze udziela się. Szereg stwierdzeń Tadeusza Gadacza sprawiło mi wiele radości. Wymienię kilka: Autor w sporze między poszukiwaniem prawdy a dążeniem do oryginalności staje po stronie prawdy – nawet jeśli prawdopodobnie nigdy się jej nie odkryje. W filozofii interesuje go człowiek. Ceni filozofię dialogu. Dialog jest według niego zarówno instrumentem (Habermas) jak i egzystencją (Levinas). Nie lubi powojennej filozofii francuskiej, bo zrezygnowała z pytania o prawdę i zajmuje się grami. Uważa, że filozofia powinna uczestniczyć w ważnych wydarzeniach współczesności, na przykład powinna przemyśleć obecny kryzys i to że tak nie jest Profesor uważa za zjawisko negatywnie świadczące o naszej kulturze i niebezpieczne.

Autor tworzy dzieło, które będzie miało kilka tysięcy stron i będzie przeglądem stanowisk kilkuset filozofów. Na pytanie kolegi, po co pisze takie dzieło, przecież wszystko można znaleźć w googlach, mówi, że gdy wpisuje w google słowo “sens”, wyskakuje mu miasto we Francji.

Na początku spotkania pada pytanie, dlaczego pisze książkę  tak obszerną. Wyjawia w odpowiedzi, że nie da się krócej napisać tego, co chce. Dla zobrazowania problemu przytacza mail anonimowej studentki, która poprosiła go o napisanie, jaki jest według niego sens życia, ale żeby było w jednym zdaniu. Śmiechy z sali, bo wszyscy wiedzą, że się nie da.

Pod koniec spotkania ktoś dociekliwy chce jednak wiedzieć, co odpowiedział tej anonimowej studentce na jej pytanie o sens życia. Tadeusz Gadacz uśmiecha się i mówi: „Odpowiedziałem jej, że miłość”.

A więc jednak się da! I to nawet jednym słowem!

Wszyscy Święci w niebie. Czyli gdzie? 5 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Nov1

Większość z ludzi ma nadzieję, że ich życie nie skończy się wraz z ostatnim uderzeniem serca, czy też z ostatnim impulsem w mózgu. Wierzymy w życie po życiu. Tam, gdzie żyją Wszyscy Święci. Warto jednak czasem pomyśleć o tej rzeczywistości, której się spodziewamy, a którą nazywamy niebem. Tym bardziej, że mamy w tym względzie niemałe trudności. Niejednokrotnie nasze wyobrażenia nieba są mało zachęcające: tchną nudą. Obrazy przedstawiające niebo są dużo mniej ciekawe od tych, które przedstawiają piekło. Widzimy niebiańskie chóry złożone z anemicznych chórzystów śpiewających „Alleluja”. Albo jak na obrazach Angelico kółko graniaste, a inne postaci ze złożonymi rękami ze wzrokiem utkwionym gdzieś w górze. Czyżby było tak, że jest nam o wiele łatwiej pokazywać zło, grzech, brzydotę, potępieńczą rozpacz niż niebiańską radość?

A w jaki sposób Biblia mówi o niebie? U proroka Izajasza czytamy: „Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze (tj. na Syjonie) ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. Zedrze On na tej górze zasłonę zapuszczoną na twarz wszystkich ludów [...] raz na zawsze zniszczy śmierć”. Uderza uniwersalność i zmysłowa konkretność tej wizji: niebo jako wspaniała uczta. Problem polega na tym, że większość z nas wie, iż nawet po najwyborniejszych winach może boleć głowa. Ale – oczywiście – nie wino jest tu ważne, ale to, że niebo w tej przenośni jawi się jako coś dynamicznego, żywego, zaskakującego.

W Liście do Rzymian czytamy: „Królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym” (14,17). Paweł Apostoł mówi też, że wiara przemija, nadzieja przemija, a pozostaje miłość. A zatem niebo to miłość: to wciąż zaskakujące doświadczenie bycia chcianym i kochanym, oraz zdolność kochania innych. Jedną z najpiękniejszych ksiąg Biblii jest „Pieśń nad pieśniami”. Ten pełen wzniosłego erotyzmu poemat jest wielką metaforą miłości między Bogiem i człowiekiem, i pomiędzy ludźmi. „Niech mnie ucałuje pocałunkami swych ust! Bo miłość twa przedniejsza od wina” – woła Oblubienica stając się symbolem ludzi zbawionych, czyli doświadczających miłości. Rzeczywiście, miłość Boga jest wyborniejsza od najwyborniejszych win, o których wspomina Izajasz. W świetle Pieśni nad pieśniami nie szokuje sposób, w jaki architekt i rzeźbiarz  Bernini przedstawił ekstazę św. Teresy, czyli mistyczne doświadczenie nieba. Ta emanująca erotyzmem rzeźba znajduje się w rzymskim kościele, Santa Maria della Vittoria.

W niebie (dzięki byciu kochanym i kochaniu) będziemy nareszcie w pełni sobą. Ksiądz Tischner przytacza w jednym z wywiadów opowieść góralską o Zwyrtale Muzykancie, który umarł i dusa jego wybrałą się do nieba. Przechodzi przed Niebieską Bramę, puka, patrzy – zamknione. Burzy się jeszcze raz i wtedy słyszy głos św. Piotra: „Kto tam?”. Odpowiaada „Jo”. „Co za Jo”. No Jo, Zwyrtała. W tym „jo” jest dużo prawdy – konkluduje ks. Tischner – bo przed Bramą Niebieską nie stoimy jako magister X, doktor Y, dyrektor Z, ale właśnie jako „Jo”. Dodajmy „Jo” kochane i chciane przez Boga i zbawionych.

Różne opowieści można by snuć o niebie, ale ostatecznie prawda jest to, co znajdujemy w 1 Liście do Koryntian: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. Mówienie o niebie nasuwa pytanie: A jak my tam będziemy wyglądać? Okazuje się, że łatwiej nam wyobrazić sobie siebie w niebie w formie niematerialnych dusz, niż – jak to obiecuje Ewangelia – z duszą i ciałem. Z drugiej strony, wychodzi na to, że chrześcijanie to prawdziwi materialiści, skoro ciągną do nieba swoje ciało. Warto zauważyć, że nie chodzi tutaj o jakąś reanimacje doczesnych szczątków, ale o otrzymanie zupełnie nowego, niebieskiego – jak mówi św. Paweł – ciała. Cud zmartwychwstania polega na tym, że będzie to zupełnie nowe, inne ciało, a zarazem rozpoznamy je jako nasze ciało. Będziemy czuć się po prostu u siebie z naszym nowym ciałem.

Na koniec można by jednak zadać pytanie: No tak, skoro ma być tak wspaniale, to dlaczego tak bardzo boimy się śmierci? Myślę, że obietnica nieba wcale nie ma na celu zniesienia odrazy przed śmiercią. Śmierć bowiem pozostaje czymś nienaturalnym, ohydnym. Nie jest ona dziełem Boga… Ale dlaczego w ogóle jest? Kiedyś w niebie będziemy mogli o to zapytać.

Pani Profesor 2 Autor: Małgorzata Felicka

Aug26

Niestety 16 sierpnia zmarła prof. Anna Świderkówna! Jej drobna, coraz bardziej krucha i bielutka postać coraz mniej przystawała do skrywającej się w niej energii. Obdarzona była dźwięcznym i łagodnym głosem, w którym pobrzmiewała radość pochodząca z obcowania ze świętością. Słuchałam – przyznam, że nieregularnie – jej wykładów u św. Andrzeja Boboli w poniedziałki po Mszy św. o 19.00. Prowadziła je od wielu, wielu lat i miała wieloletnich wiernych słuchaczy, którzy pilnie co tydzień notowali jej rozważania. To u niej, na jej wykładzie, po raz pierwszy w moim życiu zetknęłam się z tak oczywistą miłością do Boga i Jego słowa, że nabrałam szacunku dla Ich cierpliwego poznawania.

W kościele siadała zawsze na tym samym miejscu. Modliła się przed wykładem tak, że budziło to respekt. Coraz bardziej pochylona, już od kliku lat wspierająca się na męskim ramieniu, gdy przechodziła z kościoła do sali Emaus. Na wykładach imponowała erudycją, kulturą i wzruszała swą delikatną miłością. Do Boga a więc i do każdego człowieka. Było na co popatrzeć! Niezwykle pociągające było to, że potrafiła mówić o sprawach świętych normalnym językiem, bez przesadnej religijnej retoryki i bez pokrywania niewiedzy i niewiary wysłużonymi i głucho brzmiącymi formułkami. Historie biblijne stawały się w jej interpretacji bardziej zrozumiałe, mówiące o ludziach, którzy żyli dawno i w innych warunkach, ale którzy mieli podobne do nas pragnienia i lęki. Ten dawny świat dzięki niej nabierał życia i stawał się bliski. W ostatnim czasie jej nie słuchałam, ale w pamięci zostanie mi jej doskonała znajomość starożytności, bystrość umysłu i wyczulenie na reakcje i pytania słuchaczy. Kochana i mądra. Wielka szkoda, że nie będzie już następnego wykładu. Dobrze, że zostały książki.

Tak pisze po jej pogrzebie jedna z jej słuchaczek, Hania Krzemińska: „Wczoraj pożegnaliśmy Panią Profesor Annę Świderkównę, została pochowana na Starych Powązkach, kw.242-4-13 w grobie jej rodziców. Dość daleko od kościoła jeszcze za V-tą bramą. Przed Mszą Św. w imieniu prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej został jej nadany krzyż odrodzenia (była dwuosobowa delegacje z kancelarii). Abp. Muszyński mówił podczas Mszy Św. i wspomniał ponadto, że przyjęto Panią Profesor do Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Koncelebra 3 biskupów (byli też bp. Pikus i bp. Dembowski) oraz 13 prezbiterów (rozpoznałam ks. Chrostowskiego, ks. Santorskiego, ks. Kasowskiego – był dyr. Radia Józef, i inni).
Nastała cisza, modlitwa trwa, pozostała miłość i wdzięczność Bogu za jej życie …
Obdarowana jestem obecnością przy Pani Profesor podczas ostatnich miesięcy jej choroby i jestem wdzięczna, że miałam tę możliwość by być blisko niej. Wielką pomocą były dla mnie spotkania, które prowadziła od wielu lat – chodziłam tam co poniedziałek regularnie równolegle ze studiami. Świadectwo życia Słowem Boga było wielkim światłem i zachętą do pochylenia się nad Biblią i jej umiłowania tak jak ona.
Czy ktoś podejmie jej dzieło jak “płaszcz Eliasza” i nadal będzie prowadzić dialog z każdym chętnym i objaśniać Słowo Boże, zachęcając do stawiania pytań…?
Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie!”

***

I jeszcze zaproszenie od wiernych słuchaczek na tę samą Mszę, w której uczestniczyła Pani Profesor przed swoimi wykładami. Tym razem już bez niej w ławce kościelnej: „Łącząc się w modlitwie w jej intencji zapraszamy także na Mszę Świętą w poniedziałek 15 września b.r. o godz. 19-stej w sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.”


Proza, której nie ma 2 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun3

W swojej najnowszej książce Piotr Wojciechowski próbuje analizować polskie społeczeństwo, poddaje ostrej krytyce media i pisze rozdział nieistniejącej powieści. Rozdział ten – jak cały zbiór tekstów – nosi tytuł „Café Navarra”. Oto przygoda Eryka, który czekając w kawiarni na spotkanie towarzysko-biznesowe, zauważa DJŻ (Dziewczynę Jego Życia), blondynę w krótkiej, czerwonej sukience. Chłopak zapomina o świecie. Zrywa się, oblewa spodnie kawą, rusza w pogoń za swoim ideałem. A my – od znajomego, z którym nasz bohater umówiony był w kawiarni – dowiadujemy się: „Eryk posłużył mi do przetestowania pewnego tricku reklamowego”.

Opowiadanie to autor wprawdzie pozostawia otwarte, ale prognozuje raczej pesymistyczne rozwiązanie: manipulacja na bohaterze się powiodła – zrobiła mu wodę z mózgu i przysłużyła się wielkiemu biznesowi. Światłem w tunelu mogłaby się okazać nostalgia, dzięki której Eryk być może nie zgubi wartości. Słabe to jednak pocieszenie; Wojciechowski z końcem książki przyznaje bowiem: „Nostalgia patrzy w blask dawnych wartości z wielkim podziwem i małą nadzieją”.

Autor proponuje rozmowę o stanie umysłowym Polaków po osiemnastu latach od odzyskania wolności (za datę przełomu uważa i często to podkreśla, choć w sprawie panuje konsensus, Czerwiec 1989 r.). Rozdział „Café Navarra” to dość efektowny kolaż, w którym znalazły się opowiadanie i esej. Niestety, na następujące po nim rozdziały złożyły się merytorycznie nieaktualne publikacje sprzed lat; autor próbuje opisać rzeczywistość dobrze już poznaną.

czytaj dalej »

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com