<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Blog Powszechny &#187; Kultura</title>
	<atom:link href="http://www.blogpowszechny.pl/category/kultura/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.blogpowszechny.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Tue, 24 Jan 2012 22:32:16 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>Pina Bausch i wcielanie człowieka</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 27 Dec 2011 22:01:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1707</guid>
		<description><![CDATA[Pina Bausch, zmarła w 2009 roku wybitna niemiecka choreografka, już za życia była legendą tańca. Wraz ze swoim Tanztheater Wuppertal Pina Bausch w Wuppertalu w Niemczech stała się jednym z najbardziej kontrowersyjnych zjawisk artystycznych w świecie tańca. Wim Wenders przymierzał się do nakręcenia filmu o Bausch już od dłuższego czasu. Gdy ruszono z pracami w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Pina Bausch, zmarła w 2009 roku wybitna niemiecka choreografka, już za życia była legendą tańca. Wraz ze swoim Tanztheater Wuppertal Pina Bausch w Wuppertalu w Niemczech stała się jednym z najbardziej kontrowersyjnych zjawisk artystycznych w świecie tańca.<a href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory"><img class="alignright size-medium wp-image-1710" title="Pina Bausch, 1940 – 2009, foto: Wilfried Krüger" src="http://www.blogpowszechny.pl/wp-content/uploads/2011/12/17_2_pina_bausch_krueger-199x300.jpg" alt="" width="199" height="300" /></a></p>
<p>Wim Wenders przymierzał się do nakręcenia filmu o Bausch już od dłuższego czasu. Gdy ruszono z pracami w połowie 2009 roku, artystka nagle zmarła na raka. Wenders postanowił dedykować jej swój film. Premiera odbyła się na festiwalu Berlinale, 13 lutego 2011. Film otrzymał niemiecką nagrodę filmową, jako najlepsza produkcja dokumentalna. Od kilku tygodni jest na ekranach polskich kin.</p>
<p>Cztery z kilkudziesięciu spektakli Bausch stały się główną osnową filmu: Le sacre du printemps, Café Müller, Kontakthof oraz Vollmond. Wokół fragmentów tych przedstawień oplatają się indywidualne wypowiedzi współpracowników Bausch – aktorów Tanztheater. Lecz z ich ust nie pada ani jedno słowo. Praktycznie nie widzimy poruszających się warg. Wszystko o Bausch jest opowiedziane ruchem ciała. Krótkie zdania, padające gdzieś spoza ekranu, na którym pojawiają się twarze kolejnych osób, ujmują najważniejsze przeżycia aktorów dotyczące kontaktu z Bausch. Niektórzy zresztą w ogóle nie formułują swojej wypowiedzi słownie. Najważniejsze jest ciało, ruch i przestrzeń (często miejska i przemysłowa przestrzeń Wuppertalu). Jest to długa seria krótkich, ekspresyjnych, wyrafinowanych etiud – hommage  à Bausch. Niektóre są bardzo poruszające. Jak chociażby ta pod koniec filmu, gdy jedna z aktorek zasypuje ziemią inną, tańczącą. Wrażenie wywołane niesamowitymi układami choreograficznymi i oryginalną scenografią wzmocnione jest przez technikę 3D.</p>
<p><span id="more-1707"></span></p>
<p>Bausch wyłania się z tych wspomnień jako jakaś guru, mistrzyni, która przenika człowieka do głębi i potrafi jednym słowem wypowiedzieć o nim prawdę. Niczym starożytna matka pustyni potrafi wypowiedzieć słowo, które trafia w sedno i przemienia człowieka.  Fascynujące jest to, jak Bausch pracowała nad ciałem i ruchem swoich aktorów, jak ich kochała, darzyła szacunkiem, pragnęła ich rozwoju, ich pełni, by potrafili wyrazić to, co jest w nich ukryte i głębokie. Słynne stało się jej powiedzenie: &#8220;My pieces grow from the inside out&#8221; (moje przedstawienia rosną od wnętrza). Nie raz też powtarzała, że dla niej najważniejsza jest konkretna osoba, jej przeżycia, jej specyficzny sposób wyrazu. Większość jej przedstawień to opowieści o poszukiwaniu miłości, bliskości, relacji międzyludzkich, szczególnie między kobietami i mężczyznami, z całym bogactwem napięć i trudności. Często też wracała do tematu lęku, samotności, alienacji, niezdolności do tworzenia relacji, odrzucenia, poszukiwania tożsamości. Ale to wszystko też przeplatane jest humorem, czułością I nadzieją.</p>
<p>Oglądanie tego filmu jest szokiem dla kogoś, kto większość życia spędza siedząc i porozumiewa się tylko słowami mowy. Odżywa fascynacja ludzkim ciałem. Jego możliwości stają przed człowiekiem jak objawienie.</p>
<p>W kontekście świętowania Bożego Narodzenia pojawiał się jednak we mnie jakiś smutek. Dotyczył on tego, że w chrześcijaństwie tak niewiele mówi się o ciele, tak mało się używa ciała, tak bardzo się go w jakiś sposób lęka. A jeżeli już się zwraca uwagę na ciało i ruch, to sposoby jego aplikacji są bardzo wystylizowane, bardzo wepchnięte w schematy, jakby z obawy, by przypadkiem się nie wymknęło (jak to jest w liturgii).  Czasem może się wydawać, że w chrześcijaństwie mówi się o ciele prawie wyłącznie w kontekście seksu oraz miłości małżeńskiej (w tym kontekście przede wszystkim rozwija się teologię ciała).</p>
<p>Oglądając „Pinę” Wendersa, myślałem o Wcieleniu i o tym, czy rzeczywiście wyciągamy z tego faktu wszystkie konsekwencje. Pina Bausch uczyła wcielać człowieka. Bausch wciąż pytała swoich aktorów, czego tam gdzieś głęboko pragną, co jest ich najgłębszą tęsknotą. Prowadziła ich do kontaktu z tym, co w nich najgłębsze, z istotą bycia człowiekiem i uczyła to wcielać. (Szybko przychodzi na pamięć to, co uczył Karl Rahner o antropologii, która w swej istocie jest chrystologią). W jej teatrze jest coś co można by traktować jako preparatio evangelica, właśnie poprzez szukanie prawdy o człowieku w jego wnętrzu i uparte poszukiwanie coraz bardziej adekwatnych możliwości ekspresji owej prawdy w ludzkim ciele, poprzez ruchy, gesty, postawy, mimikę, cały język ciała. Zaskakujące, jaki skarb jest w nim ukryty, ile można opowiedzieć bez użycia słów. Może nawet opowiedzieć historię Boga, który chciał je przyjąć.</p>
<p>Patrząc na artystów Piny Bausch pogłębiało się we mnie przekonanie, że Wcielanie było i jest możliwe, i że Bóg wyposażył ludzkie ciało nawet w możliwości ekspresji Bożej największej Tajemnicy. Jakże mało z tego korzystamy. Czyli, jakże mało praktykujemy dogmat o Wcieleniu.</p>
<p>“Pina”, reż. Wim Wenders,  prod. Francja, Niemcy, Wielka Brytania. Polska premiera: 21 października 2011. Czas trwania: 1 godz. 46 min.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pułapka metafory</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 24 Dec 2011 10:57:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>
		<category><![CDATA[Boże Narodzenie]]></category>
		<category><![CDATA[Czesław Miłosz]]></category>
		<category><![CDATA[Jezus Chrystus]]></category>
		<category><![CDATA[metafora]]></category>
		<category><![CDATA[poezja]]></category>
		<category><![CDATA[święta]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1699</guid>
		<description><![CDATA[Metafora nie jest domeną doświadczenia, a domeną języka. Ma charakter nie duchowy, a intelektualny, w najlepszym razie psychiczny, i powoduje reakcje umowne, konwencjonalne. Metafory się uzgadnia nie w toku własnego jestestwa, ale w toku uwarunkowań kulturowych i społecznych. To jest pewna ludzka działalność, jedna z wielu sprawności, które człowiek posiada. Metaforę się napędza, sama z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY"><a href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory"><img class="alignright size-medium wp-image-1702" title="&quot;Madonna Loretańska&quot;, obraz Caravaggia" src="http://www.blogpowszechny.pl/wp-content/uploads/2011/12/Madonna-180x300.jpg" alt="" width="180" height="300" /></a>Metafora nie jest domeną doświadczenia, a domeną języka. Ma charakter nie duchowy, a intelektualny, w najlepszym razie psychiczny, i powoduje reakcje umowne, konwencjonalne. Metafory się uzgadnia nie w toku własnego jestestwa, ale w toku uwarunkowań kulturowych i społecznych. To jest pewna ludzka działalność, jedna z wielu sprawności, które człowiek posiada. Metaforę się napędza, sama z siebie nie istnieje.</p>
<p align="JUSTIFY">Liryka, która jest specjalnie wypreparowanym środowiskiem metafor, nie jest sprawą życia, ale jest sprawą jakiejś kreacji, mniej lub bardziej rozwojowej i szczerej. To wynik różnych przedsięwzięć, ale na ogół nie jest to wynik tego, co można by nazwać roboczo prawdą o człowieku. W poezji niemożliwa jest rekonstrukcja, odpowiedź na pytanie: <em>co poeta miał na myśli?, </em>to nie jest dialog z człowiekiem, a pewien rodzaj narracji.<em> </em>Poezja może być prawdą, ale raczej o obecności podmiotu lirycznego w świecie, nie o nim samym. Nie sposób wyśledzić w podmiocie lirycznym człowieka, który mógłby się za podmiotem kryć. Nie widziałem nigdy w poezji tego, co się w judeochrześcijańskim kręgu nazywa<em> sercem</em>, choć, trzeba to przyznać, widziałem w poezji wiele piękna i wiele sensu.</p>
<p align="JUSTIFY"><span id="more-1699"></span>Co ciekawe, jeśliby któryś autor próbował mówić o <em>sercu, </em>do <em>serca </em>oczywiście wcale nie docierając, to popaść może w niebezpieczne tendencje romantyzujące i tajemnice <em>serca </em>będzie rejestrował przemocą, wikłając się nawet w konotacje wampiryczne i sekciarskie. Mickiewicz chciał być poetą <em>serca </em>i doprowadziło go to do kryzysu. Jakże inaczej na tym tle prezentuje się Czesław Miłosz, który był poetą umiaru i równowagi, i z jego poetyckiej dykcji da się wyłącznie odczytać ślad <em>serca, </em>samo<em> serce </em>zaś<em> </em>jest nietykalną tajemnicą. Dużo za to jest piękna, stoicyzmu, historii, rysowania krajobrazów, swoistej scenografii dla <em>serca.</em> Świat Miłosza żyje, jest sensowny i celowy, ale tylko sugeruje sens, nie próbuje go okiełznać.</p>
<p align="JUSTIFY">Różne są doktryny w teorii literatury, jedne w poezji widzą siłę umysłu, wytężoną pracę, warsztat, inne siłę uczuć, jeszcze inne, zwłaszcza te najnowsze, uważają często, że poezja jest sprawą swoistej gry i eksperymentu. A Czesław Miłosz uważał, że poezja jest proroctwem, że dajmonion ją szepce. Ale, teraz już przechodząc na grunt Objawienia Bożego, proroctwa nie są Chrystusem. Chrystus przyszedł po proroctwach. Podobnie z metaforą: nie niesie życia, co najwyżej jakoś je zdradza. Często zaś zniewala.</p>
<p align="JUSTIFY">W kontekście powyższej refleksji patrzę na Boże Narodzenie. I widzę w nas rzecz niebezpieczną: tryumf metafory nad Chrystusem. Tryumf różnych proroctw i znaków nad obecnością Pana. Czasami w poezji znać jaskrawą przewagę metafory nad życiem autora, język mu się jawnie wymyka spod kontroli, staje się abstrakcyjny. Więcej gmatwa niż mówi. Podobnie jest po wielekroć z naszym patrzeniem na święta.</p>
<p align="JUSTIFY">Powtarzalność kalendarza liturgicznego zmetaforyzowała w oczach ludzi Jezusa Chrystusa. Rozerwała życie na codzienność i na konwencję odtwarzaną co dwanaście miesięcy. Życie ma odtąd w sobie powszedniość i święto, i Jezus zostaje zepchnięty do drugiego obszaru. Dostrzegamy w tym przedłożenie języka nad <em>serce. </em>Oto Chrystus, który jest w Kościele codziennie i codziennie Go można szukać, zaczyna być bardziej<em> </em>widoczny w okolicach świąt, w ich specyficznych słowach i gestach. Traci niejako autonomię, nie jest Chrystusem, ale jakimś duchem świąt. Nie jest jako żywy Chrystus, ale jako swoisty cień Chrystusa. Chrystus staje się tym, który się co roku rodzi w Betlejem, o którym się corocznie mówi w czasie teraźniejszym, ale jest to teraźniejszość poezji, a nie teraźniejszość ludzkiego doświadczenia. Chrystus jest <em>teraz</em>, ale nie w życiu, ale <em>teraz </em>w pewnej kulturowej celebracji. Jest jak oglądany film. Rzeczywiście <em>teraz, </em>ale za moment się skończy.</p>
<p align="JUSTIFY">Język, choć go z okazji świąt za wszelką cenę chcemy powiązać z Bogiem, sugeruje jednak prawdę o naszej postawie. Mówimy do dzieci: <em>popatrz, tam w szopce jest Jezusek.</em> <em> </em>Mówimy także: <em>muszę pójść do spowiedzi, Jezus się rodzi. </em>Jak to wytłumaczyć? Czy nie pewnym rozdwojeniem? Jak wytłumaczyć namnożenie religijnych atrybutów, szopek, nabożeństw, okołoświątecznych zabiegów? Czy to nie jest sztuka zamiast życia? Bardziej szczere może być, tak myślę, błogie lenistwo w święta i beztroskie kupowanie, niż teatr, który Jezusa sprowadza do corocznych uniesień, na jednym poziomie stawiając Zbawiciela, szopkę, barszcz i biały obrus. Znam historię człowieka, który tak się przejął symboliką świąt, że się pochorował w Wigilię, bo sobie uprzytomnił, że zapomniał o zdobyciu opłatka.</p>
<p align="JUSTIFY">Wygląda to zatem u nas mniej więcej tak: opłatek jest, karp jest, Jezusek w szopce jest, więc wszystko gra. To spis metafor, z życiem niewiele ma to wspólnego.</p>
<p align="JUSTIFY">Zastanawiają mnie także mocno takie wynurzenia, które biegną w drugą stronę: że Boże Narodzenie powinno być codziennie, bo codziennie trzeba żyć z Chrystusem. Zastanawiają mnie egzaltacje kaznodziejów, którzy na Pasterkach mówią, że Jezus rodzi się w sercu każdego człowieka, kiedy ten przyjmuje Komunię. To jest próba ochrzczenia wyżej przedstawionych tendencji. Ludzie chcą mieć święta i to głównie święta ich mobilizują do czegokolwiek, więc się im te święta próbuje rozciągnąć na codzienność, próbuje się to Boże Narodzenie za wszelką cenę powiązać z Jezusem. Próbuje się frazę <em>Boże Narodzenie </em>przypiąć do czego tylko się da. Kombinuje się jak może. Kiepski poeta czasami szuka metafor na siłę.</p>
<p align="JUSTIFY">Kombinowanie powinno zamienić się w pewien wyraźny komunikat. Dobrze, że są święta i dobrze, że jest wtedy więcej czasu na rozmowy. I dobrze, że Kościół ma kalendarz liturgiczny, że nie wszystkie msze są odprawiane według jednego formularza. Warto liczyć na to, że święta autentycznie kogoś zainspirują. Trzeba jednak wyraźnie widzieć w świętach pewną umowność i dodatek, jedynie język, opowieść. Warto świąt nie czynić elementem będącym na równi z doświadczeniem życiowym. Warto w świętach widzieć przenośnię. Nie żyć w niewoli schematu: w czerwcu wakacje, we wrześniu szkoła, w grudniu Jezus.</p>
<p align="JUSTIFY">Jakoś trzeba odróżniać poezję od samego siebie. Wyobrażam sobie rzeczywistość, w której nie obchodzi się świąt. Nie miałoby to pewnie żadnego negatywnego wpływu na odkrywanie własnego serca i szukanie Jezusa, może nawet wręcz przeciwnie. Czasami może lepiej nie świętować&#8230; Ebenezer Scrooge podniósł rękę na Boże Narodzenie i ujrzał prawdę o sobie. Stary ksiądz powiedział mi kiedyś: <em>spróbuj święta spędzić bez świętowania, samemu. Pewnie się czegoś dowiesz na swój temat, gdy wyrzucisz choinkę.</em></p>
<p align="JUSTIFY">Czasami warto nie czytać wierszy.</p>
<p align="JUSTIFY"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mit Bożego Narodzenia</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 22 Dec 2011 20:33:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>
		<category><![CDATA[Boże Narodzenie]]></category>
		<category><![CDATA[mit]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1696</guid>
		<description><![CDATA[„W jeden, wyjątkowy dzień w roku, pięć kobiet i pięciu mężczyzn przekona się, że przed miłością i świętami nie da się uciec”, a „pogubieni życiowo bohaterowie odkryją, że to, co ich spotkało, to właśnie miłość!” To oczywiście reklama hitu sezonu: &#8220;Listy do M.&#8221;. Film ten, podobnie jak przed laty, angielski produkt, „To właśnie miłość”, wydają [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>„W jeden, wyjątkowy dzień w roku, pięć kobiet i pięciu mężczyzn przekona się, że przed miłością i świętami nie da się uciec”, a „pogubieni życiowo bohaterowie odkryją, że to, co ich spotkało, to właśnie miłość!” To oczywiście reklama hitu sezonu: &#8220;Listy do M.&#8221;. Film ten, podobnie jak przed laty, angielski produkt, „To właśnie miłość”, wydają się być symptomem pewnych przemian w świadomości społeczeństwa dotyczącej świąt Bożego Narodzenia. Odnoszę coraz mocniejsze wrażenie, że Boże Narodzenie zaczyna w powolny ale konsekwentny sposób ulegać mitycznej świadomości, która posługuje się pewnymi schematami, uproszczeniami, obrazami, akcentuje elementy emocjonalne, klimat, nastrój, określone motywy muzyczne, rytuały czy obrzędy. W miarę tej obróbki, Boże Narodzenie pozostaje świętowaniem, ale na pewno nie narodzin Jezusa Chrystusa.</p>
<p><span id="more-1696"></span></p>
<p>Do mitycznej otoczki Bożego Narodzenia należy przede wszystkim pewien nastrój czy klimat stwarzany, z jednej strony, przez „sektor handlowo-usługowy”, a z drugiej, przez tradycję, za pomocą ustrojonej choinki, prezentów pod choinką, życzeń, szczególnego rodzaju utworów muzycznych, wieczornej kolacji, podczas której ludzie składają sobie życzenia (głównie zdrowia i pieniędzy), łamiąc się tzw. opłatkiem. Do rytuałów należy także serdeczne ściskanie sobie dłoni, ciepłe obejmowanie, przebaczanie sobie, pojednanie, starania by rozpoczynania relację na nowo. Boże Narodzenie zaczyna trochę funkcjonować jak mit raju, czyli czasu, w którym wszyscy są dla siebie dobrzy, życzliwi i pełni miłości; albo jako mit nowego początku – momentu, od którego możemy zacząć na nowo żyć, układać relacje. Boże Narodzenie staje się świętem międzyludzkich pozytywnych relacji i odnawiania, naprawiania i uzdrawiania tych relacji, które w jakiś sposób pękły. Rzeczywiście, „odwołując się do wyobraźni i uczuć mity wywołują reakcję emocjonalną i pobudzają do konkretnego działania. Zachęcają one do postępowania w określony sposób, przekazując sądy wartościujące i idealne cele, do których należy dążyć” (I. Barbour).</p>
<p>Niestety, zanika element religijny, wymiar chrześcijański, który wcześniej nie był elementem czy wymiarem tego święta, ale jego istotą. Komentarze do ostatnich badań CBOS stwierdzają, że „religijny aspekt świąt Bożego Narodzenia jest najważniejszy dla nieco ponad jednej czwartej dorosłych Polaków”.  Zauważa się praktykowanie tzw., &#8220;bożonarodzeniowej religijności&#8221;, która polega na tym, że wielu luźno związanych z religią, albo w ogóle nią nie zainteresowanych osób, angażuje się w całą otoczkę świąt. Dla ogromnej większości Polaków najważniejsze są elementy odwołujące się do życia rodzinnego i tradycji. (za KAI).</p>
<p>Mityczna świadomość, która zajmuje się obróbką Bożego Narodzenia zupełnie neutralizuje to święto. Zostaje uśmierzony jego niebezpieczny potencjał – niebezpieczny oczywiście dla skoncentrowanego na sobie i konsumpcyjnie żyjącego człowieka. W oryginalnym, chrześcijańskim rozumieniu święta Bożego Narodzenia wcale nie są takie nastrojowe. Ciepły i sympatyczny żłóbek w naszych kościołach i domach wcale nie oddaje dramatu młodej rodziny, która nie ma nawet gdzie przyjąć na świat dziecka oraz napięcia, spowodowanego spiskiem Heroda. Wiemy też, że Herod, a z nim cała Jerozolima przerazili się na wieść o narodzeniu Chrystusa. (To, że nikogo dziś nie niepokoi Boże Narodzenie powinno zastanawiać). Miły nastrój niszczy już nazajutrz po Bożym Narodzeniu święto Szczepana, pierwszego męczennika, a dwa dni później wspomnienie rzezi niewinnych dzieci z Betlejem. Tak to układa liturgia, a więc najgłębsza świadomość duchowa Kościoła. W ten sposób podkreślany jest aspekt świadectwa i radykalnego wyboru Chrystusa, i to aż do przelania krwi. Pojawienie się Boga pośród świata stawia każdego twarzą w Twarz z dramatyczną decyzją: opowiedzieć się za Nim lub przeciwko. Wymaga zakwestionowania pierwszeństwa ludzkich relacji, nawet najbliższych (Mt 10, 37; Łk 14, 26), a nawet może prowadzić do ich zerwania: „Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową” (Mt 10, 34-35; Łk 12, 51-53). Tymczasem w drugi dzień świąt w sklepach zaczyna się już szał poświątecznej wyprzedaży.</p>
<p>Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu podlegamy oddziaływaniu mitycznego myślenia. W końcu ta potrzeba jest częścią naszej ludzkiej natury. Jednak chrześcijanie winni się bronić przed li tylko mitycznym przeżywaniem świąt. Trzeba przełamywać czy też rozbijać mit – można by powiedzieć, transponując i przerabiając ideę Paula Tillicha. Chodzi o to, by mieć żywą świadomość tego, co w Bożym Narodzeniu jest najistotniejsze, że cały ten nastrój i rytuał to tylko otoczka, a tak naprawdę to nie o to chodzi. To święto nie tyle ma na celu nowy początek czy stworzenie złudnego poczucia ziemskiego raju, ale ma zachęcić nas do głębszego świadectwa o Chrystusie. Rodzi pytanie, czy przyjście Chrystusa coś zmienia w moim życiu? Czy budzi niepokój? Czy jest wyzwaniem? Czy może dalej żyję w świecie, w którym nie ma zbawienia ani Zbawiciela i muszę liczyć tylko na siebie?</p>
<p>Mit Bożego Narodzenia jest o wiele bardziej zrozumiały dla zwykłego człowieka i przeciętnego konsumenta kultury masowej niż fakt wcielenia Boga. Mit ten rodzi się po prostu dlatego, że coraz trudniej jest ludziom zrozumieć religijne znaczenie tego święta. Istnieje ono w kalendarzu, i pewnie będzie istnieć, a pluralistyczne społeczeństwo musi sobie jakoś poradzić z jego istnieniem, tzn., tak je przeinterpretować, by wszyscy się w nim odnaleźli. Tym przeinterpretowywaniem zajmuje się kultura masowa, która jest jednym wielkim tyglem, ogromną betoniarką, w której się wszystko mieli i wszystko ze wszystkim kojarzy. A celem tego mieszania jest to, by z symboli, obrazów, motywów, nastrojów skonstruować jedną narrację, która będzie pozwalała odnaleźć się jak największej ilości osób, będzie dawała narzędzia do produkowania sensu możliwie najszerszej grupie społecznej – no właśnie: Boże Narodzenie to święto miłości (przez małe „m”).</p>
<p>Jako chrześcijanie jesteśmy bezradni wobec tych potężnych procesów, sterowanych przecież przez głębokie ludzkie potrzeby i mechanizmy psychiczne. Możemy tylko próbować przełamywać mit (choćby pośród samych chrześcijan) i być znakiem sprzeciwu, przypominając o niebezpiecznym pytaniu, jakie stawia wcielenie Boga, który stając się człowiekiem zjednoczył się z każdym z nas. To Chrystus jest Mesjaszem, czyli tym, który przynosi pokój i radość, otwiera raj i daje szanse nowego początku. On jest Miłością. Sami nie jesteśmy w stanie sobie tego dać. Wszystko to jest darem spoza nas. Gdy pomijamy wcielonego Boga, musimy siebie oszukiwać, albo wierzyć w moc mitów i rytuałów.</p>
<p>Jacek Poznański SJ, Wydział Filozofii Akademii IGNATIANUM w Krakowie</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Filozofowie, do roboty!</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/10/filozofowie-do-roboty</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/10/filozofowie-do-roboty#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 10 Nov 2011 15:49:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Świat]]></category>
		<category><![CDATA[Teologia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1621</guid>
		<description><![CDATA[Wyobraźmy sobie, że Pan Bóg stworzył ludzi nie tylko na Ziemi, ale też w jakiejś innej galaktyce. Stworzył nie jakieś stworzenia inteligentne, obcą formę życia, stwory znane z filmów amerykańskich, ale po prostu ludzi. Tak jak stworzył ich na Ziemi na różnych kontynentach, tak też w skali kosmosu na różnych planetach. I do tych ludzi [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wyobraźmy sobie, że Pan Bóg stworzył ludzi nie tylko na Ziemi, ale też w jakiejś innej galaktyce. Stworzył nie jakieś stworzenia inteligentne, obcą formę życia, stwory znane z filmów amerykańskich, ale po prostu ludzi. Tak jak stworzył ich na Ziemi na różnych kontynentach, tak też w skali kosmosu na różnych planetach. I do tych ludzi z rubieży wszechświata też dotarł ze swoim objawieniem, też im pokazał swoją miłość w Jezusie Chrystusie.</p>
<p><span id="more-1621"></span>Jezus narodził się u nas, na Ziemi, tutaj nauczał i tutaj umarł na krzyżu, ale to przecież wcale nie musi być żadnym problemem, żeby nauka Jezusa dotarła na odległą planetę i stała się tam tą samą siłą zbawczą, co u nas. Ci ludzie z innej galaktyki mogą być na przykład inaczej rozwinięci technologicznie, mogą mieć inaczej zaawansowaną cywilizację, mogą nas mieć na wyciągnięcie ręki, posiadać wielki ekran na nasz świat. Bóg mógł im dać  takie zdolności, żeby patrzyli na to, co się dzieje u nas, czerpali z tego, korzystali z przesłania Kościoła, który u nas się narodził, na naszej planecie, nie u nich. Bóg mówi przez znaki materialne, nie jest hochsztaplerem, nie robi sztuczek. Jest konkretny. My mamy sakramenty. Ale kto wie, jak wyglądałaby materialność tych ludzi z kosmosu. Może jakoś zupełnie nie do pojęcia przez nas.</p>
<p>Załóżmy więc sobie tak zdefiniowaną sytuację. Że gdzieś w kosmosie są pełnoprawni w Bożym porządku ludzie, kochają, dotarł do nich kerygmat, mają życie tak samo zorientowane. Ale ich świat wygląda inaczej niż nasz, ma inne ukształtowanie fizyczne, inne tam występują procesy chemiczne, jest inna biologia. Na przykład tym ludziom z kosmosu palą się cztery słońca, inna jest atmosfera, inny metabolizm. Jeden ich dzień jak nasz jeden rok, oddychają innymi gazami, ich ustrój inaczej pracuje. I nieco inaczej też wygląda. Są ludźmi, bo Bóg ich ludźmi stworzył, dał im rozum, wolną wolę, ciało materialne i jego funkcje, dał im pewien konkret życia, przemówił do nich przez Jezusa Chrystusa i chce ich zbawienia. Ale jednak ci ludzie inaczej się prezentują niż my, ich człowieczeństwo inaczej się jawi, bo ewoluowało w innym środowisku.</p>
<p>I teraz wyobraźmy sobie, że dochodzi  do spotkania. I nie poznajemy w przybyszach ludzi. Bo ich ciała, choć ludzkie, to jednak są nam nieznane. Widzimy coś obcego. Ich język nie pozwala nam na komunikację. I jak się zachowujemy? Czy nie bierzemy tych ludzi za przedmioty, za podludzi, czy nie gotujemy im jakiejś krzywdy? Oczywiście, pojawia się głos mądrych uczonych, którzy ogarnęli tych przybyszów, nawiązali z nimi więź, zauważyli, że w zupełnie innej konstytucji biologicznej kryją się ludzkie postawy takie same jak nasze. Kościół zaczyna apelować o miłość do nowo poznanych bliźnich, ale głos teologów nie jest słyszalny, zaczęły się eksterminacje, uchwalono prawo, że wolno zabijać nowych. Dlaczego?</p>
<p>Dlatego, że w nowych większość nie rozpoznała ludzi. Inaczej wyglądali, nie śmiali się tak jak my, nie jedli tak jak my, mieli inne kształty, bo na ich planecie były inne warunki. Zobaczyć człowieka w takiej strukturze jest rzeczą karkołomną. Trzeba się przedrzeć przez warstwę powierzchownych zależności. I trudno mieć tu do kogoś pretensję, że mu się to nie udało, zawiodły po prostu mechanizmy percepcyjne, rozum nie dostrzegł człowieka w człowieku, bo kontekst był niecodzienny.</p>
<p>Jakże inne to jest niż znane nam z przeszłości totalitaryzmy, na przykład nazizm. Naziści rozumnie kombinowali, jak z kogoś, kto jest rozpoznawany człowiekiem, kto się zachowuje zupełnie naturalnie, jak wszyscy, kto ma pewne standardowe życie, w zupełnie definiowalnych wspólnotach, uczynić podczłowieka. A w naszej opowieści pojawia się po prostu niemoc poznawcza. Ktoś patrzy na przybysza i człowieka w nim najnormalniej nie widzi. I cóż poradzić?</p>
<p>Podobnie, myślę, z przyzwoleniem na aborcję. Wiedzą Państwo, dlaczego niektórym tak łatwo przychodzi wzgardzić płodem i skąd apele, takiej na przykład Wandy Nowickiej, żeby aborcja była powszechnie możliwa? Rzecz jest prostsza niż się nam wydaje i nie ma niczego wspólnego z dynamiką rodzenia się nazizmu, do którego bardzo ochoczo przeciwnicy aborcji porównują  ruch proabrocyjny. Naziści odczłowieczyli Żydów szeregiem posunięć ideologicznych, z powodów politycznych, ekonomicznych i społecznych, bardzo rozbudowanymi procesami. A zwolennicy aborcji  w istocie nikogo nie odczłowieczają.</p>
<p>Oni pierwotnie, w pierwszym już kontakcie, automatycznie nie widzą w płodzie człowieka. Nie umieją go dostrzec w tej rzeczywistości. Jest to przed nimi jakoś zakryte. Po prostu brzuch matki jest nietransparentny. Nie widać, czy jest w nim człowiek, czy nie. A tym bardziej nie widać, gdy mówimy o okresie, gdy nie ma jeszcze płodu, a jest zarodek czy wcześniej zygota.</p>
<p>Można się posługiwać aparaturą, pokazywać zdjęcia wykonane ultrasonografem, można wieszać na ulicy plakaty udowadniające, że w łonie matki rozwija się życie, ale niektórzy ludzie i tak nie umieją uznać, że człowiekiem może być nie tylko ten byt, z którym rozmawiają, który mija ich na ulicy, który wykonuje jakieś działania, ale i jakieś „coś” podłączone do organizmu kobiety.</p>
<p>Po prostu sytuacja człowieka w jego okresie prenatalnym nie jest typowa dla międzyludzkich doświadczeń i poznawania drugiego człowieka. To jest coś wyjątkowego. Tak jak nietypową sytuacją dla relacji z drugim człowiekiem byłoby nagłe pojawienie się jakichś innych ludzi z kosmosu. W ich wypadku nie widzielibyśmy ich człowieczeństwa, ale ich inność cywilizacyjną i inną organizację ciała.</p>
<p>W wypadku płodu widać zaś matkę, to ona uchodzi za człowieka, skupia wzrok i uwagę, płód wydaje się być częścią niej, czymś podporządkowanym. To nie jest zła wola, że ktoś w rozwijającym się płodzie nie widzi człowieka, to jest po prostu naturalne ograniczenie jego zdolności percepcyjnych, pogubienie się, niezdolność popatrzenia szerzej, spoza klucza codziennych relacji. Ktoś codziennie widzi męża, brata, dzieci, mają dwie nogi, dwie ręce, mówią. Jak z takiego przyzwyczajenia przejść do widzenia ludzi na innym poziomie, bardziej fundamentalnym? To bywa często niemożliwe, ale na pewno nie świadczy o tym, że ktoś chce zła.</p>
<p>Spójrzmy na to naprawdę uczciwie, bez ideologicznego zacięcia, szczerze, może wtedy nie będziemy na zwolenników aborcji patrzeć jak na wyrachowanych morderców. Na ogół poznajemy ludzi w sytuacjach społecznych, w działaniu, w wyrazie twarzy, w słowach, w bliskości, w rozmowie, w jakiejś współpracy, a w tym wypadku ktoś nam nakazuje rozpoznać człowieka w czymś schowanym w organizm matki.</p>
<p>I naprawdę nie może dziwić, że ktoś takiego rozpoznania nie dokonuje, że jego wrażliwość nie widzi człowieka w sytuacji niestandardowej, w doświadczeniu innym niż dotyk, rozmowa, spojrzenie w oczy, usłyszenie głosu, dostrzeżenie ruchu. To jest całkiem możliwe, że ktoś ludzi widzi tylko w pewnej konkretnej przestrzeni i konfiguracji: ruszają się, robią coś, są wokół. A z płodem przecież tak nie jest.</p>
<p>Zamiast się zatem oburzać na zwolenników aborcji i nazywać ich mordercami czy nawet nazistami, warto się zastanowić, jak ludziom tłumaczyć, że płód jest człowiekiem. Jak ich do tego przekonywać, jak rozszerzać ich osobiste zdolności poznawcze, jakimi metodami. To zadanie dla filozofów, teologów, myślicieli, literatów. Dla całej humanistyki. Trzeba po prostu nauczyć ludzi poznawać człowieczeństwo bliźniego w różnych doświadczeniach skrajnych.</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/10/filozofowie-do-roboty"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/10/filozofowie-do-roboty" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/10/filozofowie-do-roboty" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/10/filozofowie-do-roboty/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ksiądz Skarga jako odtrutka?</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 24 Oct 2011 19:30:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Jan Paweł II]]></category>
		<category><![CDATA[jezuici]]></category>
		<category><![CDATA[rok Skargi]]></category>
		<category><![CDATA[Sejm]]></category>
		<category><![CDATA[Skarga]]></category>
		<category><![CDATA[święci]]></category>
		<category><![CDATA[żydzi]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1587</guid>
		<description><![CDATA[Polacy mają ogromne inklinacje do myślenia mitologicznego i hagiograficznego, które charakteryzuje się naiwnością wyjętą żywcem z przedszkolnej katechezy. Zaznacza się ta naiwność chociażby w kanonach ikonograficznych sztuki sakralnej, w tych wszystkich niebieskich oczętach zwróconych ku niebu, licznych liliach, mdłym wyrazie twarzy, ustach wąskich i zaciśniętych, żeby przypadkiem żadne niepotrzebne słowo się z nich nie wydostało. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka"><img class="alignnone size-medium wp-image-1687" title="&quot;Kazanie Skargi&quot;, obraz Jana Matejki" src="http://www.blogpowszechny.pl/wp-content/uploads/2011/12/Skarga-300x169.jpg" alt="" width="300" height="169" /></a></p>
<p>Polacy mają ogromne inklinacje do myślenia mitologicznego i hagiograficznego, które charakteryzuje się naiwnością wyjętą żywcem z przedszkolnej katechezy. Zaznacza się ta naiwność chociażby w kanonach ikonograficznych sztuki sakralnej, w tych wszystkich niebieskich oczętach zwróconych ku niebu, licznych liliach, mdłym wyrazie twarzy, ustach wąskich i zaciśniętych, żeby przypadkiem żadne niepotrzebne słowo się z nich nie wydostało. A poza malarstwem czy rzeźbą widać tandetę i miałkość naszego rozumienia świętości w różnych narracjach o świętych, w legendach, podaniach, modlitewnikach, różnej pobożnej literaturze, w której ulubionymi zajęciami Bożych ludzi są: mdleć na widok nagości, biczować się i ciągle być w gotowości do największych rzeczy, które świętym przytrafiają się na każdym kroku. Przekaz jest prosty: święty mało je, mało śpi, mało mówi, nie chodzi do toalety, nigdy się nie brudzi, zawsze ładnie pachnie, mężnie znosi wszystkie bóle, prędzej umrze niż zgrzeszy, pracuje za dziesięciu, modli się za cały Kościół.</p>
<p>Bohaterów mamy zatem w naszym panteonie, przynajmniej pozornie, wyjątkowo szablonowych i mało pociągających, którzy nikogo nigdy nie zapalą do chrześcijańskiego życia, za to utrwalą mnóstwo stereotypowych wyobrażeń na temat Kościoła i wiary, sprowadzając sprawy Boże do jakichś rytuałów i dewocyjnych praktyk. Chciałoby się powiedzieć: pokaż mi swojego świętego, a powiem ci, kim jesteś. Jak rozumiesz dzieło Jezusa Chrystusa. Spora liczba naszych rodaków na tę prośbę wskazałaby tak spreparowane, urobione, lukrowane życiorysy świętych, że od razu byłoby znać, iż wiara to tylko dodatek do ich życia, odpustowy pistolet na kapiszony, obrazeczek kupiony na jarmarku, tradycja odziedziczona po babci, która ma postać wykrochmalonej białej bluzki ubieranej na niedzielną mszę, ale nie niesie ducha zmian.</p>
<p><span id="more-1587"></span></p>
<p>Procesy te dotknęły chociażby Jana Pawła II, który wzorem życia aktywnego i twórczego, rozumnego mógł się stać pierwszorzędnym, szybko został przemielony jednak przez naszą narodową maszynkę hagiograficzną. O Karolu Wojtyle mówiło się u nas zawsze, jak o człowieku ze skały, jakby był postacią literacką, żadnego błędu nie popełnił, jakby nie miał żadnej drogi życiowej, nie uczył się, nie pracował nad sobą, jakby nie był zrodzony, a stworzony, jakby go z niebios przysłano na obłoku. Masowa wyobraźnia wykreowała Wojtyłę na swój obraz i podobieństwo, stworzyła sobie bożka, którym może usprawiedliwiać swoje infantylne rozumienie świata, w którym niczego nie trzeba osiągać, ale wszystko zostaje dane. I tak oto Polacy Janem Pawłem II zaczęli wygładzać błędy polskiego Kościoła, rozgrzeszać wszystkie swoje niedostatki, umywać ręce od reform, rosnąć w chorą pychę, że jakoś to zawsze będzie, skoro się ma takiego orędownika.</p>
<p>Karol Wojtyła stał się herosem. Zaczęły o nim krążyć niestworzone historie. Że przepływa dziennie sto długości basenu, że zna wszystkie języki świata, że na nartach jeździ jak Hermann Mayer, że biega szybciej niż Irena Szewińska. Ktoś nawet twierdził, że Wojtyła sam pilotował samolot, spał tylko godzinę na dobę, w świeckim ubraniu przechadzał się po Rzymie i pomagał ubogim. W Polsce pojawiła się osobliwa metoda erystyczna, o której nie śniło się nawet Schopenhauerowi, wystarczyło mianowicie zaczynać wypowiedź od „<em>Jan Paweł II swego czasu zrobił&#8230;”</em> i już otwierały się wszystkie drzwi, rozmówca kapitulował, na wszystko się zgadzał. Po kraju zaczęły krążyć nachalne anegdoty o papieżu, które wcale nie były kolportowane przez niewykształcone panie z parafii w Pcimiu, ale przez wysoko postawionych hierarchów. Mogliśmy się nasłuchać więc różnych bon motów: co papież jadł, jak odpoczywał i jak <em>emanowała z niego świętość.</em></p>
<p><em> </em>W pewnym momencie namnożyło się różnych kolegów Karola Wojtyły, okazywało się, że w jego klasie było ze sto osób i nagle wszyscy chcą się wypowiedzieć, jacyś księża przypominali sobie, że studiowali u Karola Wojtyła, a siostry zakonne odkrywały, że mu gotowały i prały, chociaż przez ostatnie lata nic im na ten temat nie było wiadomo.</p>
<p>Ruszyła pewna fabryka, pracuje na pełnych obrotach i długo jeszcze będzie. Produkuje się w niej Karola Wojtyłę-geniusza, taternika, mistyka, poetę lepszego niż Szekspir, aktora zdolniejszego niż Marlon Brando. Z takim Janem Pawła II naród może być samozadowolony w nieskończoność, z takim Janem Pawłem II może obrastać w piórka. Z prawdziwym musiałby się wziąć ostro do roboty. Łatwo opowiadać młodym ludziom komunały, że Jan Paweł II odbył mnóstwo podróży zagranicznych, sprzeciwiał się aborcji i <em>szanował każdego człowieka, </em>ale trudniej już go prezentować jako wzór tytanicznej pracy intelektualnej, autora ciekawych książek, człowieka, który odebrał trudną i wymagającą, klasyczną formację umysłową, która go kosztowała wiele wyrzeczeń i nie miała niczego wspólnego z miałkością dzisiejszego systemu edukacji.</p>
<p>Może nasi politycy, którzy mają usta pełne frazesów o Janie Pawle II, wzięliby się do roboty i zreformowali, właśnie pod patronatem papieża, szkolnictwo tak, żeby dawało młodym ludziom tę samodzielność, śmiałość zadawania pytań i uczciwość poznawczą, którą miał Karol Wojtyła, a nie było tylko tresurą jałowych egzaminów, pamięciowym opanowywaniem wiedzy, okrojonym kanonem lektur? Dziś system edukacji jest ściśle podporządkowany rynkowi pracy, uczy się ludzi po to, żeby nie byli bezrobotni, a nie po to, żeby poznawali określone wartości. Chcemy mieć Jana Pawła II za patrona, musimy to zmienić, poprawić nasz aparat edukacyjny, podnieść jego poziom. Sęk w tym, że Jan Paweł II to dla większości obywateli wyłącznie sympatyczny duchowny nie zgadzający się na antykoncepcję, który ładnie mówił w wielu językach, a nie mąż stanu i wielki impuls naprawy społeczeństwa.</p>
<p>Ze względu na powyższe sprawy z radością powitałem pomysł, żeby patronem roku 2012 został ksiądz Piotr Skarga, który pomnikową postacią nie jest i nigdy nie będzie, a zatem ma szansę rzeczywiście zagrać ludziom w głowach i rozpalić dyskusję. Zresztą, już ją rozpala, atmosfera powoli staje się namiętna. Skarga to człowiek głęboko złamany, dwuznaczny, którego nie sposób zaszufladkować i okadzić. To wielki mistrz polszczyzny, prekursor kultury języka polskiego, autor bardzo interesującej literatury, której nie można nie znać, jeśli się chce mieć panoramiczny obraz cywilizacji europejskiej. Poza tym, to wzięty działacz charytatywny i akademicki, jezuita pełną gębą, który tożsamość Towarzystwa Jezusowego miał we krwi. To budowniczy kościołów i szkół, jednostka przedsiębiorcza i zaradna, wybitny umysł, porywający mówca, esteta. Jakby żył dzisiaj i stał na czele polskich struktur jezuickich, to „Przegląd Powszechny” miałby, mówiąc pół żartem, pół serio, nakład „Gazety Wyborczej”, portal Deon.pl siłę Google, a Blog Powszechny tętniłby życiem Facebooka.</p>
<p>Złośliwi twierdzą, że Skarga poprowadziłby dzisiaj jezuitów w tę stronę, w którą ojciec Rydzyk powiódł redemptorystów. „Przegląd Powszechny” byłby jak „Nasz Dziennik”. Nic z tych rzeczy! Ksiądz Skarga nie byłby dzisiaj drugim ojcem Rydzykiem, to zdecydowanie nie ta mentalność, to zupełnie inny typ wrażliwości. Piotr Skarga był szaleńcem, prezentował pewien typ wariactwa, które, mimo wielu ograniczeń, wad i obsesji, było paradoksalnie niezwykle otwarte i śmiałe, odważne, skłonne do prekursorskich eksperymentów. Skarga, choć obcych nie lubił i postawy ksenofobiczne nie były mu obce, potrafił ryzykować, rozwijać się, był bardzo dynamiczny, wieloma rzeczami się interesował, miał ogromną wiedzę. Jestem przekonany, że Skarga byłby dziś w awangardzie rozwoju kultury, tworzyłby media i uczelnie wyższe, połączyłby w sobie wszystkie kościelne charaktery, które obserwujemy w przestrzeni publicznej. Byłby więc trochę jak ojciec Kłoczowski, trochę jak ksiądz Boniecki, trochę też jak Bartoś, ale zarazem byłoby w nim widać ojca Krąpca, ojca Badeniego, ojca Oszajcę. Słowem, Skarga był postacią polifoniczną, wielobarwną i nie sposób o nim wypowiadać się dogmatycznie. Zaskakiwał, i dzisiaj, gdyby żył współcześnie, też by nas zaskoczył.</p>
<p>Co tu dużo mówić, miał też skłonność do różnych świństw i mówienia podłości. To taka ludzka cecha, my też to mamy, z wieloma ludźmi jesteśmy na bakier. Nienawidzimy sąsiadów, rodziców, szefa, kolegów, gejów, Palikota, Kaczyńskiego, PiS czy Platformy, Romów, kibiców Górnika Zabrze albo Widzewa Łódź. Mamy w sobie dużo skłonności rasistowskich, skandalicznie upraszczamy życie ludzi z naszego otoczenia. Często jest w nas za mało miłości bliźniego, ta miłość kuleje, nie jest zasilana Ewangelią i posługą Kościoła. Skarga, jako człowiek z krwi i kości, przeżywał ten sam problem, też go to trapiło, nie umiał wiernie przyjmować miary Chrystusowej. Żydów odsądzał od czci i wiary, nie znosił heretyków, o Turkach mówił z takim szwungiem, aż mu się pewnie nóż w kieszeni otwierał. Był maniakiem kontrreformacji, głosił niejednokrotnie radykalne opinie, pisał, że mało kto jest w stanie Żydów przewyższyć w nieuczciwości, a z wyznaniami heretyckimi nie wiąże się żadne dobro. Wierzył też w różne teorie spiskowe, często przemawiał językiem linczu, szukał kozłów ofiarnych. Prymitywne, żenujące diagnozy przeplatały się u niego z błyskotliwością, mądrością i dobrą wolą.</p>
<p>Skarga miał niewątpliwie spory problem życiowy z szacunkiem wobec bliźnich, był pyszny i wyniosły, wierzył w różne mity, ale jakoś z tym sobie, można to wyczytać z jego pism, radził, był świadomy swoich ograniczeń, próbował własne problemy obłaskawiać, neutralizować innymi działaniami. Na pewno była to postać walki i duchowego wzrostu, na pewno się starała, na pewno wiele się udało jej osiągnąć. To była na pewno postać drogi i ryzyka. Człowiekowi trudno jest zwalczyć swoje wady, przezwyciężyć patologie osobowości, zrzucić z siebie ciężar różnych utartych schematów, w których został wychowany, wartościowe nie jest zatem bycie idealnym, bo to się nigdy nie uda, ale sublimacja, wyciszanie wad, trzymanie je w ryzach. Skarga to robił, z różnymi skutkami, raz lepiej, raz gorzej, ale jednak, trzeba mu oddać sprawiedliwość, robił.</p>
<p>I jako taki jest bardzo dobrym przykładem dla ludzi obarczonych rozmaitymi skazami charakteru, jak można różne swoje wady pacyfikować poprzez zaangażowanie w kulturę, naukę, pracę u podstaw. Sęk w tym, żeby się nie okłamywać, nie zamiatać brudów pod dywan, nie zakładać masek. Skarga nigdy nie twierdził o sobie, że jest tolerancyjny, nie udawał przyjaciela heretyków, nie bratał się z nikim ostentacyjnie, nie próbował grać kogoś, kim nie był, nie stroił min. Często wyżywał się na ludziach obcych, traktował ich źle, przedmiotowo, nie próbował tego jednak przypudrować kulturą osobistą, kindersztubą, konwenansami. Nie był taki, jak my często jesteśmy: w istocie obojętni, zimni, wyrachowani, mający w nosie prawdę, nieznający samych siebie, za to kolekcjonujący uśmiechy i umizgi. Skarga zaś w tym, w czym był złamany i parszywy, był gorący, szczerze mówił, co myślał, uczciwie wyznawał swoją pogardę. Był jej świadom i próbował z nią coś zrobić, nosiło go od tej pogardy, rzucał się w wir filantropii, budował, tworzył. Mam wrażenie, że im więcej Skarga nautyskiwał się na heretyków, tym potem mocniej wychodził do ludzi. Tylko taka postawa pozwala na przemianę, tylko na żywej, odsłoniętej, zranionej tkance może działać Chrystus.</p>
<p>Dobrze się zatem stało, że Sejm zechciał Skargę zaprezentować. Może się on stać swoistą odtrutką na ten sposób mówienia o ludziach Kościoła, którego ofiarą padł wspomniany w pierwszej części tekstu błogosławiony Jan Paweł II. Skarga nie jest świętym, nie jest podatny na hagiografię, może ludzi autentycznie zafascynować, może nie oberwać porcją gorącego brązu.</p>
<p>Problem teraz w tym, czy wierni Kościoła nie będą chcieli Skargi na siłę kolorować, rozmiękczać i upiększać. Już się można z tymi próbami spotkać. Czytam tu i ówdzie, że Skarga może i nie lubił Żydów, ale to były takie czasy, inny porządek społeczny, inne obyczaje i nie warto przykładać dzisiejszych norm do tamtych struktur. Sęk w tym, że dla chrześcijan normą jest Ewangelia, a ona zawsze była taka sama i zawsze rysowała ten sam model świata i interpersonalnych więzi.  I jeśli ktoś gardził innowiercami, to po prostu naruszał logikę Ewangelii, niezależnie, czy to był wiek XVI, XIX czy XXI. Święty Paweł może i nie walczył z niewolnictwem, ale przecież na pewno nie pochwalał złego traktowania niewolników, nie mówił o nich z pogardą. Jeśli zatem Skarga źle pisał o Żydach, to odchodził w tym miejscu od Ewangelii i trzeba to jasno przyznać. I jeśli był wówczas taki klimat społeczny, żeby źle mówić o Żydach, to też trzeba szczerze przyznać, że był to klimat niezgodny z duchem Jezusowym, a nie opowiadać, że to były <em>inne czasy i inne zasady.</em></p>
<p>Tylko wtedy Skarga – jako człowiek, który bywał na bakier z Ewangelią – może być rzeczywiście pociągającym autorytetem. Jeśli zaś uznamy, że wszystko ze Skargą było w porządku, to wytraci on swój impet i stanie się kolejnym polskim złotym cielcem, narkotykiem, który naród wprawi w hurraoptymistyczne przekonanie, że wszystko w narodzie gra jak należy.</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/24/ksiadz-skarga-jako-odtrutka/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Odzieram rzeczy z kory i rozcinam słoje. Gdzie się podziewa Adam Ważyk?</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/04/odzieram-rzeczy-z-kory-i-rozcinam-sloje-gdzie-sie-podziewa-adam-wazyk</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/04/odzieram-rzeczy-z-kory-i-rozcinam-sloje-gdzie-sie-podziewa-adam-wazyk#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 04 Oct 2011 09:43:19 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Książki]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Adam Ważyk]]></category>
		<category><![CDATA[Andrzej Sosnowski]]></category>
		<category><![CDATA[poezja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1568</guid>
		<description><![CDATA[Tekst poniższy został już raz opublikowany, miał swój czas, tu i ówdzie był dyskutowany. Ukazał się w kwietniu 2009 roku w czasopiśmie &#8220;Cyc Gada&#8221;, które dziś &#8211; a było to ciekawe miejsce, więc wielka szkoda &#8211; nie działa. Od tamtej pory ten szkic się nieco zdezaktualizował. Na pytanie postawione w tytule, a potem rozwijane w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Tekst poniższy został już raz opublikowany, miał swój czas, tu i ówdzie był dyskutowany. Ukazał się w kwietniu 2009 roku w czasopiśmie &#8220;Cyc Gada&#8221;, które dziś &#8211; a było to ciekawe miejsce, więc wielka szkoda &#8211; nie działa. Od tamtej pory ten szkic się nieco zdezaktualizował. Na pytanie postawione w tytule, a potem rozwijane w trakcie tekstu:&#8221;gdzie się podziewa Adam Ważyk?&#8221;, czy jest dziś w polskim myśleniu o poezji, więcej: w polskiej kulturze, miejsce na recepcję jego stylów, odpowiedział w tym roku Andrzej Sosnowski, przygotowując bardzo celny wybór wierszy Ważyka. Tym samym troska o świadomość dykcji autora &#8220;Semaforów&#8221; nie jest już potrzebna, Ważyk został przypomniany, coraz szerzej się go kojarzy, zaczyna się pielęgnować jego literackie wizje i czucia. </em></p>
<p><em>Mimo tego jednak, że nas spotkała taka nowa jakość, chciałbym tekst raz jeszcze przywołać, bo prócz &#8211; dziś już faktycznie nieważnej &#8211; prośby o nowe spojrzenie na poetę, zawiera próbę opisu, czym Ważykowa poezja jest, co ją stanowi i wyróżnia. I to akurat może być dla czytelników przydatne.</em></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Można by wymienić wiele — w zasadzie każdy pilny czytelnik mógłby — takich nazwisk twórców literatury, których działalność charakteryzowała się pewną innowacyjnością, świeżością, niemałą oryginalnością, która była swoistym gestem wobec przemian i nowych osiągnięć ważkich momentów historii świata, która pilnie rejestrowała rozmaite wstrząsy niespokojnych epok, ich burze, napory, ale także rozluźnienia kulturowo-społeczne, a która nagle przestała być zauważana i czytana, a została odłożona do lamusa. Albo wręcz zupełnie została pominięta przez następne pokolenia czy nawet wypaczona. Brak pamięci o dobrym twórcy może przyjąć także inną postać, postać przekłamania, niekompletnego spojrzenia, zogniskowania uwagi czytelniczej na najmniej istotnych i najmniej reprezentatywnych elementach danego dorobku literackiego. Przykładem powyższych procesów wydaje mi się być Adam Ważyk, który nie tyle trafił na literacki śmietnik, w przestrzeń totalnego wykluczenia ze współczesnej świadomości krytycznoliterackiej, nie tyle został zanegowany, co dotknięty kompletnym przeformułowaniem podejścia do jego życia i twórczej aktywności, skażony zbyt wąskimi interpretacjami, niepełną, wybrakowaną recepcją, uwagą nie wychodzącą dalej niż poza wąskie momenty działalności.</p>
<p><span id="more-1568"></span></p>
<p>Ważyk, i jest to największa krzywda jaka mogła go spotkać, prezentowany jest dzisiaj poprzez socrealizm, w który się zaangażował i którego był, przyznać to trzeba otwarcie, zaangażowanym heroldem. Ważyk jest dziś odczytywany głównie przez pryzmat tego — tak to trzeba powiedzieć — makabrycznego marginesu swojej działalności, przez swoje jałowe i siermiężne inicjatywy z lat pięćdziesiątych. Podręczniki do nauczania literatury polskiej, z których korzystają maturzyści, przedstawiają Ważyka jako orędownika prostych i kostropatych dykcji poetyckich realizmu socjalistycznego, jako aktywnego propagatora traktorów i lokomotyw w poezji, jako twórcę, dla którego znaczenie ma wyłącznie polityczna aktywność wyrażana w peanach ku czci komunistycznej rzeczywistości. Ważyk stał się symbolem zachwytu kołchozem, prostych fraz o klasie robotniczej i gospodarce centralnie sterowanej, synonimem marazmu i przypowiastek o murarzach. Ważyka można spotkać w podręcznikach obok Władysława Machejka, co tylko pogłębia traumę lektury i ukazuje poetę w kategoriach wybryku, aberracji, pustosłowia, doprowadzając ostatecznie do wyśmiania jego talentu i do niemożności odkrycia największych walorów Ważykowej poezji. Przeciętny licealista, młody umysł, człowiek wyrabiający sobie dopiero gusta i otwarty przecież na czytelnicze poszukiwania, traci w ten sposób szansę na odkrycie Ważyka, na dotarcie do największych zalet jego pisania, na spostrzeżenie zręczności i autentyzmu poetyckich zapisów, traci możliwość zapoznania się z kunsztem twórcy, który tak bardzo urzeka w utworach przedwojennych. W najlepszym razie ma dziś okazję czytelnik dotrzeć do <em>Poematu dla dorosłych</em>, wówczas poszerzy sobie widzenie Ważyka, zmieni odrobinę stosunek do człowieka, do jego biografii i politycznych błędów. W jego ręce jednak nie trafi raczej nigdy tomik <em>Semafory</em>, a tylko zetknięcie z nim pozwala na wykształcenie sobie opinii o Ważyku jako poecie wybitnym i w historii polskiej literatury bezprecedensowym.</p>
<p>Na metodzie prezentowania twórczości Ważyka rzeczywiście zaważył życiorys poety i partyjne zacięcie. Sznyt politruka, który z umysłu otwartego i wszechstronnego, bardzo błyskotliwego i czarującego, uczynił narzędzie cenzury, aparatczykowskiego rozrachunku i bezwzględności, partyjnego zakłamania. Ważyk jako człowiek jest nieznośny, prześladuje nawet Jarosława Iwaszkiewicza, górę bierze w nim ideologia, fascynacja komunizmem, służba organom władzy, wierność politycznej linii, którą realizuje z niezdrową fascynacją i maniakalnym uporem. Wielu twórców przeżyło romans z socrealizmem, choćby Wisława Szymborska, której wiersz o Stalinie stał się legendą dla sztubaków, którzy usilnie pragną zawsze przyłapać pomnikowych poetów <em>in flagranti,</em> na jakiejś niegodziwości, dla Ważyka jednak to nie jest łóżkowa przygoda, chwilowa oznaka słabości, pokątnie składane hołdy i w sekrecie wymieniane pocałunki, dla niego to program, plan na życie, wiara i zadania konieczne. Ważyk nie ubiera maski, nie jest pragmatycznym oportunistą, komunizm mu się podoba, podoba mu się pisanie o robotnicach na traktorach i z kielnią w dłoni, on, zdaje się, wierzy w sens i porządek takiego modelu świata, wyznaje, że rolą sztuki jest ten ład uchwycić i prezentować. Ważyk jest, jak już napisałem, poetą wiarygodnym i autentycznym, jego wiersze zawsze sprawdzały się w odbiorze, uderzały lirycznym turgorem, ciężkością, psychiczną prawdą, zatem i socrealistyczny etap jego twórczości wypływa z faktycznych nastrojeń umysłu i ducha, to nie jest stylizacja i zabawa, to nie jest udawanie. Dlatego tak niejednoznaczny musi być stosunek czytelnika do Ważyka, musi być on wolny od uprzedzeń i zbyt prostych klasyfikacji. Z jednej strony, trzeba przecież Ważykowi socrealizm wytknąć, może i wręcz wyśmiać, a z drugiej strony każdy uważny czytelnik będzie widział w poecie <em>continuum</em>, nieprzerwany ciąg pomysłów na sztukę, wciąż tę samą prawdę zapisu, prawdę patrzenia i prawdę emocji. Czy raczej odwrotnie: Ważyk zawsze wpierw będzie patrzył, a potem pisał. Napisze zawsze to, co widzi i to, co poczuje. Prawdziwie. Ważyk nie udaje przeżyć, to jego największy walor. Socrealistyczne nastrojenie jest u niego echem dawnych brzmień, pozostałością starych utworów, wyraźny jest związek z najpierwszą aktywnością literacką. Ważyk jest poetą o jednolitej drodze twórczej. Jest to jednak prawda, wydaje mi się, dziś już nie do odkrycia w sposób masowy i podręcznikowy.</p>
<p>Co charakteryzuję tę jednolitość drogi twórczej Ważyka? Dlaczego ta droga musi się nam wydać spójna? Podstawową właściwością poezji Ważyka jest, co już tutaj zostało powiedziane, autentyzm spojrzeń. To, co w poezji Ważyka najbardziej oryginalne, świeże i inspirujące, ma charakter kubistyczny. Tak, Ważyk jest poetą kubistycznym. To zdanie musi brzmieć dziwnie, a może i szokująco, jeśli na ogół o Ważyku mówi się, i tak się go powszechnie przedstawia, że jest poetą socrealistycznym. Poezja Ważyka to nie konserwowanie utartych znaczeń, czczych symboli, sprawdzonych figur retorycznych i mentalnych, to zrywanie z klasycznymi wyobrażaniami o sztuce, która chce narzucać metafory, widzenia, która chce propagować wtórne zdania o przedmiotach. Która chce być przetworzeniem przedmiotów, ich interpretacją czy analizą, a nie prezentacją. Ważyk, jak na kubistę przystało, nie chce roztaczać widzenia <em>ex post</em>, żadnych sumarycznych wejrzeń i oglądów, nie chce patrzyć z dystansu. Chce ukazywać rzeczy w momencie ich widzenia, w chwili patrzenia, w momencie doświadczenia. Chce epatować szczegółem, niuansem, drobinkami świata. Chce podążać krok w krok za akcją psychiczną człowieka, która zapisuje sobie detale oglądanego świata, snuje na ich temat domysły, a dopiero potem je porządkuje i nadaje im bardziej poukładany wydźwięk. Kolejność poetyckiego zapisu Ważyka jest mniej więcej taka: wpierw jawi się rzecz, element rzeczy, potem dzieje się ruch, coś się wydarza, rzecz pośród tego jakoś funkcjonuje. Ważyk niczego nie zamierza tutaj postulować, niczego proponować, zamierza wyłącznie pokazywać. Nie propaguje żadnej hierarchii ważności ukazywanych elementów, pozwala aby czytelnik sam ją sobie ustalił. Pozwala czytelnikowi w dowolnym momencie zdecydować, kiedy uruchomi widzenie ogólniejsze i przenośnię, kiedy — i czy w ogóle — odniesie poetycki zapis do jakichś może szerszych programów, propozycji, komentarzy. Jeśli jednak tylko zechce, może pozostać przy doświadczeniu oglądanych przedmiotów, nie musi ich wcale wynosić na wyższe poziomy, może się zadowolić samą tylko sekwencją. Poezja Ważyka staje się w ten sposób, co może być niebezpieczne, życiem. Przejściem przez ulicę. Można wtedy spoglądać na rozmaite obiekty, obserwować je, dokonywać rozbiorów, syntez, ale można także trwać wobec rzeczy i niczego z nimi konstruktywnego nie czynić. A można dopisywać do nich mity, legendy, złudzenia. Można snuć dopowiedzenia, coś uzupełniać, wzbogacać. Ważykowi nie jest to obce, przecież żyje w czasach rozwoju techniki, zawierzenia nauce, w epoce blichtru, swoje pierwsze wiersze wydaje dekadę po tragedii Titanica. Fascynuje go psychologia, rozwój technologii, żelazo, nowe narzędzia. Nie jest zatem tak, że Ważyk nie dysponuje konkretnym programem, że nie posiada apriorycznych założeń, że liczy się dla niego tylko dotykanie rzeczy. Nie, Ważyk włącza się w szeroki nurt poetycki, w nurt światowy, w swoją epokę. Zakłada to w takim razie pewne manifesty. Ale najważniejsza i tak jest rzecz jako taka, prawdziwość doznania, swobodny tok myślenia, swobodne łączenie obrazów. Zmysłowość, siła tej zmysłowości, siła obrazu.</p>
<p>Ta siła charakteryzować będzie wszystkie etapy twórczości Ważyka, również ten socrealistyczny. U Ważyka zmieniać się będzie ton wierszy, forma wierszy, eksperymentowanie będzie zyskiwać uzupełnienie w fascynacjach klasycyzujących. Jedna cecha zawsze wystąpi: skupienie się wiersza na samym sobie, wybrzmiewanie do wewnątrz, silny introwertyzm, z którym każdy uczyni, co zechce, na który każdy spojrzy, jak umie i jak poczuje. A nie według zewnętrznych prawideł, nakazów czy postaw „wypadałoby”.</p>
<p>Co będzie dalej z Ważykiem? Kto go czyta i kto ma szansę go przeczytać? Ja, nie ukrywam, swoje zainteresowanie jego poezją zapoczątkowałem także w czasach licealnych, także od utworów socrealistycznych, nie trzymałem się jednak kurczowo socrealistycznych treści, ale umiałem zawsze pochwalić Ważyka za doskonały warsztat. W poszukiwaniu źródeł tego warsztatu, w dochodzeniu do prawdy o jego początkach, w szukaniu genezy Ważykowych środków wyrazu, fraz, użytych zabiegów stylistycznych, dotarłem do lat dwudziestych, kiedy Ważyk rozpoczynał swoją twórczą drogę. Jak Ważyka odkryć przed młodym czytelnikiem, a, co chyba udowodniłem, odkryć go warto? Trzeba by chyba skłonić autorów podręczników do prezentowania choćby jednego niesocrealistycznego utworu poety. W zasadzie w podręcznikach brakuje utworów kubistycznych, brak Ważyka nie znaczy wcale, że znaleziono jakieś uzupełnienie, że zapełniono lukę. Brak Ważyka znaczy brak pewnego poetyckiego nurtu, pewnej poetyckiej klasy. Namawiałbym szczerze na drukowanie wiersza „Apolog”:</p>
<p><em>Nie chcę klucza od przepaści, od żadnych studzien,<br />
nie jest perłą perła na dnie mórz ukryta.<br />
Kamienie kradną imiona niebu,<br />
kamieniom — ludzie.<br />
Zginie królestwo rzeczy — będzie rzecz pospolita.</em></p>
<p><em>Rubin gorący patrzy okiem cherubina,<br />
jak kot kosmiczny krzemień zachwala się iskrzeniem;<br />
w maszynach, w drzewach, we mnie, wszędzie woła: Przemień!<br />
Daj piękne imię mnie i maszynie.</em></p>
<p><em>Sokami rzeczy tętnią.<br />
Pod rzeczy korą płonie i płynie!<br />
Prądy faliste, zasupłane linie<br />
schodzą się ze mną w pulsujące jedno<br />
i porastają w urodę<br />
barw wielorakich i w kształtów polot.<br />
Jak trzoda pastucha, tak mnie więzi miasto,<br />
drzewo mówiące płodem,<br />
gniazdo ciężarne ptactwem,<br />
rozkwitających rzeczy apolog.</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em>Jak koń łaciaty rży świat do wodopoju!<br />
Jak pies się pręży w słońcu i na księżyc szczeka!<br />
Odzieram rzeczy z kory i rozcinam słoje<br />
diamentem wypalonym przez mądrą maszynę,<br />
krzemieniem, który ma imię człowieka,<br />
rubinem,<br />
mitologią dni moich.</em></p>
<p>Dostrzec w nim można wszystkie cechy Ważykowego stylu, wszystkie harmonie dźwiękowe i stylistyczne, wszystkie te elementy, o których wyżej napisałem. To utwór wielce egzemplaryczny. Czy mógłby znaleźć dziś odbiorców? Kwestia gustu, jak napisał Ważyk. Nie można jednak raczej pozwolić sobie na jego pominięcie. Kryje zbyt istotne wartości literackie, aby można na nie było machnąć ręką.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/04/odzieram-rzeczy-z-kory-i-rozcinam-sloje-gdzie-sie-podziewa-adam-wazyk"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/04/odzieram-rzeczy-z-kory-i-rozcinam-sloje-gdzie-sie-podziewa-adam-wazyk" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/04/odzieram-rzeczy-z-kory-i-rozcinam-sloje-gdzie-sie-podziewa-adam-wazyk" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/10/04/odzieram-rzeczy-z-kory-i-rozcinam-sloje-gdzie-sie-podziewa-adam-wazyk/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak reagować na nergalizację mediów?</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 20 Sep 2011 07:35:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Dariusz Kowalczyk SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Media]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Nergal]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1527</guid>
		<description><![CDATA[Ludzie mówią różne rzeczy. Czasem powiedzą coś mądrze, a niekiedy całkiem głupio. Bywa też tak, że ta sama wypowiedź dla jednych jest celna i „odważna”, a dla innych to zupełny bełkot albo chamstwo. Dlatego też w pluralistycznych demokracjach powinny istnieć zróżnicowane media, aby każda opcja mogła dotrzeć ze swoim przekazem do społeczeństwa. W Polsce nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ludzie mówią różne rzeczy. Czasem powiedzą coś mądrze, a niekiedy całkiem głupio. Bywa też tak, że ta sama wypowiedź dla jednych jest celna i „odważna”, a dla innych to zupełny bełkot albo chamstwo. Dlatego też w pluralistycznych demokracjach powinny istnieć zróżnicowane media, aby każda opcja mogła dotrzeć ze swoim przekazem do społeczeństwa. W Polsce nie jest pod tym względem najlepiej. Symptomatyczne jest to, że coraz więcej niezależnych twórców prezentuje swe dzieła i spotyka się z odbiorcami w salkach parafialnych albo w internecie, gdyż na wejście do TVP, o dwóch wielkich telewizjach prywatnych nie wspominając, nie mają szans. Taki los spotkał na przykład kilka dobrych filmów o katastrofie smoleńskiej. Okazuje się nawet, że nasze zideologizowane telewizje nie chcą za pieniądze reklamować nowego dziennika, który im nie odpowiada.</p>
<p>Jak w tej sytuacji powinien zachować się Kościół? Zawsze uważałem, że powinien tworzyć własne media, ale jednocześnie starać się być obecnym w innych mediach publicznych i prywatnych, nawet jeśli niektóre z nich prezentują nurt raczej daleki od katolickiego nauczania. Oczywiście, są pewne granice i szanujący się katolik nie powinien wypowiadać się dla takich mediów jak np. „Nie” lub „Fakty i mity”, które są znane ze swej wściekłej chrystofobii. Rozwój sytuacji na rynku medialnym pokazuje, że opcja tworzenia i umacniania kościelnych mediów jest coraz ważniejsza. Tylko w ten bowiem sposób można ocalić autentyczną niezależność nie tylko w wypowiadaniu się, ale także – co czasem jest ważniejsze – w doborze tematów dyskusji.</p>
<p><span id="more-1527"></span></p>
<p>Z działalnością mediów wiąże się problem granic wolności wypowiedzi. Istnieją różnego rodzaju gremia kontrolujące media, które mogą jakąś wypowiedź uznać za niedopuszczalną i nałożyć stosowną karę. Są też sądy, do których może zwrócić się każdy, kto uważa, iż został pokrzywdzony jakąś publicznie wygłoszoną opinią. Niestety, wygląda na to, że nawet wyroki sądowe w sprawach dopuszczalności określonych wypowiedzi, są raczej dowolne. Można niekiedy odnieść wrażenie, że wszystko zależy od tego, kto kogo nie lubi.</p>
<p>Ciekawym przypadkiem jest w tej perspektywie walka z o. Rydzykiem. Jego wypowiedź o totalitarnych praktykach obecnej władzy w Polsce została nagłośniona jako całkowicie niedopuszczalna. Minister Sikorski wystosował kuriozalną notę dyplomatyczną do Watykanu ze skargą na polskiego obywatela Rydzyka. Ot! zagwozdka – Kto i z jakiego paragrafu ma uciszyć niepokornego dyrektora Radia Maryja? Zaznaczam, że nie piszę o tym, czy wypowiedź ks. Rydzyka była mądra, czy też głupia. Piszę o tym, czy o. Dyrektor ma prawo głosić takie poglądy, czy też nie. Wielu „demokratów” twierdzi, że nie.</p>
<p>Mam wrażenie, że niejeden z tych, którzy na różne sposoby domagają się uciszenia Rydzyka, z drugiej strony bronią zaciekle Adama „Nergala” Darskiego. Wiadomo, że Nergal, lider zespołu Behemoth, uprawia „sztukę”, która polega na „satanistycznym” makijażu, robieniu groźnych min oraz wykrzykiwaniu w rytm ostrych dźwięków przesłań typu: „Chwała mordercom Wojciecha” (chodzi o św. biskupa Wojciecha). Ktoś zastanawiał się, co by było, gdyby jakiś inny „artysta” napisał utwór: „Chwała mordercom z Jedwabnego”… Na jednym ze swych koncertów Nergal nazwał Kościół katolicki „zbrodniczą sektą” oraz darł Biblię i rzucał kartki ze sceny wrzeszcząc: „Zryjcie to gówno”. Ów facet znalazł wielu obrońców, którzy twierdzą m.in., że artysta ma prawo do tego rodzaju zachowań, bo jest artystą, który stosuje takie właśnie metafory. Pani Kofta popisała się nawet dowcipem, że Nergal może się bronić, iż wyrywał kartki Biblii i rzucał, „bo chciał zapoznać widownię z tekstem świętej księgi”. A co by było, gdyby tak ktoś nazwał urzędników Unii Europejskiej zbrodniczą sektą, a na scenie darł Traktat lizboński? Czy ta cała zgraja „tolerasów” (tolerasi to parodia ludzi prawdziwie tolerancyjnych) by go broniła twierdząc, że nie wolno ograniczać artysty, który wyraża swoje wkurzenie na bezkarność brukselskich cwaniaków?</p>
<p>Z jednej strony ogranicza się pluralizm mediów wyrzucając z nich bardzo dobrych dziennikarzy, ale mających ten „feler”, że ich światopogląd nie przystaje do obowiązującego głównego nurtu, to znaczy jest zbyt konserwatywny albo &#8211; o zgrozo! &#8211; katolicki. Z drugiej strony zaprasza się do publicznej telewizji człowieka, który drze Biblię i każe „żreć to gówno”, a na krytykę reaguje się &#8220;argumentem&#8221;, że przecież musimy być pluralistyczni. TVP nie znalazła pieniędzy, aby zrobić jakąś przyzwoitą relację ze spotkania prawie 2 mln młodzieży z całego świata z Benedyktem XVI w Madrycie, ale znajduje kasę by demoralizować widzów, szczególnie młodych, robiąc z satanisty jurora, czyli autorytet.</p>
<p>Niestety, prawdopodobnie degrengolada mediów publicznych będzie postępować. „Nergalów” będzie coraz więcej. Trzeba sprzeciwiać się temu, nawet jeśli szanse na jakieś opamiętanie są niewielkie. Nie znaczy to, że należy się obrazić i sobie pójść. Kościół powinien wykorzystywać możliwości bycia obecnym w mediach, współpracując z osobami, u których czucie podstawowych wartości nie zostało zachwiane. Ale jednocześnie trzeba umacniać media prowadzone przez podmioty kościelne. To umacnianie polega m.in. na przekonywaniu, że świadomy katolik powinien kupować i czytać katolicką prasę. A widząc takie osoby, jak Nergal, w TVP, powinien wyłączać telewizor.</p>
<p style="text-align: right;"><em>Dariusz Kowalczyk SJ</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/20/jak-reagowac-na-nergalizacje-mediow/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>15</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czas barbarzyńców</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/15/czas-barbarzyncow</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/15/czas-barbarzyncow#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 15 Sep 2011 06:30:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Media]]></category>
		<category><![CDATA[Socjologia]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[biblia]]></category>
		<category><![CDATA[książka]]></category>
		<category><![CDATA[Nergal]]></category>
		<category><![CDATA[sąd]]></category>
		<category><![CDATA[telewizja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1490</guid>
		<description><![CDATA[Do takiego Micińskiego Nergalowi bardzo daleko. Nie to pokolenie, nie ta formacja umysłowa, umiejętności także nie te. To zupełnie inna liga, trzeba to powiedzieć uczciwie. Nergal nie jest intelektualistą, o żaden mu nie chodzi dyskurs, o żadne tradycje filozoficzne, rzecz wyłącznie w pewnej koniunkturze, w zagospodarowaniu określonej niszy i czerpaniu z niej zysków. Nergal zauważył [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Do takiego Micińskiego Nergalowi bardzo daleko. Nie to pokolenie, nie ta formacja umysłowa, umiejętności także nie te. To zupełnie inna liga, trzeba to powiedzieć uczciwie. Nergal nie jest intelektualistą, o żaden mu nie chodzi dyskurs, o żadne tradycje filozoficzne, rzecz wyłącznie w pewnej koniunkturze, w zagospodarowaniu określonej niszy i czerpaniu z niej zysków. Nergal zauważył po prostu zapotrzebowanie na daną estetykę, zajął obszar wcześniej niemal dziewiczy, zręcznie znalazł target, użył odpowiednich narzędzi marketingowych. Wykreował swój wizerunek przemyślanie i teraz odcina kupony. Oto cała tajemnica jego satanizmu: to niezła taktyka finansowa, bardzo lukratywna, prostą drogą prowadząca Nergala od jego dokonań muzycznych na salony naszej przaśnej popkultury.</p>
<p>Pan Darski jest niewątpliwie bardzo sprawnym biznesmenem, potrafi robić duże interesy, w kaszę sobie nie da dmuchać. Ma strategię i się jej trzyma. Jakby śpiewanie <em>Barki</em> było bardziej dochodowe, to śpiewałby <em>Barkę</em>. Zresztą, nigdy nie można wykluczać spektakularnego, przed kamerami, nawrócenia Nergala. Historia zna takich przypadków bez liku. W polskim show-biznesie ikonami chrześcijańskiego stylu są mdła Eleni wybaczająca mordercy swojej córki, twierdząca przy tym, że do jednego stołu i tak by z nim nie usiadła, i uduchowiony po wypadku samochodowym Krzysztof Krawczyk, traktujący różaniec jak bransoletkę, ale to ikony nieco już zmurszałe, przydałyby się świeższe. Przemieniony Nergal byłby jak znalazł. Styl Nergala-satanisty kiedyś się na pewno wyeksploatuje i nie będzie już tak nośny, być może właśnie wtedy muzyk gruntownie przekształci swój wizerunek. Będzie pozował w koszulce z napisem <em>JPII</em> i wszem wobec mówił o tym, jak bardzo kiedyś był ślepy. Wszystko przed nim. Może i jestem ironiczny, ale trudno odmówić mi nosa,  dobrą mam intuicję. Od nonszalanckiego, agresywnego odcinania się od religii do ostentacyjnej, niedojrzałej religijności jest rzut beretem.</p>
<p><span id="more-1490"></span></p>
<p>Jak tak spojrzymy na sprawy Nergala ex post, to wszystko się układa w logiczny ciąg, wyraźnie widać, że Nergal od dawna pręży muskuły, by stać się rozpoznawany na ulicy, co chwila przekracza coraz to kolejne granice parcia na szkło: wpierw był tylko liderem kontrowersyjnego zespołu metalowego, który znany był wyłącznie w swojej dziedzinie, potem nadszedł czas namiętnego związku z piosenkarką Dodą, płomienne relacje w tabloidach z każdego ich kroku, regularne raporty z uczuciowych napięć, następnie cała Polska handlowała tematem zdrowia muzyka, a teraz Nergal został muzycznym ekspertem i komentuje koślawą polszczyzną występy młodych wokalistów w telewizyjnym programie, każdemu uczestnikowi mówiąc te same dyrdymały, operując spranymi bon motami i niezbyt angielskim poczuciem humoru. Nędza wyłazi uszami, to estetyka zdecydowanie naiwna, dla amatorów igrzysk i walki w kisielu. Ale Nergal czuje się w tym jak ryba w wodzie. Zdaje się, że o to mu chodziło.</p>
<p>Precyzyjną reżyserię i konsekwentne, z fascynacją, eksplorowanie siermiężnego światka polskich mediów widać w tym wszystkim gołym okiem. Wielki, niezależny Pan Satanista gustuje dokładnie w tej samej aurze, co każda inna gwiazdka telewizyjna, nieodróżniająca Austrii od Australii i prymasa od premiera. Pan Nergal, tak się złożyło, jest w tej chwili kolegą po fachu niejakiej Joanny Krupy, Jolanty Rutowicz czy pamiętnej Frytki, przystał do bardzo szlachetnego towarzystwa, może się wymieniać z nim doświadczeniami. Może przybić piątkę Krzysiowi Ibiszowi i poklepać po plecach Kasię Cichopek. Jak widać, daleko go ten jego satanizm nie zaprowadził, nie mamy mu czego zazdrościć. Wielkie honoraria za nic nierobienie, nudne ględzenie w telewizji o niczym i zespół podbijający zachodnie rynki to trochę za mało, żeby uznać Nergala za człowieka ciekawego i oryginalnego.</p>
<p>Pan Nergal może sobie zatem krzyczeć <em>Non serviam</em> ile sił w płucach, może się Szatanem fascynować do woli, może uprawiać satanizm teistyczny albo laveyański, może Szatana wprost czcić albo uważać za źródło inspiracji i metaforę, ale to wszystko i tak będzie jedynie tandetną stylizacją, ledwie tatuażami i brukową symboliką. Nikt poważny nie da się na to nabrać, to tylko popelina, kilka słów bez pokrycia. Fakt, że Nergal to uprawia w mediach, od razu zdradza, jaką to ma proweniencję. Jest zwykłym towarem. I tyle.</p>
<p>Właśnie przez pryzmat wyżej zarysowanych spraw trzeba spojrzeć na zniszczenie przez Nergala Biblii. Nie są potrzebne tony religijne i wysoki diapazon, sprawa jest naprawdę prosta: jeden nieokrzesany błazen zniszczył książkę, a tłum błaznów-analfabetów mu zaklaskał, ktoś w dodatku przyniósł kamerę. Ot, prosta rozrywka gawiedzi, ludyzm, zabawa dla niezbyt wyrobionych. To dokładnie to samo, co Nergal uprawia w telewizji, coś na miarę jego związku ze wspomnianą Dodą Elektrodą, która większości Polaków kojarzy się z publicznymi zwierzeniami dotyczącymi swojego życia seksualnego. Co ciekawe, akces do tego mętnego grona zgłosił również sąd, który najwyraźniej ma podobne gusta. <em>De gustibus&#8230;</em>, warto jednak mieć świadomość, że niszczenie książki to praktyki rodem z buszu, nieprzystające do kultury europejskiej. To tak jak ze szczaniem do doniczki: może trudno za to skazywać, ale nazywać sztuką też nie jest najrozsądniej. Za szczanie do kwiatka może i nie grozi więzienie, za to grozi towarzyski ostracyzm.</p>
<p>Niech sobie zatem Nergal o Biblii myśli, co chce, ale niech ma świadomość, że w pewnych kręgach za zniszczenie książki będzie uchodził za oszołoma. Wykształcony Europejczyk nawet Marksa nie może spalić, tak mnie uczono. Książka to dla naszego kręgu kulturowego świętość, zapis ludzkiego doświadczenia, emocji, poglądów, przewodnik po drogach kultury, trop w stawianiu diagnozy o świecie. Książka to metoda rekonstruowania przeżyć, nośnik pamięci, sposób na to, by w poznawaniu świata nie zaczynać za każdym razem od nowa. To busola, środek budowania tożsamości. Im więcej różnych książek w głowie, tym swoboda epistemologiczna człowieka większa. Za Biblią, którą Nergal zniszczył, bo ją uważał za stos kłamstw, kryje się kawał świata, tysiące lat dojrzewania ludzkości, opowieść potężna jak dąb. Wizja człowieka, w której przejrzeć się możemy jak w lustrze. To wszystko poparte jest latami badań dokonywanych przez umysły, którym Nergal do pięt nie dorasta.</p>
<p>Zniszczyć książkę, zwłaszcza tak mięsistą jak Biblia, to podnieść rękę na bogactwo i różnorodność świata, wyrzec się polifoniczności, zostać przy swoim małym ogródeczku. To barbarzyństwo, a nie kreacja artystyczna. Media niewątpliwie promują barbarzyństwo i głupotę. Już od dłuższego czasu. Nergal jest więc na swoim miejscu.</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/15/czas-barbarzyncow"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/15/czas-barbarzyncow" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/15/czas-barbarzyncow" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/15/czas-barbarzyncow/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>„Trylogia” i pytanie o polskość i patriotyzm</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/01/19/%e2%80%9etrylogia%e2%80%9d-i-pytanie-o-polskosc-i-patriotyzm</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/01/19/%e2%80%9etrylogia%e2%80%9d-i-pytanie-o-polskosc-i-patriotyzm#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 19 Jan 2011 14:22:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1350</guid>
		<description><![CDATA[„Psychiatryk” usłyszałem z ust pana siedzącego obok, gdy rozbłysły światła ogłaszające antrakt po pierwszej części przedstawienia „Trylogia” w reżyserii Jana Klaty (Teatr Stary w Krakowie). Rzeczywiście, można poczuć się nieswojo, oglądając tę dziwną adapatcję: w kościele (a może lepiej, w Jasnogórskiej Kaplicy), z Matką Bożą w głównym ołtarzu, a na kościele kilkanaście łóżek szpitalnych, na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>„Psychiatryk” usłyszałem z ust pana siedzącego obok, gdy rozbłysły światła ogłaszające antrakt po pierwszej części przedstawienia „Trylogia” w reżyserii Jana Klaty (Teatr Stary w Krakowie). Rzeczywiście, można poczuć się nieswojo, oglądając tę dziwną adapatcję: w kościele (a może lepiej, w Jasnogórskiej Kaplicy), z Matką Bożą w głównym ołtarzu, a na kościele kilkanaście łóżek szpitalnych, na których wylegują się tandetnie ubrani i trochę prostaccy ludzie. Chętnie podejmują tę czy inną rolę, ale szybko się męczą i wygodnie zmieniają pozycję na horyzontalną.</p>
<p><span id="more-1350"></span></p>
<p>Cały pierwszy akt przyzwyczajałem się do tego sposobu przedstawiania narodowej epopei. Wydaje mi się, że jakąś nitkę porozumienia z reżyserem chwyciłem dopiero w drugiej części (moim zdaniem najlepszej), w trzeciej, dosięga człowieka zmęczenie (spektakl trwa z przerwami ponad 4 godziny).</p>
<p>Na pewno nie jest łatwo mówić o sienkiewiczowskim dziele, które tak bardzo mocno tkwi w zbiorowej świadomości i chyba jeszcze głęboko kształtuje polską tożsamość narodową. Łatwo popaść w patos, a ostatecznie w śmieszność. Z jednej strony, Klata zachował dystans, choć nieśmiało ulega urzekającemu pięknu i sprawności narracji mistrza. Słusznie wykacentował rytm wszystkich trzech części powieści (amory, zagrożenie, wezwanie do walki, mobilizacja i galop (na łóżkach), oblężenie jakiejś twierdzy) oraz charakterystyczne dialogi i powiedzenia, które „chwytają za serce”. Z drugiej, reżyser nie boi się krytykować zawartej w dziele Sienkiewicza polskiej ksenofobii, religijnego kiczu, unarodowienia Boga, fanatyzmu, pochwały okrucieństwa, megalomanii i mitologizowaniu heroizmu. Dekonstruuje i bada, jak to wszystko wpływa na kształtowanie emocjonalnego i wyobrażeniowego świata Polaka. W tym procesie niektóre sceny są szczególnie przejmujące, np.: opowieść o nadziewaniu na pal Azji Tuhajbejowicza (a następnie zmartwychwstały Azja strzela wszystkim Polakom w tył głowy – aluzja do Katynia), wspaniała procesja z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej (Matka Boska przyjmuje żywą ludzką twarz i pozwala sobie na komentowanie zachodzących wydarzeń), schodzenie Pana Wołodyjowskiego i pozostałych bohaterów do kanałów (aluzja do Powstania Warszawskiego), kazanie nad trumną pana Wołodyjowskiego.</p>
<p>Podjęcie się zinterpretowania sienkiewiczowskiej „Trylogii” staje się bardzo aktualne w kontekście po 10 kwietnia i sprawy krzyża na Krakowskim Przedmieściu. W dniach żałoby narodowej sięga się po te elementy ikonograficzne i retoryczne, które wszystkim są znane z edukacji szkolnej. Czy one jednak rzeczywiście pozwalają nam twórczo przeżyć trudne doświadczenia? Czy potrafimy odczuwać i myśleć oraz mówić w kategoriach, które oprócz klimatu dają sięgają też do energetycznych zasobów całego społeczeństwa i wprawiają je w ruch? Wydarzenia roku 2010 zmuszają coraz natrętniej do przemyślenia rozumienia patriotyzmu, jego wyrażania, zmuszają do pytań o stosunek do patriotycznej tradycji i retoryki. Poruszano bowiem struny narodowe, próbowano obudzić dawną mitologię, rozrysować wrogów i obrońców polskości. Dzieło Klaty jest dosyć pomocne, by emocjonalnie nabrać dystansu, by zobaczyć, jakie są możliwości podtrzymywania czegoś z tego rezerwuaru dziedzictwa narodowego.</p>
<p>Z spektaklu, jak i całości ostatnich wydarzeń wyłania się pytania o nasze, polskie odniesienie do narodowych mitów, do narracji o naszej historii, do jej rozumienia i przeżywania. Czy w określaniu naszej świadomości oprzemy się na sentymentalnej tradycji, która jest nasycona retoryką oblężonych, uciskanych i prześladowanych? Czy nasza przeszłość, historia, literatura i sztuka czasem nie sprawia, że potrafimy porządkować doświadczenie wedle schematów, które nie pozwalają już twórczo orientować się we współczesnym świecie? Pojawia się pytanie, czy chcemy podjąć naszą przeszłość odtwórczo czy też twórczo, czy chcemy na siłę odtwarzać stare schematy, czy też wypracować jakiś etos polskości, który będzie nas wszystkich łączył, który będzie na tyle pojemny, by każdy Polak (nie koniecznie narodowości polskiej) mógł się w nim odnaleźć, niezależnie liberał czy konserwatysta, katolik, muzułmanin, wyznawca judaizmu czy ateista lub agnostyk? Czy stać Polaków chociażby na to, by cofnąć się i inspirować się wcześniejszą tradycją patriotyzmu wypracowanego w czasach Polski jagiellońskiej, który byłby jednocześnie „patriotyzmem długiego trwania” (J. Kłoczowski)? To, co nazywamy „Polska” nie może funkcjonować tylko wtedy, gdy jest oblężone i „pod zaborami”, ale przede wszystkim jako kraj i społeczeństwo świadome swej wartości, siły i potencjału.</p>
<p>Oczywiście, nie można winić za spotykane dzisiaj formy polskiego patriotyzmu wyłącznie Sienkiewicza oraz dorobku romantyzmu (bardzo krytycznie wypowiadano się na temat ciężaru tego dziedzictwa już na początku XX wieku i dwudziestoleciu międzywojennym). Wiele we współczesnych postawach Polaków względem rozumienia i odczuwania polskości pozostało jako wynik powojennego porządku politycznego (stalinowska wizja Polski dla Polaków i związane z tym przesiedlenia). W tym względzie także cały okres komunistyczny bardzo zaważył na polskiej świadomości narodowej.</p>
<p>Takie i podobne pytania i problemy rodzą się w trakcie i po spektaklu Klaty. Dlatego jego adaptacja „Trylogii” jest intrygująca. Ponieważ nie stroni od nowoczesnych środków wyrazu, z pewnością może przemówić do młodszej publiczności i pobudzić ją do refleksji. O nią właśnie chodzi. Problematyką patriotyzmu trzeba ją zainteresować. Być może przede wszystkim młodzi będą musieli podjąć wysiłek wypracowania nowego rozumienia patriotyzmu, określić na nowo, tym razem w kontekście Unii Europejskiej, pokojowego współistnienia, pluralizmu religijnego i światopoglądowego, znaczenia słów „Polak” i „Polska”.</p>
<p>Polecam przeglądowy artykuł. J. Kłoczowskiego oraz inne referaty zawarte w trzech woluminach <em>Patriotyzm wczoraj i dziś</em>, zbiorze referatów wygłoszonych na przestrzeni kilku lat w ramach Seminarium Polskiej Akademii Umiejętności (vol. I-III), Kraków 2003, 2006, 2009.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/01/19/%e2%80%9etrylogia%e2%80%9d-i-pytanie-o-polskosc-i-patriotyzm"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/01/19/%e2%80%9etrylogia%e2%80%9d-i-pytanie-o-polskosc-i-patriotyzm" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/01/19/%e2%80%9etrylogia%e2%80%9d-i-pytanie-o-polskosc-i-patriotyzm" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/01/19/%e2%80%9etrylogia%e2%80%9d-i-pytanie-o-polskosc-i-patriotyzm/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Agora. Zachwyt i przerażenie</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2010/03/26/agora-zachwyt-i-przerazenie</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2010/03/26/agora-zachwyt-i-przerazenie#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 25 Mar 2010 23:36:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1252</guid>
		<description><![CDATA[Film “Agora” Alejandro Amenábara musi budzić konsternację i niepokój. Napięcie pomiędzy wysublimowanymi wyżynami ducha i myśli, pasją szukania odwiecznych prawd a okropnością i brutalnością przemocy wzrasta coraz bardziej do samego końca projekcji i staje się nieznośne. Film fascynuje i przeraża zarazem. Akcja dzieła jest usytuowana w starożytnej, kosmopolitycznej metropolii, tyglu kulturowym i religijnym, jakim przez [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.blogpowszechny.pl/2010/03/26/agora-zachwyt-i-przerazenie#more-1252"><img class="alignnone" src="http://www.blogpowszechny.pl/wp-content/uploads/2010/03/agorafilm.jpg" alt="" width="340" height="461" /></a></p>
<p>Film “Agora” Alejandro Amenábara musi budzić konsternację i niepokój. Napięcie pomiędzy wysublimowanymi wyżynami ducha i myśli, pasją szukania odwiecznych prawd a okropnością i brutalnością przemocy wzrasta coraz bardziej do samego końca projekcji i staje się nieznośne. Film fascynuje i przeraża zarazem.</p>
<p>Akcja dzieła jest usytuowana w starożytnej, kosmopolitycznej metropolii, tyglu kulturowym i religijnym, jakim przez długie wieki była Aleksandria. Czwarty wiek to czas fundamentalnego zwrotu w dziejach chrześcijaństwa: po trzech wiekach okrutnych prześladowań zaczyna się szybki jego rozwój. W roku 313 zostało ono uznane przez cesarza Konstantyna jako pełnoprawna religia (porozumienie z Mediolanu). W 380 cesarz Teodozjusz I wydaje słynny dekret ”Cunctos Populos”, który zapoczątkował proces identyfikacji cesarstwa i chrześcijaństwa. W tym też czasie nasilają się restrykcje wobec pogan i Żydów, np. w roku 392 zabroniono pogańskich kultów.</p>
<p><span id="more-1252"></span></p>
<p>Akcja filmu rozpoczyna się dokładnie w 391 roku wydarzeniem zburzenie Serapeionu, oddziału słynnej Biblioteki Aleksandryjskiej znajdującego się przy świątyni Serapisa. Wykonując rozkaz cesarski przemieniono wtedy świątynie Serapisa i inne świątynie pogańskie na kościoły chrześcijańskie. (Ostateczny kres istnieniu Serapeionu położył najprawdopodobniej kalif Omar, który w 642 r., po zdobyciu Aleksandrii, polecił swoim wojskom spalić wszystkie książki niewiernych). W filmie pojawia się trochę sztuczny przeskok do lat 412-415. Jest to czas, kiedy późniejszy Ojciec Kościoła, Cyryl z Aleksandrii (+444) w roku 412 zostaje biskupem Aleksandrii po swoim wuju Teofilu. Żył w czasach bardzo burzliwych sporów o poprawną naukę o Chrystusie (między innymi był on zrzucony z urzędu, uwięziony, następnie znowu przywrócony). Na pierwsze lata jego biskupstwa, dokładnie rok 415, przypada morderstwo Hypatii dokonane przez fanatycznych chrześcijan. Nie da się stwierdzić bezpośredniej winy Cyryla w tym zabójstwie.</p>
<p>Film może rzeczywiście prowadzić do konsternacji. Jest to odczucie, które powstaje, zarówno po oglądnięciu filmu, jak i wtedy, gdy słucha się wywiadów z reżyserem oraz czyta recenzje krytyków i konfrontuje z tym, co pojawiło się na ekranie.</p>
<p>Recenzje skupiają się głównie na twierdzeniu, że istotnym celem filmu jest ukazanie gwałtownego rozwoju chrześcijaństwa i upadku pogan i Żydów w Aleksandrii. Często też dyskutuje się antychrześcijańską wymowę filmu z powodu ukazania scen chrześcijańskiej przemocy. Jednakże sam reżyser w swoich wypowiedziach dotyczących filmu rzadko zwracał uwagę na te wątki. W jednym z nich opowiada on o inspiracji dla powstania tego filmu. Była nią fascynacja niebem, Drogą Mleczną, możliwością życia w kosmosie. Zaczął więc  szukać sposobu pokazania historii tych, którzy zajmowali się astronomię i badali kosmos. Chciał pokazać, jak można byłoby dojść do odkrycia ruchu okrężnego Ziemi wokół Słońca bez używania równań matematycznych. Dla Amenábar astronomia to najważniejszy wątek filmu. I jak mówi, chce ten wątek kontynuować w przyszłości.</p>
<p>Amenábar chciał tym filmem oddać cześć wszystkim tym, którzy badali niebo i odkrywali jego tajemnice. W Hypatii z Aleksandrii znalazł człowieka zafascynowanego wiedzą i gwiazdami. O Hypatii, filozofce i matematyczce wiadomo bardzo niewiele (zob. Maria Dzielska, ”Hypatia z Aleksandrii”, Kraków 2006). Brak historycznych źródeł sprawił, że łatwo stała się wielką legendą, często bardzo ideologicznie interpretowaną (w Oświeceniu czy też przez współczesne ruchy feministyczne).</p>
<p>Pierwsza scena w filmie uderza od razu swoją niezwykłością. Hypatia prowadzi lekcję astronomii, której udziela młodym mężczyznom: poganom, Żydom i chrześcijanom. Wszyscy razem w zgodnej wspólnocie dociekają tajemnic nieba. Hypatia jest jedyną kobietą w filmie, która cokolwiek mówi. Wraz z rozwojem akcji filmu staje się ona symbolem mądrości, filozofii, nauki, kontemplacji nieba, poszukiwania prawdy o istocie rzeczy, o sprawach boskich (niektórzy doszukują się w niej uosobienia gnozy). Nie jest ona jednak religijna w jakimś zwyczajnym sensie. Nie opowiada się ani za bogami pogańskimi ani a Bogiem chrześcijan. Jest uosobieniem Rozumu i Mądrości. Całe swoje życie poświęciła poszukiwaniu prawdy, rezygnując z kochanków, małżeństwa i  rodziny. Film ukazuje jej pasję poznawania tajemnic świata i świeżość zachwytu nad odnajdywanymi prawidłowościami. Tylko dzięki niej sprawy stają się jasne i przejrzyste. Bez niej wszyscy pozostali bohaterowie – w filmie są to tylko mężczyźni – tracą rozsądek, gubią się, nie potrafią sobie poradzić w życiu. Jest więc postacią, która zachwyca i urzeka: taką wykreował ją reżyser. Nie można, w każdym razie zarzucać mu (jak to czynią niektórzy krytycy), że nie przedstawia dokładnie historycznej postaci Hypatii. Jest ona legendą żyjącą własnym życiem, artysta natomiast ma prawo do wolnych skojarzeń oraz luźnej inspiracji, tym bardziej, że chodzi mu o symbol wysiłku ludzkiego ducha, starającego się zrozumieć, jak działa wszechświat.</p>
<p>Sposób postępowania reżysera z postacią Hypatii kłóci się jednak w pewnym stopniu z innymi jego deklaracjami. Mianowicie, bardzo istotne dla Amenábara było pragnienie wierności starożytnej architekturze, sztuce, klimatowi tamtych czasów. Reżyser bardzo chciał odtworzyć Aleksandrię z tamtej epoki, chciał by była realna, rzeczywista, by uczynić widzów świadkami wydarzeń, dać im odczucie bycia w tamtym miejscu i czasie. Wielu recenzentów urzekała realistyczna rekonstrukcja historii i poszczególnych zdarzeń oraz miejsca tych zdarzeń. Jednakże umieszczenie w realistycznej scenerii  legendarnej postaci, przetwarzanej przy tym w symbol, kształtuje w rezultacie pewien przekaz, który jest swoistą interpretacją historii. Dodajmy, arbitralną interpretacją.</p>
<p>Dla chrześcijańskiego widza film „Agora” może być doświadczeniem budzącym przerażenie i sprzeciw – zwłaszcza dzisiaj, gdy codziennie media donoszą o torturowanych czy zabijanych chrześcijanach. Można mieć wrażenie, że film jest adaptacją głównych wątków z książek nowych ateistów: Richarda Dawkinsa, Christophera Hitchensa, Sama Harrisa czy też Michela Onfray. Właściwie co krok reżyser piętrzy przykłady demonicznego działania religii. „Agorę” można odbierać jako skondensowaną dwutysiącletnią historię chrześcijańskiej przemocy odmalowaną ze stoickim spokojem kronikarza. Jest więc bezmyślne burzenie zdobyczy antycznej kultury, pogromy Żydów, symbolicznie wyprawy krzyżowe, polowania na czarownice, bezwzględne manipulowanie Biblią i religią w celu zdobycia władzy i zniszczenia politycznych przeciwników, w końcu, najbardziej kuriozalne i budzące sprzeciw: symboliczne krematorium – stos na którym palone są ciała Żydów, a na jego tle dwaj chrześcijanie rozmawiają o tym, czy się aby nie pomylili przyjąwszy wiarę chrześcijańską. Szokiem jest, gdy fanatyczny katechista, który niejednokrotnie pobudzał do rozruchów i zamieszek, zostaje przez biskupa Cyryla ogłoszony świętym męczennikiem o imieniu Taumazjusz. Przerażające są też ostatnie słowa filmu: ów Cyryl, w filmie przedstawiony jako czarny charakter, okazuje się być późniejszym Ojcem i Doktorem Kościoła, Cyrylem Aleksandryjskim, jednym z głównych protagonistów pierwszych soborów powszechnych i gorliwym obrońcą ortodoksyjnej chrystologii. To wszystko budzi konsternację i jest zarazem głęboko niesprawiedliwe. Nieodparcie nasuwa się odczucie, że reżyser chce dać wyraz swoim niechęciom względem chrześcijaństwa (Amenábar jest hiszpańskim reżyserem młodej generacji). Choć nie można zaprzeczać temu, że wielu chrześcijan dopuszczało się przemocy, i to nieraz w oparciu o cytaty z Biblii i opacznie rozumianą wolę Bożą, to jednak przemoc w imię religii jest przecież, na tle całokształtu oddziaływania religii, marginalnym elementem chrześcijaństwa oraz każdej inne religii w ogólności (co nie oznacza, że przemoc należy marginalizować).</p>
<p>Wielu recenzentów stara się widzieć film jako ponadczasową opowieść o fundamentalizmie, nie tylko chrześcijańskim. Idą w tym za stwierdzeniami samego reżysera. Amenábar deklaruje, że chciał stworzyć pewną metaforę dla zdarzeń współczesnych, naznaczonych religijnym fundamentalizmem. Dla niego tytułowa „Agora” to „nasza planeta dzisiaj i wczoraj. Agora, to miejsce gdzie wszyscy musimy być razem, to miejsce spotkania, gdzie wszyscy musimy rozmawiać a nie zabijać się.” Reżyser kilkakrotnie stosuje też zabieg spojrzenia z kosmosu, jakby z dystansu (z odwiecznego punktu widzenia „Boga”?).</p>
<p>Ale czy rzeczywiście udało się stworzyć w filmie ponadczasową metaforę? Amenábar ma ambicję zabierania głosu w ważnych sprawach społecznych. Widać to było we wcześniejszych jego filmach. „Agora” to pierwszy film Amenábara, w którym podejmuje tematykę historyczną. Dotychczas jego filmy były osadzone we współczesności. Jak można się przekonać oglądając „W stronę morza” Amenábar potrafi być bardzo subtelny i niejednoznaczny. W „Agorze” jednak rzuca się w oczy czarno biały schemat. Poganie ubrani są na biało, chrześcijanie na czarno, subtelne twarze pogan i przestępcze, budzące niechęć twarze chrześcijan. Po stronie religijnej sami fanatycy, dla których jedynymi argumentami są dosłownie brane słowa Biblii i wola Boga, która objawia się im w każdej chwili. Po stronie pogan ludzie światli, wykształceni, dla których ważniejsze od życia jest ratowanie zdobyczy kultury przed barbarzyńskimi hordami chrześcijan. Parę sytuacji, w których raz poganie, a raz Żydzi atakują chrześcijan jest bardzo schematycznych i prawie niezauważalnych na tle dokonań chrześcijan. W odwecie za atak pogan, chrześcijanie, po odczytaniu podczas liturgii ośmiu błogosławieństw rozpoczynają kampanie przemocy. Takie zabiegi sprawiają, że trudno uwierzyć w chęć rzetelnej analizy sytuacji i zaproponowania pogłębionej refleksji nad mechanizmami historyczno-społecznymi. We współczesnym kontekście zmagań religii i walczącego ateizmu, prześladowań chrześcijan oraz terroryzmu inspirowanego fundamentalizmem islamskim (zakorzenionego często w problemach społeczno-kulturowo-ekonomicznych i manipulowanego politycznie), próby budowania metafor dla współczesności na wybranym przez reżysera temacie muszą okazać się chybione.</p>
<p>Film raczej nie jest antychrześcijański, w tym sensie, że nie nawołuje do przemocy przeciw chrześcijanom. Trzeba przyznać, ze mimo wszystko ukazuje – bardzo schematycznie, skrótowo i w skondensowanej artystycznej formie – to, czego dopuszczali się chrześcijanie na przestrzeni dziejów. Amenábar oszczędza widza, nie epatuje krwią czy terrorem. Hypatia, jak podają opisy jej śmierci, zginęła w makabryczny sposób. W filmie zostaje „tylko” ukamienowana. Bulwersuje jednak jednostronność ujęcia, która jest tym bardziej uderzająca, im bardziej współczesne chrześcijaństwo – w wyniku wieków teologicznej i filozoficznej refleksji – zdobyło pełniejszą świadomość tego, co jest centrum wiary i przesłania ewangelicznego.</p>
<p>Najbardziej niepokojąca jest sugestia Amenábara, że nie jest możliwe pogodzenie rozumu i wiary, rozumu i religii. W filmie widać bardzo ostre przeciwstawienie tych dwóch rzeczywistości. Z jednej strony Hypatia – areligijna postawa szukania prawdy, z drugiej, ludzie religijni, ale przedstawieni wyłącznie jako fanatycy albo ludzie wykorzystujący religię dla własnych celów. Nawet chrześcijański uczeń Hypatii, Synesius, który zostaje biskupem Cyreny, ostatecznie okazuje się być religijnym fanatykiem i gwałcąc sumienie Orestesa, prefekta Aleksandrii, zmusza go do wyparcia się Hypatii w imię Biblii. Takie ukazanie spraw bardzo kłóci się z sytuacją faktyczną. Od samego początku chrześcijaństwo zdecydowanie opowiedziało się po stronie rozumu, Logosu. To przecież w Aleksandrii wychowali się i działali intelektualiści tej miary, co Klemens z Aleksandrii (który pierwszy na wielką skalę zaadaptował myśl pogańską dla chrześcijaństwa), czy też Orygenes, który w swoim czasie (II-III wiek) był największym myślicielem w basenie Morza Śródziemnego.</p>
<p>Wychodząc z kina myślałem z jednej strony, o tym, jak bardzo potrzebne jest chrześcijanom solidne i obiektywne studium historii Kościoła, także historii chrześcijańskiej przemocy, by się coś z tej historii nauczyć i jej nie powtarzać; z drugiej strony, jak bardzo religii potrzebny jest mocny związek z rozumem, by nie popaść w szaleństwo, co jest szczególnie niebezpieczne, gdy religia zwiąże się z polityką. Warto też dbać o to, by wyniki badań, czy to nad historią chrześcijaństwa, czy nad relacjami rozum-wiara, nauka-wiara były kompetentnie upowszechniane i popularyzowane. W ten sposób trzeba zapobiegać utrwalaniu się XIX wiecznych, błędnych schematów, które wprowadzają zamieszanie i uprzedzenia. Są to sprawy ogromnie ważne zwłaszcza teraz, gdy zachęca się chrześcijan do zaangażowania w życiu społeczno-politycznym i aktywnego udziału w dyskursie publicznym.</p>
<p><em>„Agora”, reżyseria Alejandro Amenábar; scenariusz: Alejandro Amenábar i Mateo Gil; zdjęcia: Xavi Giménez; muzyka Dario Marianelli; scenografia: Guy Dyas; produkcja: Hiszpania-Malta; czas trwania: 126 minut. Obsada: Rachel Weisz jako Hypatia; Max Minghella jako Davus; Oscar Isaac jako Orestes. Premiera światowa: 18 grudnia 2009. Premiera w Polsce: 13 lutego 2010.</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2010/03/26/agora-zachwyt-i-przerazenie"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2010/03/26/agora-zachwyt-i-przerazenie" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2010/03/26/agora-zachwyt-i-przerazenie" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2010/03/26/agora-zachwyt-i-przerazenie/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

