Kategoria Media

Raz jeszcze o atrakcyjnych działkach jezuitów w Krakowie 17 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Oct30

O działce jezuitów w Krakowie napisano i powiedziano w mediach wiele. Znając sprawę od środka stwierdzam (a ode mnie zna ją lepiej tylko o. Ekonom Prowincji), że w 99,9 procentach są to brednie i kłamstwa. I choć widzę, że wyjaśnianie tej sprawy, to walka z wiatrakami, postaram się w punktach raz jeszcze pokazać podstawowe fakty. Najpierw dwie ogólne uwagi.
1. Warto zauważyć, że choć dziennikarze napisali wiele, to nikt z nich nie zgłosił sie do mnie o wyjaśnienie lub komentarz. Nikt! Wyciagam z tego wniosek, że nie interesują ich fakty, ale z góry gotowa teza. Zacytowanie przez GW fragmentu z tego bloga niczego w tej kwestii nie zmienia. Żaden z dziennikarzy perorujących o działce jezuitów nie zapytał mnie o zdanie. A przecież to jest sprawa, którą od lat prowadzi prowincja zakonna, której mam zaszczyt być od 5 lat przełożonym.
2. Nieustannie manipuluje się mowiąc, że Kościoł robi to albo tamto. Otóż na Kościół składa się – z punktu widzenia prawnego, ekonomicznego itd. – bardzo wiele różnych podmiotów, różnie umocowanych społecznie i prawnie. Tymczasem bierze się jakąś sprawę jakiegoś konkretnego podmiotu kościelnego i dowolnie ekstrapoluje na inne podmioty czyniąc im krzywdę.
A teraz w punktach co do działki w Krakowie.
1. Po pierwsze nie jest prawdą, co pisali niektórzy dziennikarze, że Komisja Majątkowa przyznała jezuitom działkę w Krakowie. Takiej decyzji nie ma, gdyż przewidziana prawem procedura nie jest zakończona.
2. Na początku roku 2007 (pomijam wcześniejsze kilkunastoletnie starania i ich efekty) MON wskazał kilka nieruchomości jako możliwe dobra zamienne za teren i budynek w Lublinie, zabrany bezprawnie jezuitom, a obecnie użytkowany przez wojsko.
3. Prowincja warszawska jezuitów z kilku przedstawionych przez MON możliwości wybrała działkę w Krakowie. MON ze swej strony oficjalnie zaakceptował nieruchomość w Krakowie jako nieruchomość zamienną.
4. Prowincja jezuitów na własny koszt dokonała wyceny utraconej bezprawnie nieruchomości w Lublinie. Strona Wojskowa dokonała wyceny nieruchomości zamiennej w Krakowie. Obydwie powyższe wyceny zostały przedstawione do oceny Komisji Arbitrażowej przy Polskiej Federacji Stowarzyszeń Rzeczoznawców Majątkowych. Okazało się, że wartość utraconej działki w Lublinie jest większa niż wartość działki zamiennej w Krakowie, ale Prowincja jezuitów pomimo to uznała obie nieruchomości za równoważne, to znaczy uznała działkę zamienną w Krakowie za sprawiedliwe odszkodowanie za działkę w Lublinie.
5. Kiedy te zgodne z prawem (Ustawa z dnia 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego) i sprawiedliwością działania zostały dokonane rozpoczął się oszczerczy ostrzał medialny. Pytanie: Kto dał sygnał do ataku?
6. Sugerowanie, że MON wskazał działkę trzem podmiotom jest matactwem. Otóż MON wskazał na początku 2007 roku tę działkę jezuitom jako nieruchomość zamienną. Krakowowi i Ministerstwu Sprawiedliwości nic nie musiał wskazywać i nic de facto nie wskazał, bo te podmioty nie mają żadnych roszczeń wobec wojska. Kraków mógłby kupić od wojska działkę w Krakowie, gdyby wojsko chciałoby tę działkę sprzedać. Powtarzam: miasto Kraków nie ma nic do tej działki. Może jedynie oznajmić, że byłoby zainteresowane kupnem tej działki. W 2007 roku, kiedy MON wskazał jezuitom tę działkę, nie było mowy, że ktoś inny chce tę działkę kupić i coś tam robić. Raptem, ostatniego tygodnia media donoszą, ile to na tej właśnie działce jest planowanych rzeczy…
7. Sugerowanie, że jezuici mogliby od razu sprzedać działkę kilka razy drożej niż to wycenili rzeczoznawcy jest pomówieniem nie tylko jezuitów, ale i rzeczoznawców (trzech) o jakąś korupcję i krętactwo.
8. Ks. Piesiur zwrócił uwagę, że wiele podmiotów użytkujących nabyte nieprawnie dobra kościelne nie chce współpracować z Komisją Majątkową i konkretnymi podmiotami kościelnymi grając na zwłokę, co tworzy napięcia. Przy czym zaznaczam, że nie wiem, jakie konkretnie sytuację miał ks. Piesiur na myśli. Nie znam tych spraw. Ja znam sprawę “jezuicką” i stwierdzam, że została ona doszczętnie zakłamana w mediach.
9. We wczorajszej “GW” K. Wiśniewska pisze: “zakon składa wniosek o zwrot utraconego majątku. Jest to najczęściej niemożliwe, bo od lat na odebranym terenie stoi szpital czy centrum handlowe. Wtedy zakon wskazuje inną ziemię, którą jest zainteresowany. (…) Rzecz w tym, że cenę obu nieruchomości określa sam zakon. (…) Po uzyskaniu nieruchomości zakon sprzedaje ją na wolnym rynku, często z kilkakrotnym przebiciem”. Oceniam taki tekst jako bałamutny i oszczerczy, gdyż w swojej ogólności rzuca błoto na wszystkich, w tym na jezuitów.
10. Z mojej prowincjalskiej perspektywy sprawa wygląda tak. Skradziono jezuitom nieruchomość. Zgodnie z prawem (ustawą) podejmujemy starania, aby tę nieruchomość odzyskać lub otrzymać nieruchomość zamienną. Robimy to sumiennie, uczciwie, kosztem czasu i wkładanych (np. w wyceny) pieniędzy. Na koniec wylewa się na nas w mediach wiadra pomyj, że niby oszukujemy, kradniemy itp. No cóż! gdyby nie słynna jezuicka pokora, nie wiem, jakbym to przeżył. Co gorsza, mam powody sądzić, że wiele spraw kościelnych jest w mediach przedstawianym z podobnie złą wolą lub głupotą. Trudno wciąż udowadniać, że nie jest się wielbłądem…

Atrakcyjne działki, Kosowo i Hryniewicz 16 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Oct22

Ostatni dzień spotkania jezuickich prowincjałów w Madrycie. Zaglądam na WP i od razu rzuca mi się w oczy tytuł: „Zakon jezuitów otrzymał atrakcyjne działki w Krakowie”. W tekście  z GW czytamy, że „władze miasta mówią dość”. Otóż owe działki są własnością MON, a nie miasta. Jezuitom zabrano po wojnie – łamiąc wszelkie prawa – ziemię i piękny budynek uczelni „Bobolanum” w Lublinie. Ten budynek wybudowali jezuici tuż przed wojną z własnych środków. Obecnie mieści się tam szpital wojskowy. Dlatego też to właśnie wojsko wskazało działki w Krakowie jako rekompensatę za dobra w Lublinie. Staranna wycena obydwu działek została dokonana przez różnych rzeczoznawców, aby nie było w tej mierze żadnych wątpliwości. Przykro mi, że ktoś robi aferę z tego, co jest zwyczajnym aktem sprawiedliwości.

Spotkanie prowincjałów europejskich odbywa się raz w roku. W zeszłym roku gościliśmy szanownych współbraci w naszym kolegium w Gdyni. Rozmawiamy o wspólnych dziełach apostolskich, najczęściej społecznych, takich jak JRS (Jesuit Refugee Service) lub OCIPE (L’Office Catholique d’Information et d’Initiative pour l’Europe). W Madrycie wysłuchaliśmy też arcyciekawej relacji o. Waltera Happela, jezuity, założyciela i dyrektora Gimnazjum Loyola w Kosowie. To zdecydowanie najlepsza szkoła w całym regionie, w której większość stanowią uczniowie z rodzin muzułmańskich. O. Happel rozbawił nas, gdy stwierdził, że w jego szkole muzułmanie nie mogą używać zawołania „Jak Bóg zechce!”. Dlaczego? Otóż o. Happel uważa, że owo zawołanie jest kwintesencją muzułmańskiej bierności w Kosowie, a on chce wykrzesać z tych ludzi inicjatywę i energię. Ponoć muzułmanie przestrzegają zakazu o. Happela. Jezuicka szkoła w Kosowie jest piękna, ale czesne nie wystarcza na jej utrzymanie. Może Konferencja Prowincjałów Europejskich coś pomoże…

Nie milkną echa kłopotów ks. Wacława Hryniewicza z Kongregacją Nauki Wiary. W mediach wypowiadają się na ten temat najczęściej ludzie, którzy nie są mi znani jako znawcy teologii. Jednak braki w teologicznym wykształceniu nadrabiają z jednej strony tupetem, a z drugiej – przynajmniej w przypadku jednej ze stron sporu – polityczną poprawnością, która głosi, że w sprawach religii każdy ma swoją prawdę, a zatem wszyscy mamy jakąś tam rację. Za eksperta od polifoniczności prawdy w teologii katolickiej uchodzi – jakże by inaczej – eks-jezuita, Obirek. Nie znam dobrze sprawy relacji pomiędzy Hryniewiczem a KNW, ale czytałem tekst (po polsku) Hryniewicza, który wzbudził wątpliwości Rzymu. No i w żadnej mierze się nie dziwię, że wzbudził… Śpieszę jednocześnie donieść, że z tego nie wynika, iż nie cenię dorobku naukowego Hryniewicza. Wręcz przeciwnie! Uważam go za teologa wybitnego. Nie znaczy to jednak, że pisze same mądre rzeczy.

Pragnę ponadto zauważyć, że schemat „odważny, genialny teolog i głupia, czepiająca się Kongregacja Nauki Wiary” jest tyleż powszechny w mediach, co oderwany od rzeczywistości. Obecnie prefektem Kongregacji Nauki Wiary jest William Joseph Levada, były arcybiskup San Francisco, a jej sekretarzem Luis Ladaria, hiszpański jezuita, wyróżniający się swą wiedzą i pracowitością profesor Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie (pochwalę się, że Ladaria był promotorem mojego doktoratu). Pozwalam sobie zatem postawić tezę, że KNW nie jest głupia. Rozumiem, że dla wielu jest to teza zbyt śmiała, no a przede wszystkim w swojej konserwatywności niedopuszczalna dla „ludzi rozumnych”. Jednak zaryzykuję…

Czyta się (2): Prezydent i telewizory 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug20

Inny od obowiązującego sposób wyboru prezydenta, wznioślej nazywanego głową państwa, od wielu lat, niezależnie od okresu i uregulowań konstytucyjnych, jest powtarzającym się tematem debat publicznych. Na przykład w styczniowych i lutowych numerach Robotnika, prasowego organu Polskiej Partii Socjalistycznej, z 1928 roku (okres kampanii wyborczej przed wyborami do Sejmu i Senatu II kadencji) znajdziemy postulat takiej zmiany ustrojowej, która dawałaby możliwość wyboru prezydenta pośrednio, przez przedstawicieli społeczeństwa, czyli ogólnie mówiąc elekcji na sposób amerykański. Miałoby to bardziej zdemokratyzować wybory, które dotąd znajdowały się w domenie połączonych izb parlamentu, czyli Zgromadzenia Narodowego.

We wtorkowej Rzeczpospolitej Jarosław Makowski (“Ten polityczny układ trzeba rozbić”) widzi nadzieję na zmianę obyczaju wyborczego, ale bez konieczności wprowadzenia modyfikacji konstytucyjnych: „Zarówno niektóre poczynania Kwaśniewskiego, jak i obecne wolty Kaczyńskiego pokazują, że prezydent z rozdania partyjnego to dla kraju utrapienie. Może się okazać, (…) że Polacy rzeczywiście zechcą widzieć w prezydencie autentycznego arbitra polskich sporów, a nie partyjnego żołnierza.
Rodzi się więc szansa dla takich ludzi jak były rzecznik praw obywatelskich Andrzej Zoll czy były prezes Trybunału Konstytucyjnego Marek Safjan. I jeden, i drugi mogą liczyć na szerokie poparcie obywatelskie oraz przychylność mediów. Obaj też uosabiają spokój, powagę i kompetencję, których Polacy oczekują od głowy państwa”.

Bez dwóch zdań, sam zagłosowałbym na Andrzeja Zolla, a zwłaszcza na Marka Safjana. Ale fakt, że prezydent angażuje się coraz bardziej w spory polityczne, nie sprawia jeszcze, że zbiorowa mądrość wyborców wspartych przez media zadziała na korzyść kandydatów może nie bez-, ale ponadpartyjnych. Brutalizacja – według niektórych obserwatorów życia politycznego profesjonalizacja – polskich polityków i polityki w ogóle ostatnio zadziałała raczej aktywizująco na wyborców. Jeżeli taka polityka nie odstręcza, to dlaczego szansę miałyby dostać niewybijające się bezpartyjne wykształciuchy? To wbrew logice, która rządzi dzisiejszą sceną polityczną.

Co nie znaczy, że to obecny model jest dobry. Ja skłaniałbym się do zmiany konstytucji (oczywiście, obecnie niemożliwej) i zastosowania rozwiązania przedwojennego, czyli wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe. Może nie ze względu na zbiorową mądrość tym razem parlamentu, ale choćby dlatego, by prezydent – nie wybierany już w wyborach powszechnych – nie rościł sobie zbyt wielu praw, jak to ma w zwyczaju czynić obecnie nam panujący Lech Kaczyński. Moim typem prezydenta wybranego przez Zgromadzenie byłby Piotr Węgleński, poprzedni rektor UW (Węgleński na prezydenta!).

Ludzie nie odsuwają się od partyjnych polityków, ale – może po części dlatego, że jednak mają ich dosyć – przestają oglądać telewizję. „Ludzi bez odbiornika TV jest już całkiem sporo – pisze Donata Subbotko w środowej Gazecie Wyborczej (“Jest życie bez telewizora”). – Wolą gazety i przede wszystkim internet. Przejściowa moda czy zmierzch epoki? (…) większość rodaków po latach postu uprawia konsumpcyjny wyścig na coraz większe plazmy, a status społeczny mierzy się przekątną ekranu.

Jednak obserwujemy cichy protest wobec oferty płynącej z telewizorów. I chodzi nie tylko – jak w przypadku manifestacyjnego nieposiadania telefonów komórkowych – o bunt wobec technologii, która nas ubezwłasnowolnia, ale także o wstręt do bezmyślnego gapienia się w telewizor. No i wybór internetu jako bardziej odpowiadającego czasom źródła informacji.”

Sam straciłem kontakt z telewizorem, ostatnia rzecz jaką oglądałem w domu to „Trzech kumpli”, opowieść o Maleszce, Pyjasie i Wildsteinie. Ale gdy trafia się okazja, nie mogę odmówić sobie odcinka „Seksu w wielkim mieście”, a przegapienie kolejnej powtórki „Czterech wesel i pogrzebu” wymagałoby ode mnie głębokiej samokrytyki. Trudno też nie obejrzeć – ale na szczęście w tak doniosłej chwili ratuje nas internet – przemówienia tej najważniejszej naszej głowy, głowy najjaśniejszej RP.

Orędzie Prezydenta RP

Wygląda na to, że kadencja weszła w fazę schyłkową, a prezydent nie ma nam nic do powiedzenia. Na pewno nie ma nic do powiedzenia od siebie, bo ciągłe zmiany tonu przemówień świadczą o tym, że specjaliści od wizerunku gotowi są układać mowy wzajemnie sprzeczne, byleby tylko wizerunek prezydenta był mniej tragiczny. I dlatego stał się on groteskowy. Chyba pierwszy raz poczułem, że naprawdę interesuje mnie, co Lech Kaczyński w głębi duszy myśli o Polsce (albo choćby o dokonaniach od 89 r.: czuje dumę i wdzięczność czy ucisk w gardle oplecionym układem?). Kiedy czyta w telewizji nieswoje słowa, nieswoim rytmem, robi wrażenie przygnębiającego człowieka na niewłaściwej funkcji.

Zrozumieć Wildsteina 20 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun25

Czekałem na film ”Trzech kumpli’’. Mimo, że nie jestem zwolennikiem lustracji. Liczyłem, że dokument ten pozwoli lepiej poznać trzy osoby dramatu sprzed trzydziestu lat i późniejsze losy dwójki, już bez zamordowanego Stanisława Pyjasa.

Pytania, które przychodziły mi do głowy: Skąd u Bronisława Wildsteina ten ogromny zapał lustracyjny? Skąd przekonanie, że Okrągły Stół był ‘’grzechem pierworodnym Trzeciej Rzeczpospolitej’’? Skąd zupełny brak porozumienia między lustratorami a ich adwersarzami? ‘’Trzech kumpli’’ Ewy Stankiewicz i Anny Ferens częściowo na te pytania odpowiada.

Nie sposób po jego obejrzeniu spojrzeć bez empatii na Wildsteina, redaktora ‘’Rzeczpospolitej’’; historia jego przyjaźni ze Stanisławem Pyjasem i Lesławem Maleszką jest poruszająca, tragiczna i niebywale smutna: z trójki zaprzyjaźnionych studentów jeden zostaje zamordowany przez SB, drugi donosi na całe środowisko, a trzeci stara się pokazać opinii publicznej prawdę zarówno o zabójstwie, donosicielu, jak i innych tajnych współpracownikach SB.

Gdy chodzi o ukazanie historii z jej zawiłościami, opisanie mechanizmów pozyskiwania tajnych współpracowników przez SB, stylu pracy funkcjonariuszy, klimat w środowisku akademickim i opozycyjnym, autorki filmu robią świetną robotę. W doskonały sposób pokazują też coś, o czym w zasadzie się nie mówi, czyli stopień zaangażowania społeczeństwa w opozycję. Mity, jakoby naród stawił czoła komunizmowi, rozbija w tym filmie krótka scena, w której przeplatają się ujęcia z pochodu studentów po zabójstwie Pyjasa, z wielką uroczystością na Uniwersytecie Jagiellońskim – wyborami najpiękniejszej studentki. Tu grupa z czarnymi sztandarami, tam wiwatujące, rozradowane tłumy. Poczucie niezależności w PRL było udziałem bardzo niewielkiej grupy osób; gdy dziś słyszę, że Polacy, naród polski czy społeczeństwo stawiło czoła socjalizmowi, to mam wrażenie, że zakłamując historię, umniejszamy rolę prawdziwych bohaterów, których była garstka. Zwłaszcza wtedy, gdy toczy się akcja filmu – w latach 70., gdy Edward Gierek otworzył się na inwestycje i wystrzegał przed używaniem przemocy jak w Grudniu ’70.

Wracając do Wildsteina, trudno dziś nie rozumieć motywów jego postępowania – zaangażowania publicystycznego i politycznego, np. rozpowszechnienia katalogu danych IPN. Ale rozumienie nie oznacza akceptacji. Biografia nie wzmacnia argumentów. Nadal nie rozumiem, dlaczego wielkie osiągnięcie, Okrągły Stół, miałby być nazywany zdradą, dlaczego autorki dokumentu obrazy esbeków przeplatają z hymnem Unii Europejskiej? Dlatego, że Maleszka pracował w Gazecie Wyborczej, która opowiada się za europejską integracją?

O ile pierwsza część ‘’Trzech kumpli’’ to przejmujący obraz historii, zawiłych losów trójki przyjaciół, druga kończy się politycznym manifestem. Nie ma sporu o ocenę Maleszki, o stosunek do niego Wildsteina i innych dawnych przyjaciół. Dlaczego jednak autorki starają się wmówić mi, że żyję w gorszym kraju niż widzę przez okno? Dlaczego tacy ludzie jak związany z PiS historyk Ryszard Terlecki ukazani są w lepszym świetle, a Krzysztof Kozłowski, pierwszy niekomunistyczny szef MSW, wówczas redaktor Tygodnika Powszechnego, łapany jest na wyrywkowych opiniach, które rzeczywiście działają na niekorzyść jego argumentacji? Dlaczego w filmie nie pojawiają się osoby, które mogłyby mieć odmienne spojrzenie na sprawę – choćby Adam Szostkiewicz z Polityki, który również studiował na polonistyce z ‘’Trzema kumplami’’. To może nie tyle zarzut w stosunku do autorek – one mogą robić film, jak chcą. Ale widz dostaje obraz niepełny.

W ‘’Trzech kumplach’’ obrywa Wyborcza i osobiście Adam Michnik za to, że trzymał w pracy Maleszkę. Autorki dokumentu pokazują, jak Maleszka telefonicznie ustala szczegóły jakiegoś artykułu, który ma być publikowany w Gazecie. Demonstruje tak swoją rolę jako redaktora. Prawo autorek – pokazywać bezkrytycznie takie sceny. Ale na zdrowy rozum: czy największy dziennik w kraju może być redagowany przez telefon? Ustalanie tytułów, lidów, treści wymaga szybkich decyzji, które są często zmieniane, a nie telefonicznych rozmów.

Jest jeszcze jedna nieścisłość. Bronisław Wildstein pokazywany jest jako ofiara w walce o słuszną sprawę. Częściowo można go rozumieć, częściowo się z nim nawet zgadzać. Jednak nie jest on bohaterem zupełnie przegranym. Z filmu dowiadujemy się, że po ujawnieniu tzw. listy Wildsteina został zwolniony z pracy w ‘’Rzeczpospolitej’’. Ale przecież później do niej wrócił. I dziś jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej znaczących publicystów tego dziennika. I poczytnym pisarzem. Wildstein stał się także pierwszym piórem tzw. IV RP, projektu Polski opartego na rozliczaniu i wychowywaniu społeczeństwa. Projektu na szczęście skompromitowanego rządami braci Kaczyńskich.

Taka Polska istnieje naprawdę?! 10 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Jun25

Udając się pociągiem do Gdyni, kupiłem na Dworcu Centralnym powieść Bronisława Wildsteina „Dolina Nicości”. Na okładce kilka opinii o książce. Zdaniem Jarosława Gowina „to najważniejsza książka o współczesnej Polsce – Dolinie nicości, miejscu zła, kraju nierozliczonej zdrady, zapomnianych bohaterów, zakłamania, tchórzostwa, stadnego myślenia i manipulacji. Kraju układów sięgających korzeniami czasów PRL-u, oplatających biznes, media, sądy, politykę, Kościół… Taka Polska istnieje naprawdę”. Czy rzeczywiście taka Polska istnieje naprawdę? To niepokojące pytanie noszę w sobie.

Książka wciągnęła mnie. Żal było ją odłożyć, kiedy dojechałem do Gdyni. Lekturę dokończyłem przy najbliższej okazji. Nietrudno odgadnąć, kogo, jakie sytuacje, Wildstein miał na myśli kreując takie powieściowe postaci jak redaktor Bogatyrowicz, profesor Lew, redaktor Return, biskup Korytko, redaktor Niecnota… Czy taka Polska istnieje naprawdę?

Kiedy czytam o tym jak Niecnota, Bogatyrowicz i pułkownik Nowak uderzają w prawicowego polityka Widłaka wykorzystując jego nastoletnią córkę, to przypominam sobie oczywiście sprawę Andrzeja Kerna i jego córki Moniki, która uciekła z domu ze swoim chłopakiem. Kern walczy o powrót córki do domu. Zostaje przez największe media okrzyknięty prawicowym oszołomem, który dla kariery politycznej chce zniszczyć piękną miłość córki. W Sejmie dochodzi do głosowania nad odwołaniem marszłka. Kiedy wniosek nie przechodzi, autorytet, prof. Geremek uderza w znane tony: „Sejm dokonał aktu samokompromitacji. Instytucja, która nie potrafi ludzi społecznie skompromitowanych – chociażby nosili oni tytuł wicemarszałka Sejmu – skłonić do zrzeczenia się funkcji, sama jest sobie winna”. Na ślubie Moniki, okrzykniętym przez media „ślubem stulecia”, bawi się doskonale sam Jerzy Urban. „Gazeta Wyborcza” przytacza jego słowa: „Kern jest już chyba skończony w oczach opinii publicznej”. W rekordowym tempie reżyser Marek Piwowski, kręci film „Uprowadzenie Agaty”, w którym pokazuje zdemoralizowanego, solidarnościowego polityka i jego wspaniałą córkę, uciekającą z domu dla miłości. Producentem filmu jest Lew Rywin. Potem okazuje się, że swego czasu Piwowski współpracował z ubecją. Kariera polityczna Andrzeja Kerna legnie w gruzach. Dziś po „wielkiej miłości” i małżeństwie Moniki nie ma już śladu. O dawnych wydarzeniach i jej głównych postaciach Monika Kern mówi: „To jest tak, jakby w pewnym momencie przyszli, odegrali rolę w spektaklu i zniknęli. Kostiumy zabrane, dekoracja sprzątnięta”. W książce redaktor Niecnota dziwi się, że wszystko poszło tak gładko i zakończyło się takim sukcesem.

O sprawie Kernów mało kto chce pamiętać. Nie dziwię się, skoro ma rację prof. Legutko, że to „największa kompromitacja środowiska medialnego w dziejach Trzeciej RP”. Przytaczam tę historię, choć nie jest ona najważniejsza w porównaniu z innymi wydarzeniami. Ale jest bardzo pomocna w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: „Czy taka Polska istnieje naprawdę?

Obejrzałem film „Trzech kumpli” – fabularyzowany dokument o Bronisławie Wildsteinie, Stanisławie Pyjasie i Lesławie Maleszce. Wstrząsający! Pyjas zostaje zamordowany przez ubecję, Maleszka pracuje w GW, a Wildstein zostaje wyrzucony z „Rzeczpospolitej” za próbę popchnięcia lustracji do przodu. Z zażenowaniem i zgrozą patrzę na Krzysztofa Kozłowskiego, redaktora „Tygodnika Powszechnego”, który ujawnienie, że Maleszka był agentem, nazwał „podłym donosem”, a dziś na stwierdzenie, że przecież Maleszka sam się przyznał, bredzi, że to jeszcze nie jest dowód przed sądem.

Czy taka Polska istnieje naprawdę? Mieliśmy wszyscy patrzeć w przyszłość. Błękitną. Cieszyć się niewątpliwymi sukcesami osiągniętymi po 1989. A tu wciąż nie brakuje ludzi, w tym ludzi młodych, którym coś nie gra i wkurzeni zadają pytanie: W jakim kraju, k…, ja żyję?

Media Night 2008 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun19

Wczoraj, jak co rok, odbyła się konferencja Fundacji Konrada Adenauera Media Night o stanie polskiego dziennikarstwa. Zeszłoroczna mocno osadzała się w kontekście bieżących wydarzeń politycznych. Rząd PiS-u grał kartą antyniemiecką, w niemieckiej prasie z Kaczyńskich zrobiono kartofle. Teraz jest spokojnie, stosunki z zachodnim sąsiadem, przynajmniej na zewnątrz, w sferze gestów i symboli, układają się bardziej niż poprawnie. Można rozmawiać o mediach bez obciążenia – oczywiście nie do końca – polityką.

Fundacja przygotowała jak zwykle trzy panele: „Nowe media, nowe dziennikarstwo?”, „Nieoczekiwana zmiana miejsc: Media pierwszą władzą?” i „O sztuce dziennikarstwa i wartościach w mediach”.

Najbardziej widownię zainteresował ten drugi (trzeba było wybierać, ponieważ odbywały się równolegle). Jednym z jego uczestników był Michał Kamiński z kancelarii prezydenta, który winę za przegraną PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych zrzucił właśnie na media. Decydująca wg niego była kapania z hasłem „Idź na wybory, zmień Polskę”, którą podobno obejrzała ogromna liczba Polaków i jej posłuchała. Dziwne, że doświadczony polityk może mieć aż tak zasłonięte oczy. Przypuszczam, że wiele osób o tym haśle w ogóle nie słyszało. Zresztą „zmień Polskę” nie oznacza od razu „odsuń od władzy PiS”, bo każde wybory, jak każda decyzja, są zmianą. Jeśli politycy PiS uważają, że przegrali przez media (a przecież mieli większość silnych mediów za sobą), to znaczy, że niczego się nie nauczyli.

Tymczasem najciekawszy wydał mi się panel poświęcony sztuce dziennikarstwa. Thomas Urban, niemiecki korespondent w Polsce zauważył, że nasze media, bardziej niż gdzie indziej, zajęte są same sobą. „Prawie codziennie pół kolumny poświęca się walce z inną gazetą” – mówił. – „I mam wrażenie, że ten spór rozumie w kraju nie więcej niż dziesięć osób. Walka między mediami prowadzi do przekazywania samych informacji w inny sposób – to znaczy do obniżania ich jakości”. Słuszne uwagi. U nas warto czytać kilka tytułów, by lepiej wyrobić sobie opinię o wydarzeniach. Ale z drugiej strony – nie tylko u nas.

Kościół po JPII 6 Autor: Andrzej Figas

Apr1

Przeżywamy właśnie trzecią już rocznicę śmierci Jana Pawła II, a rocznicy tej towarzyszy sporo wspomnień, komentarzy i artykułów. W “Gazecie Wyborczej” warto przeczytać m.in:

Jeżeli trafiliście na jakieś ciekawe artykuły wrzucajcie linki tutaj. To również miejsce na Wasze przemyślenia o Kościele na świecie po śmierci JPII, o Kościele w Polsce, coś się zmieniło? Jakie znaczenie dla polskiego Kościoła miał JPII?

Ale rok 2005 to również rok, kiedy usłyszeliśmy Habemus Papam. Po 3 latach możemy powiedzieć już co nieco o pontyfikacie B16. Zapraszamy do dyskusji!

Przeciw biskupom? 27 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Mar28

“Newsweek” z 30 marca przyciaga czytelnika okładkowym tytułem “Dominikanie przeciw biskupom”. Sprzeciw wobec tez zawartych w artykule wyraża w oświadczeniu przekazanym KAI prowincjał polskich dominikanów o. Krzysztof Popławski. „Jako polscy dominikanie pragniemy oświadczyć, że z dystansem odnosimy się do wielu tez artykułu zamieszczonego w dzisiejszym numerze (13/2008) tygodnika „Newsweek” pt.: „Dominikanie przeciw biskupom”. W szczególności za oburzający i niezgodny z prawdą uważamy jego tytuł. Wykorzystywanie różnicy zdań między abp. Zygmuntem Kamińskim a dominikanami w jednej sprawie – sposobu rozwiązywania przypadków domniemanego molestowania chłopców w Szczecinie  i uogólnienie tego w formie tyleż wywołującego poczucie sensacji, co z gruntu nieprawdziwego tytułu w celu, jak sądzimy, podniesienia sprzedaży tygodnika uważamy za niedopuszczalne”. Zgadzam się! Tytuł jest dość wredny. Niestety, treść tekstu niewiele lepsza. Punktem wyjścia jest sprawa szczecińska. Autorzy artykułu stosują proste chwyty. Rzeczywistość opisują w kolorach czarno-białych: mądrzy dominikanie i głupi biskupi. Plus bardzo mądrzy i szlachetni dziennikarze. Z jednej strony tępa lojalność wobec skostniałej instytucji kościelnej, a z drugiej wierność prawdzie i Ewangelii. Co do mnie, to zupełnie nie rozumiem, co ma wspólnego z Ewangelią pobiegnięcie z wynurzeniami do “Gazety Wyborczej” lub publiczne straszenie biskupa sądem. Tym bardziej, że w tym samym numerze “Newsweeka” czytamy o procedurach stosowanych w USA w przypadku oskarżenia duchownego o molestowanie: “Obecnie każdy incydent najpierw zgłaszany jest do prokuratury”. Rozgarnięty i uczciwy duchowny – słysząc osobiście wiarygodne zeznania na temat karalnych zachowań jakiegoś duchownego – powinien wykorzystać procedury kościelne, włącznie, jeśli trzeba, z odwołaniem się do Kongregacji Nauki Wiary, a jednocześnie powinien zawiadomić prokuraturę. Robienie sobie zdjęć z mniszym kapturem na głowie jako ilustracja do pikantnych opisów molestowania w wysokonakładowej prasie nie jest dla mnie świadectwem podążania za Chrystusem w Kościele.

Twarde lądowanie 31 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Mar13

Samolot Norvegian Line tyleż pewną, co spokojną ręką sprowadziła na płytę lotniska Okęcie Pani kapitan Katarzyna. Po dwóch miesiącach obrad Kongregacji Generalnej w Rzymie powróciliśmy z ojcem Tomaszem Kotem na ojczyzny łono. 225 jezuitów z całego świata wybrało nowego przełożonego generalnego, a potem dyskutowało o ważnych dla zakonu kwestiach. Oto niektóre z poruszanych tematów: współpraca ze świeckimi, apostolat intelektualny, migranci, fundamentalizm, Chiny, posłuszeństwo zakonne, misja jezuitów w kontekście globalizacji, apostolskie priorytety… Przed nami przetłumaczenie i przekazanie (nie tylko jezuitom) 6 kongregacyjnych dokumentów.

Na Okęciu włączam komórkę. Po chwili ktoś dzwoni. Pani z TVN24. Zaprasza do wieczornego programu. Ale o co chodzi? – pytam. Oczywiście Pani z TVN24 nie chodzi o Kongregację Generalną. Zapewne nic o niej nie słyszała. Chodzi o skomentowanie sprawy jakiegoś ks. Andrzeja ze Szczecina, który ponoć molestował nieletnich. Mówię Pani z TVN24, że pierwszy raz o tym słyszę. A ona na to, że mi przeczyta fragment z GW. Do cholery! Dlaczego w kilka minut po powrocie z Kongregacji mam komentować coś, o czym napisała GW i co mi jest przekazane przez telefon? Dlaczego nikt z dziennikarzy nie zapyta mnie o to, co jest treścią mojego zakonnego i kapłańskiego zaangażowania?

Wieczorem czytam w internecie, że Kościół przygotowuje nową listę grzechów głównych: “Handel narkotykami oraz nierówności społeczne to nowe formy grzechu”. Kto redaguje te wiadomości? Handel narkotykami nową formą grzechu? A przedtem to niby nie mówiono, że handel narkotykami jest grzechem, i to ciężkim? Nierówności społeczne? Od prawie pół wieku trąbi o tym teologia wyzwolenia, a tu raptem nierówności społeczne okazują się nową formą grzechu. O skandalu nierówności społecznych mówiła głęboko Kongregacja Generalna 32 przed ponad 30 laty.

Pod informacją o niby nowych formach grzechów głównych wiele komentarzy. Większość wpisów nie odbiega poziomem od wypowiedzi niejakiego “Ks. Ryzyka”, który napisał: “dodałbym jeszcze jeden grzech: molestowanie seksualne (chodzi o księży)”. Znalazł się jeden rozsądny, który redaktora informacji oraz komentatorów odsyła do Katechizmu Kościoła Katolickiego. Tak! internauci, przynajmniej ci wypowiadający się na tematy kościelne, powinni czytać KKK. W przeciwnym razie tyleż surowa, co politycznie samobójcza opinia J. Kaczyńskiego o przeciętnym internaucie może się okazać niedaleka od prawdy.

A tak w ogóle nie jest źle. Idą Świeta Wielkanocne. W sobotę przed Niedzielą Palmową ruszam do Kalisza. Połączę wizytację jezuickiej wspólnoty z głoszeniem rekolekcji. W ciągu trzech dni będę próbował zachęcić słuchaczy do refleksji i modlitwy na następujące tematy: Wierzyć w Boga, wierzyć w Chrystusa, wierzyć w Kościół…

Moherowy beret w śmigu i kask na zakręcie 16 Autor: Małgorzata Felicka

Mar4

W środku sezonu narciarskiego chciałabym trochę powspominać i przedstawić pogląd na to, u kogo i dlaczego rozrywka, jaką jest narciarstwo, cieszy się takim powodzeniem oraz jakie wnioski na temat postępu w ogóle można wyciągnąć na podstawie rozwoju narciarstwa.

Zacznę od drugiej sprawy. Przypominam sobie, że kiedyś na nartach jeździło się wyłącznie w polskich górach, ponieważ paszporty leżały w lokalnych urzędach paszportowych i trzeba było pisać specjalne podania z prośbą o ich wydanie oraz ponieważ średnia pensja w kraju wynosiła według czarnorynkowego kursu jakieś dwadzieścia dolarów miesięcznie, i tyle lub jeszcze mniej zarabiali prawie wszyscy obywatele, więc nawet kupno coca coli poza granicami naszej ojczyzny (pomijając tzw. demoludy) graniczyło z szaleństwem a na pewno było niebywałym luksusem, na który mogli sobie pozwolić tylko nieliczni szczęśliwcy. A byli nimi uprzywilejowani członkowie partii lub posiadacze rodziny za granicą. Dodatkowym utrudnieniem dla amatorów wyjazdów zagranicznych było to, że nie wolno było mieć waluty obcej, a nasza złotówka nie była przeliczalna, więc poza Polską była zwykłym krążkiem lub – w przypadku większych sum – śmiesznym papierkiem. Oficjalny przydział dewiz na wyjazd wynosił, tu mogę się mylić, pięćdziesiąt pięć dolarów. O ten przydział też trzeba było specjalnie prosić i w większości przypadków prośba załatwiana była odmownie. A działo się to już w tym szczęśliwszym okresie PRL-u, w latach siedemdziesiątych, a więc tych dostatnich, gierkowskich, w którym stopa nam rosła a „Polak potrafił” i na pytanie wodza: „Pomożecie?” nie odpowiadał nic, bo nie miał głosu, ale wodza to nie zrażało, bo uważał, że sam będąc Polakiem, może śmiało za Polaka i w jego imieniu odpowiedzieć, że pomoże.

czytaj dalej »

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com