Moherowy beret w śmigu i kask na zakręcie 16
W środku sezonu narciarskiego chciałabym trochę powspominać i przedstawić pogląd na to, u kogo i dlaczego rozrywka, jaką jest narciarstwo, cieszy się takim powodzeniem oraz jakie wnioski na temat postępu w ogóle można wyciągnąć na podstawie rozwoju narciarstwa.
Zacznę od drugiej sprawy. Przypominam sobie, że kiedyś na nartach jeździło się wyłącznie w polskich górach, ponieważ paszporty leżały w lokalnych urzędach paszportowych i trzeba było pisać specjalne podania z prośbą o ich wydanie oraz ponieważ średnia pensja w kraju wynosiła według czarnorynkowego kursu jakieś dwadzieścia dolarów miesięcznie, i tyle lub jeszcze mniej zarabiali prawie wszyscy obywatele, więc nawet kupno coca coli poza granicami naszej ojczyzny (pomijając tzw. demoludy) graniczyło z szaleństwem a na pewno było niebywałym luksusem, na który mogli sobie pozwolić tylko nieliczni szczęśliwcy. A byli nimi uprzywilejowani członkowie partii lub posiadacze rodziny za granicą. Dodatkowym utrudnieniem dla amatorów wyjazdów zagranicznych było to, że nie wolno było mieć waluty obcej, a nasza złotówka nie była przeliczalna, więc poza Polską była zwykłym krążkiem lub – w przypadku większych sum – śmiesznym papierkiem. Oficjalny przydział dewiz na wyjazd wynosił, tu mogę się mylić, pięćdziesiąt pięć dolarów. O ten przydział też trzeba było specjalnie prosić i w większości przypadków prośba załatwiana była odmownie. A działo się to już w tym szczęśliwszym okresie PRL-u, w latach siedemdziesiątych, a więc tych dostatnich, gierkowskich, w którym stopa nam rosła a „Polak potrafił” i na pytanie wodza: „Pomożecie?” nie odpowiadał nic, bo nie miał głosu, ale wodza to nie zrażało, bo uważał, że sam będąc Polakiem, może śmiało za Polaka i w jego imieniu odpowiedzieć, że pomoże.








