Kategoria O ufności

Wracając do Abrahama 0 Autor: Agata Słyk

Feb23

Wątek ofiary z Izaaka, którą na wezwanie Boga gotów jest złożyć pełen wiary Praojciec, pojawia się od czasu do czasu w wierzących lub choćby wątpiących tylko umysłach. Pojawił się też na blogu. Postanowiłam do niego wrócić.
Interpretacja tego epizodu na przestrzeni wieków podlegała zmianie. Inną funkcję pełni w ST; w NT poddany jest reinterpretacji. Możliwe, że niepokoił odwiecznie, odkąd przestały być regułą ofiary z dzieci. Nawet jeśli naoczny tego dowód mamy dopiero w ostatnich dziesiątkach lat, choćby w postaci pism Kierkegaarda.
czytaj dalej »

Wyjątkowy wykładowca 0 Autor: Małgorzata Felicka

Jun5

Tym, co od razu rzucało się w oczy była jego uprzejmość i elegancja w sposobie bycia. Niemal nadmierna, taka nie pasująca do naszej kultury, jakby przeniesiona z innego świata, w którym każdy jest ważny i wart skupienia na nim uwagi. Przy bliższym obcowaniu ujawniały się oczywiście dalsze jego cechy pozwalające wyczuć, że ma się przed sobą prawdziwego filozofa, ginący gatunek miłośnika mądrości. Mądrości, która nie jest wiedzą, chociaż się na niej wspiera, ale umiejętnością docierania do istoty rzeczy dzięki zaangażowaniu całej osoby.

Miałam przywilej i zaszczyt być uczennicą Jerzego Wociala, bo o nim jest mowa.

Zachęcam do przeczytania wywiadu przeprowadzonego z nim przez Katarzynę Jabłońską a wydrukowanego w Rzeczypospolitej w zeszłą sobotę, bo zawarte w nim wyznania wprost unoszą czytelnika. http://www.rp.pl/artykul/61991,312794_Bliski_jak_powietrze.html

Dzień później, w Niedzielę Zesłania Ducha Świętego, o szóstej rano Jerzy Wocial zmarł.

Kto wymyślił duszę 9 Autor: Małgorzata Felicka

May7

Gdyby urządzono konkurs na to, który opis rzeczywistości najdłużej pobudzał wyobraźnię i najsilniej oddziałał na przekonania, pierwsze miejsce trzeba by chyba przyznać platońskiemu podziałowi na świat idei i świat materii, i wynikającemu stąd dualizmowi ducha i ciała.

Od dwóch tysięcy lat judeochrześcijańska koncepcja człowieka jako duchowo-cielesnej całości przegrywa z tym utrwalonym przez Platona podziałem. Według Platona dusza jest tym,  co w człowieku boskie, wieczne i piękne. Tę duszę spotyka przykrość: upada i ląduje w ciele na naszym niedoskonałym, bo materialnym, a więc poddanym zmianom, świecie. Po śmierci ciało ulega rozpadowi, a dusza porzuca je i rozpoczyna swą pozaziemską wędrówkę, żeby w zależności od tego, jak sprawowała się na ziemi, doznać wyzwolenia i zasłużyć na przebywanie w niezmiennym świecie idei, lub ponownie stoczyć się na ziemię i zamieszkać w kolejnym ciele. Tymczasem, jak pisał teolog angielski N. Lash, „rozróżnienie biblijne nie opisuje różnicy między żywymi systemami i ich zdolnościami (jak w przypadku umysłu i materii czy duszy i ciała), ale między tym, co rodzi się do życia, i tym, co rozpada w proch, między nie-życiem lub złym życiem a życiem: życiem rzeczywistym, życiem prawdziwym, życiem Bożym i życiem całego stworzenia w Bogu”. czytaj dalej »

Bóg – winny czy niewinny? 11 Autor: Agata Słyk

Apr8

Postawmy Boga w stan oskarżenia. Już czas najwyższy, już jest ta godzina – w nabożeństwach pasyjnych, w Drodze Krzyżowej spotykamy się z tym wydarzeniem – Chrystus pod sąd postawiony. Uaktualnijmy je.
O co dziś pytają ludzie oskarżający Boga?
Boże, czy przyznajesz się do tego, że kazałeś Abrahamowi wziąć jego umiłowanego syna, którego mu dałeś, i złożyć go Tobie w ofierze? – Czy wymagasz od ludzi by gotowi byli Tobie oddawać, co w ich życiu najcenniejsze?

Czy przyznajesz się, że zabiłeś wszystkich pierworodnych synów egipskich? – Dlaczego pozwalasz na cierpienie i śmierć niewinnego dziecka? Na niezawinione cierpienie i śmierć? Jakiekolwiek cierpienie i śmierć..?

Dlaczego potrzebowałeś krwi tysięcy baranów, kozłów, cielców; ofiar całopalnych, dziękczynnych, pochwalnych, przebłagalnych..? Codziennych, szabatnich, sezonowych, dorocznych, paschalnych..? Czy jesteś Bogiem żądnym krwi? – Dlaczego sprawiedliwość Twa żąda ofiary, zadośćuczynienia, odbycia kary? 

Kto będzie mówił jako obrońca Boga? Czy znajdzie się ktoś, kto zechce bronić Jego – Dobry – imienia?
Chcemy by mógł się wypowiedzieć, chcemy, by zapadł sprawiedliwy wyrok.
Czy w procesie będą brać udział świadkowie? Czy ława przysięgłych zechce podać wyrok?

czytaj dalej »

Niepokoje na temat Boskich nakazów 25 Autor: Małgorzata Felicka

Feb27

Czy Bóg może nakazać coś, co jest sprzeczne z Jego przykazaniami?  Starożytność udzieliła odpowiedzi na to pytanie ustami Sokratesa, który w jednym z dialogów Platona wypowiada się następująco: „Bośmy się zgodzili, że bogowie dlatego lubią to, co zbożne, że jest ono zbożne, a nie ono jest zbożne dlatego, że bogowie je lubią.” Mowa tu o pogańskich bogach. Wydawałoby się, że tym bardziej Bóg Jedyny powinien lubić to, co jest zbożne.
Dlatego tak niepokojące są te fragmenty Biblii, które wydają się świadczyć o czymś przeciwnym. Ks Rdz 22 to jedno z najbardziej przejmujących zdarzeń, jakie kiedykolwiek zostały opisane. Jest nim dramat Abrahama, któremu Bóg nakazał zabicie długo wyczekiwanego i ukochanego syna, Izaaka. Ta opowieść frapowała wielu myślicieli różnych epok i różnie ją interpretowano. Sens tej biblijnej sceny genialnie zgłębia między innymi duński XIX-wieczny prekursor egzystencjalizmu, Soren Kierkegaard, w swym dziele pt „Bojaźń i drżenie”. Stwierdza tam, że ponieważ Abraham chciał być posłuszny Bogu, to tym samym w swym sercu został mordercą syna. To, że czynu nie dokonał nie ma istotnego znaczenia. Co więcej – pisze Kierkegaard – jego decyzja była słuszna, chociaż niemoralna, gdyż wiara zawiesza etykę. Inaczej mówiąc, nakaz Boga anuluje normy etyczne, ma wyższy niż one priorytet. Ale wiedzieć o tym może tylko ten, argumentuje Kierkegaard, kto podjął ryzyko wiary, zgodził się na absurd i stał się rycerzem wiary.
Boję się rycerzy wiary. Myślę sobie: a co, jeśli pomylą głos Boga z jakimś innym głosem?
W książce „O sytuacjach bez wyjścia w etyce” Barbara Chyrowicz pisze o tym, jaki pogląd na decyzję Abrahama ma współczesny etyk, Philips Quinn. Mówi on, że ma nadzieję, iż takie wybory nie mogą się zdarzyć. Mówi dalej, że gdyby mimo wszystko, wbrew swej nadziei, znalazł się w sytuacji Abrahama, pewnie pomyślałby, że nakaz zabicia Izaaka nie jest nakazem Boga. Jednak powodem, dla którego tak właśnie by pomyślał, nie byłoby przeświadczenie, że doskonale dobry Bóg nie mógłby zlecić takiego nakazu, ale to, że nakaz taki nie mógłby być skierowany bezpośrednio do niego. czytaj dalej »

Cywilizacja post-ludzka, czyli czy jest się czego bać 8 Autor: Małgorzata Felicka

Jan6

Złowieszcze słowa o cywilizacji post-ludzkiej pojawiły się w Liście Pasterskim Episkopatu Polski na Niedzielę Świętej Rodziny. Związane były z rozważaniem na temat zmieniającego się współcześnie kształtu rodziny, ubolewaniem nad zjawiskiem częstych rozwodów, zmian w pojmowaniu tego, czym jest rodzina w kontekście legalizacji związków homoseksualnych oraz zagadnień związanych z prokreacją, w tym etycznością inseminacji in vitro. Wynika stąd, że zachodzące w tych obszarach zmiany mogą według biskupów, powołujących się na Stolicę Apostolską, przynieść jako skutek kres cywilizacji ludzkiej. Tak kategoryczne stwierdzenie będzie usprawiedliwione, jeśli istoty, które nadal będą zamieszkiwały naszą planetę stracą jakieś cechy, których posiadanie jest konieczne dla tego, żeby nazywały się ludźmi. Co to za cechy? Czego biskupi z takim niezłomnym przekonaniem bronią? Chcąc to lepiej zrozumieć sięgnęłam do Instrukcji Kongregacji Nauki Wiary pt. „Dignitas Personae”, której tematyka bliska jest temu, co napisali polscy biskupi.

Lektura okazała się pouczająca. Najpierw, tytułem wprowadzenia, przytoczę kilka wyjątków z tej Instrukcji. Tłustym drukiem zaznaczyłam te wyrażenia, które wydały mi się frapujące:

„Jeżeli chodzi o leczenie bezpłodności, nowe techniki medyczne powinny uszanować trzy podstawowe dobra: a) prawo do życia i do integralności fizycznej każdej istoty ludzkiej od poczęcia aż do naturalnej śmierci; b) jedność małżeństwa, pociągającą za sobą wzajemne poszanowanie prawa małżonków do stania się ojcem i matką wyłącznie dzięki sobie; c) specyficznie ludzkie wartości płciowości, które «wymagają, by przekazanie życia osobie ludzkiej nastąpiło jako owoc właściwego aktu małżeńskiego, aktu miłości między małżonkami». Techniki przedstawiane jako pomoc do przekazywania życia «nie dlatego są do odrzucenia, że są sztuczne. Jako takie świadczą o możliwościach sztuki medycznej, jednak powinno się je oceniać pod kątem moralnym w odniesieniu do godności osoby ludzkiej, wezwanej do realizacji powołania Bożego, w darze miłości i w darze z życia».”

I dalej czytamy: „W świetle takiego kryterium należy wykluczyć wszelkie techniki sztucznego zapłodnienia heterologicznego oraz techniki sztucznego zapłodnienia homologicznego, zastępujące akt małżeński. Dopuszczalne są natomiast te metody, które mają na celu wspieranie aktu małżeńskiego i jego płodności. Instrukcja Donum vitae mówi: «Lekarz pozostaje w służbie osób i przekazywania życia ludzkiego. Nie jest uprawniony do dysponowania nimi, ani do decydowania o nich. Interwencja lekarska szanuje godność osób, gdy ułatwia ten akt lub pozwala uzyskać jego cel, jeśli został dokonany w sposób normalny». Natomiast na temat sztucznej inseminacji homologicznej mówi: «Nie można dopuścić sztucznego zapłodnienia homologicznego wewnątrz małżeństwa za wyjątkiem przypadku, w którym środek techniczny nie zastępuje aktu małżeńskiego, lecz służy jako ułatwienie i pomoc do osiągnięcia jego naturalnego celu».” czytaj dalej »

O Liscie na Niedzielę Świętej Rodziny 111 Autor: Andrzej Figas

Dec28

Czy tylko dla mnie list był tak żenujący i kuriozalny?

Dla chętnych całość:
http://www.episkopat.pl/?a=dokumentyKEP&doc=20081216_0

I kilka “niezłych” kawałków:

Z całym naciskiem trzeba bowiem powiedzieć, że ojciec, który przekazuje dziecku życie a następnie opuszcza rodzinę, nie jest godzien nazywać się ojcem. Podobnie matka, która odchodzi z dzieckiem do innego.

Fajnie jest dziecku na mszy usłyszeć, że skoro mama żyje z innym facetem teraz to nie jest mamą, a jak tata nie dostał opieki nad dzieciakiem, to nie jest ojcem. W sumie, czemu nie?

Dzisiaj nurty post-oświeceniowe popełniają ten sam błąd w myśleniu o człowieku. Stolica Apostolska ostrzega, że może to doprowadzić do cywilizacji post-ludzkiej.

hę?!

W imię odpowiedzialności za prawdę musimy jednak powiedzieć, że w żadnym wypadku nie jest moralnie dozwolone uciekać się do zapłodnienia „in vitro”. Bóg i tylko Bóg jest Panem życia. Dzieci są Jego darem, a nie jednym z dóbr konsumpcyjnych. Nie istnieje „prawo do dziecka”.

Dyskusja o tym toczyła się na blogu niedawno i w szeregu logicznych dyskusji wydaje się, że doszliśmy do wniosku, że dopuścić można “w pewnym przypadku”, np. kiedy nie “produkujemy” niepotrzebnych zarodków. Ale co tam, zawsze można powiedzieć, że w żadnym ;-).

Chciałem wyjść z kościoła, zanim wybuchnę śmiechem, ale jakoś się powstrzymałem. I zastanowiło mnie jedno, albo jestem tak głupi i nic z tego przyjąć nie mogę, albo w Episkopacie Duch Święty nie działa dość silnie i inne szatany są tam czynne ;-).

Adwent: oczekiwanie na paruzję 4 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Dec2

W „Ogólnych Normach Roku liturgicznego i Kalendarza” czytamy: „Okres Adwentu ma podwójny charakter. Jest okresem przygotowania do uroczystości Narodzenia Pańskiego, przez którą wspominamy pierwsze przyjście Syna Bożego do ludzi. Równocześnie jest okresem, w którym przez wspomnienie pierwszego przyjścia Chrystusa kieruje się dusze ku oczekiwaniu Jego powtórnego przyjścia na końcu czasów. Z obu tych względów Adwent jest okresem pobożnego i radosnego oczekiwania” (nr 39). Zastanówmy się nad tym drugim znaczeniem okresu Adwentu, tym bardziej że nie tylko w Adwencie, ale w każdej Mszy św. wypowiadamy takie oto słowa: „Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy Twego przyjścia w chwale”. Cóż właściwie oznacza owo oczekiwanie na powtórne przyjście Boga, zwane paruzją (gr. obecność, przyjście, pojawienie się)?

            W Liście św. Pawła do Tesaloniczan znajdujemy dosyć tajemniczy tekst: „Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem” (1 Tes 4,16-17). Stąd niektórzy pytają, czy rzeczywiście czasy ostateczne będą polegały na ocaleniu zbawionych poprzez porwanie ich do góry spośród walącego się świata. Trzeba odpowiedzieć, że tego rodzaju obrazy są alegoryczne i nie można rozumieć ich dosłownie. Ważne jest tutaj to, że – jak mówi Paweł Apostoł – „ zawsze będziemy z Panem”. Istotą powtórnego przyjścia Pana nie są jakieś katastrofy, ale osobowa bliskość. „Dzień Pana” – bo tak Nowy Testament nazywa czas powtórnego przyjścia Chrystusa (np. 1 Kor 1,8) – to czas nie gniewu i srogiego sądu, ale pełnego objawienia się chwały miłosiernego Boga.

            Pierwsi chrześcijanie nie tylko nie bali się „końca świata”, ale oczekiwali nań z niecierpliwością. W Liście św. Jakuba znajdujemy takie oto słowa: „Bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie” (5,8). Niektórzy ulegali nawet mniemaniu, że skoro niebawem Chrystus powróci, to nie warto się zajmować rzeczami doczesnymi. Stąd wyrzut św. Pawła: „ Słyszymy, że niektórzy wśród Was [...] wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi” (2 Tes 3,11). Nie trzeba więc ulegać egzaltowanym przepowiedniom końca świata, co dziś można na przykład zaobserwować u Świadków Jehowy; świadomość, że „dzień Pański” kiedyś nastąpi powinien być raczej zachętą do czuwania, czyli – jak to powiedział Jan Paweł II – do bycia człowiekiem sumienia. Kluczowym tekstem jest w omawianej przez nas kwestii 24 rozdział ewangelii Mateusza, w której sam Jezus odpowiada na pytanie uczniów: „Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znak Twego przyjścia i końca świata?” (24,3). Chrystus mówi m.in.: „O dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec. [...] Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie” (24,36.42). Czuwać mamy z bojaźnią Bożą w sercu, ale to nie znaczy, że przepełnieni strachem i lękiem; wręcz przeciwnie, przecież Bóg, który nadchodzi jest Bogiem, który objawił nam swoją bezwarunkową miłość na Krzyżu.

            Na Zachodzie „dzień ostateczny” widziano przede wszystkim w perspektywie ostatecznego sądu, w którym każdy z osobna zostanie osądzona za swoje złe i dobre czyny. Widać to chociażby na obrazach z motywem wagi decydującej o zbawieniu lub potępieniu. Natomiast chrześcijaństwo wschodnie bardziej podkreślało aspekt zbiorowego dopełnienia, w którym Bóg będzie „wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15,28). Obrazy zachodnie budziły lęk i trwogę, a szatana pokazywały jako złego mocarza walczącego z Bogiem o dusze śmiertelników prawie jak równy z równym. Wschodnie ikony natomiast ukazywały – i słusznie – małość zła (szatan jako żałosny pies) i wszechogarniające zwycięstwo dobra. Dziś koncentrujemy się raczej na Bożym miłosierdziu, niż na zatrwożonym myśleniu o ostatecznym rezultacie Boskiej odpłaty.

            Niektórzy współcześni teolodzy zamiast o drugim (powtórnym) przyjściu Chrystusa, wolą mówić o wypełnieniu się dziejów ludzkości i świata. Wszak Bóg w Jezusie Chrystusie już opowiedział się nieodwołalnie po stronie człowieka. To, co nazywamy paruzją jest jedynie ostatecznym następstwem, niejako końcowym skutkiem wydarzenia wcielenia, śmierci i zmartwychwstania. Chrystus już do nas przyszedł i nie pozostawił nas sierotami. A zatem można by powiedzieć, że to nie tyle Chrystus przyjdzie ponownie do świata (bo On już przyszedł), ale to świat ostatecznie przyjdzie do Boga. Owo przyjście nie musi oznaczać jakiegoś zniszczenia obecnego świata, ale wręcz przeciwnie, pełną realizację tkwiących w nim możliwości. „A śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już odtąd nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” – zapowiada Apokalipsa 21,4. Rodzi się tutaj pytanie o związek pomiędzy rozwojem cywilizacyjnym (również technicznym) a zbliżaniem się paruzji. Czy „świeckie” sukcesy ludzkości są jakoś wpisane w historię zbawienia, czy też – odwrotnie – mają znikome znaczenie z tego punktu widzenia? Myślę, że skoro Bóg stał się człowiekiem i wszedł tym samym we wszystko, co ludzkie, to każde ludzkie osiągnięcie ma znaczenie w perspektywie powtórnego przyjścia Pana. Co więcej, ta perspektywa nie tylko nie pomniejsza tych osiągnięć, ale je uwypukla. Nie zmienia to oczywiście prawdy o prymacie ducha nad materią, miłości nad użytecznością. Nadchodzący Bóg jest przecież miłością, a nie jedynie wielkim zegarmistrzem świata.

Czytając PP: “Ewangeliczna kontestacja” 2 Autor: Małgorzata Felicka

Sep11

We wrześniowym Przeglądzie Powszechnym znaleźć można świetne współczesne odczytanie znaczenia i miejsca Ewangelii. Zawarte jest ono w eseju francuskiego myśliciela, Maurice Belleta pt. “Ewangeliczna kontestacja”.

Autor wyprowadza swe rozważania z refleksji nad skutkami kontestacji, która pojawiła się w Kościele w latach Soboru i w wyniku wydarzeń marca 68. Wydarzenia te obiecywały „odnowić i wyprowadzić Kościół z niepowodzeń i ślepych zaułków, w które zapędziła go współczesność”. Na ich tle ostatnie półwiecze w niezwykle wyrazisty sposób uwydatniło charakterystyczny dla chrześcijaństwa fakt poszukiwania dla siebie miejsca w świecie i niespokojnego oscylowania między dążeniem, aby „wiara weszła w świat”- tendencją, którą Sobór wzmocnił, a przeciwną tendencją, pewnego rodzaju tradycjonalizmem, który chce, by „religia była w religii, a nie zaplątana w społecznym, psychologicznym i w jakimkolwiek innym aspekcie człowieczej kondycji”.

Bellet dostrzega zagrożenia wynikające z przemian posoborowych: nie uważa ich za zjawisko jednoznacznie pozytywne, gdyż „nie wystarczy być kompatybilnym ze współczesnym światem albo współczesną myślą”. Tak myśląc można trafić do ślepego zaułka, bo gdyby taki zamiar się powiódł, chrystianizm zostałby zredukowany do „chrześcijańskiego wariantu wierzeń uznanych za powszechne”. Wiara stałaby się „co najwyżej formą, w której chrześcijanie przyjmują humanizm, właściwy zresztą i innym”. Pogrążona zostałaby w byle czym.

Gdyby zaś zwyciężyła tendencja przeciwna: wyniosły tradycjonalizm, który czuje się niezależny od świata, to właściwym zwycięzcą byłyby moce pieniądza, bo duchowość, nabożność i porywy serca nie liczyłyby się. „Jeśli Bóg jest Bogiem zamkniętym u siebie, w swoich kościołach – biznes będzie biznesem.”- pisze. Zwłaszcza, że pociąga to za sobą słabość myśli Kościoła, która „ujawnia się w postaci wierzenia, jakiegoś dejà-là, zasad i dogmatów, przeciwko którym podnosi się różnorodna krytyka: filozofia, historia, egzegeza, nauka, polityka, nauki społeczne, psychoanaliza…” Jeśli owa słabość ma być przezwyciężona wiara na powrót musi stać się inicjatywą, ma sięgać wzrokiem w przyszłość. czytaj dalej »

Rzecz o sumieniu 46 Autor: Rafał Figas

Aug30

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie refleksja jaka naszła mnie po wysłuchaniu wykładu wskazanego przez Cypiska. Jeśli ktoś jest zainteresowany wysłuchaniem to należy się udać tu: http://www.it.dominikanie.pl/spotkania/ wykład “Kiedy należy słuchać swojego sumienia?” Zbigniewa Bomerta OP.

Osobiście wykład uważam za taki sobie, ale zawiera parę ciekawych myśli. Wykład jest taki sobie, bo o. Bomert w wielu miejscach mówi w sposób albo bardzo skomplikowany, albo bardzo infantylny.

Jednakże do meritum. Wg tezy wykładu bazującej na naukach św. Tomasza:

  1. sumienie jest tożsame z rozumem,
  2. sumienie może być błędne,
  3. sumienie powinno ewoluować.

Przyjmijmy, że zgadzam się ze wszystkimi 3 tezami, bo skoro sumienie może być błędne to, żebyśmy mieli szansę żyć zgodnie z tym czego oczekuje od nas Bóg musi móc ewoluować. Umiejscowienie sumienia w umyśle jest przekonujące, bo to dobre miejsce, które ewoluuje i podpowiada nam jak się zachować. To czy sumienie może w ogóle być błędne oczywiście można poddać w wątpliwość, jednakże myślę, że da się znaleźć trochę przykładów, że tak, rzeczywiście może takie być.

Co z tego wynika? Wynika tyle, że sumienie nie jest absolutnym miernikiem dobra i zła. Jest subiektywnym miernikiem wykształconym w oparciu o nasze życie i zdobyte przez nas doświadczenie. A z tego z kolei wynika, że skoro mamy różne doświadczenia, to znaczy, że mamy różne sumienia. A skoro mamy różne sumienia to nikt z nas nie potrafi powiedzieć co jest absolutnie dobre, a co jest absolutnie złe. Z tego z kolei wynika, że nikt nie może powiedzieć z całą pewnością, że czynię dobrze lub źle, bo nie ma gwarancji, że jego sumienie nie jest błędne. Ergo nikt z nas nie jest pewien, co jest dobre, a co jest złe. Jeszcze lepiej: dzisiaj uważam, że X jest dobre, ale w związku z nowym doświadczeniem jutro uważam, że X jest jednak złe. W praktyce oznacza to, że cały czas się uczymy i odkrywamy świat. W dodatku pech chciał, że nigdy nie będziemy wiedzieli, czy nasz rozum jest już doskonały i potrafi zawsze ocenić prawidłowo, dlatego, że nie mamy punktu odniesienia, nie wiemy, czyj rozum jest doskonały.

czytaj dalej »

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com