Kategoria Polityka

2004-2009. Tu byłem 3 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

May1

Pięć lat Polski w UE, for.: 1 maja 2004, Warszawa, JHP

1 maja 2004 r. roku wieczór był zimny. Uroczystość odbywała się w nocy. Wiele osób nie przyszło. Ale atmosfera była podniosła. Na naszych oczach działa się historia. O północy nad placem Piłsudskiego w Warszawie powiewała flaga Unii Europejskiej. Nasza flaga.

Czasami patos jest ważny. I to jest właśnie chyba ten moment.

Trudno mi sobie wyobrazić, co czują osoby z pokolenia moich rodziców i dziadków, kiedy mogą bez wyciągania rąk z kieszeni przechodzić przez granicę polsko-niemiecką, polsko-czeską, polsko-słowacką, polsko-litewską i przez tak wiele kolejnych granic między innymi państwami jednoczącej się – bo jeszcze nie zjednoczonej – Europy. Janusz Głowacki mówił niedawno, że będąc przy granicy cały czas jeszcze czuje niepokój.

Kiedy sam siebie pytam, jakie są moje pierwsze wspomnienia związane z Europą, przypomina mi się wymiana, jaką moja podstawówka organizowała wspólnie ze szkołą Garibaldiego w miasteczku Genzano pod Rzymem. Było to w 1996 albo 1997 r. Jechaliśmy do Włoch autokarem, po drodze nocowaliśmy bodaj niedaleko Vicenzy. Wieczorem nasza dyrektorka zwołała wszystkich do jednego pokoju, by pokazać nam i opisać – uwaga, uwaga – „jak się w Europie ścieli łóżka”.

Dziś nasza szkoła nosi zaszczytne imię Roberta Schumana.

Ale wracając do rocznicy… W 2004 r. obecność Polski w UE dla wielu osób była sprawą do dyskusji albo pożywką dla gry politycznej. Pamiętamy poparcie Jana Pawła II dla naszej akcesji oraz żenujące próby reinterpretacji jego słów przez środowiska skrajnej prawicy; pamiętamy eurosceptycyzm PiS oraz wcale nie tak odważną i proeuropejską jak dziś PO. Przynależność do zachodnich struktur wcale nie była oczywista dla polskiej klasy politycznej. Być może chodziło o zbicie kilku punktów w sondażach, prezentując postawę ostrożną, zdystansowaną, sceptyczną czy wręcz niechętną. Wówczas wydawało mi się to politycznym cynizmem, który może przynieść tylko szkodę. Teraz myślę, że był to koszmar. A gdyby tak przeciwnikom Unii się udało?

Dzisiejsza rocznica pomaga spojrzeć na politykę nie tylko jak na partyjne przepychanki, których można mieść szczerze dość. Pięć lat obecności w Unii, po których trudno myśleć, że moglibyśmy w Unii nie być, po których wydaje się, że jesteśmy w Unii od zawsze, pokazuje, że istnieją w polityce cele ważne, historyczne, nadające polityce wyższy sens.

A żeby nie wszyło za prosto zachęcam do lektury majowego Przeglądu Powszechnego, w którym zastanowimy się nad problemami, przez jakie przechodzi Unia. Jak to jest z jej tożsamością? Czy faktycznie wspólna Europa jest jeszcze marzeniem? I czy mamy przyjąć euro? A były premier Jerzy Buzek powie, jak posłowie z Polski odnaleźli się w Parlamencie Europejskim. Warto przeczytać – zanim zdecydujemy, których posłów wyślemy tym razem.

Bez retuszu 0 Autor: Małgorzata Felicka

Apr8

Na szczęście jest ciepło, ale nie upalnie. Panuje ścisk. Rozczarowani ludzie głośno upominają się o swoje prawa. Przecież mają bilety. Dlaczego nie pozwala im się wejść? Machają zielonymi i żółtymi kartkami z zazdrością patrząc na tych szczęśliwców, którzy siedzą po drugiej stronie ogrodzenia. To proste – trzeba było przyjść wcześniej. W pewnym momencie jakiś potężny mężczyzna koło sześćdziesiątki postanawia skorzystać z okazji: Wierząc w swoją siłę, próbuje się przepchać, kiedy dwaj umundurowani młodzieńcy stojący w bramce kogoś innego jednak przepuszczają. Oj, mundurowi tego nie lubią! Odpychają krzepkiego  jegomościa gwałtownie poza ogrodzenie wykrzykując pod jego adresem nieprzyjazne określenia. Później jeden z porządkowych popycha go z całej siły jeszcze raz, a potem jeszcze. Wszyscy milkną zaskoczeni tak gwałtowną reakcją. Ale już nikt nie ma wątpliwości: gabaryty nic nie pomogą. Porządek musi być. Mundurowi dalej pokrzykują na tego pana śpiewnie, ale z nienawiścią w oku. Trochę strach, że może dojść do bójki, ale nikt nie reaguje i właściwie z przyjemnością konstatuję, że siła nic nie pomogła. To i dobrze – sama nie mam jej tyle, żeby próbować.

Rozlega się muzyka. Śpiewy. Na telebimie można obserwować uroczystość, która przenosi się w pobliże miejsca, w którym stoimy. Jakiejś starszej kobiecie po policzkach zaczynają płynąć cichutkie łzy. Stróże porządku to widzą i pewnie dla zatarcia niekorzystnego wrażenia bójki, która miał przed chwilą miejsce, wpuszczają tę panią i dwie młodsze kobiety (chyba córki), które jej towarzyszą. Podsuwają im krzesła. No, właśnie, myślę, siła nie pomaga, ale na współczucie można liczyć. I rzeczywiście, umundurowani chłopcy wyłuskują spośród tłumu kolejne starsze osoby, potem niewidomych z przewodnikami. Zerkają spode łba na tego, który się pchał: „Ten nie wejdzie, bo mnie wkurzył” mówi ten wyższy. A postawny mężczyzna (okazało się, że jest to Niemiec) stoi zupełnie spacyfikowany. Piękne śpiewy zakłócane są przez okrzyki młodych Hiszpanów, których stara się wprowadzić do zamkniętego sektora ich opiekun. Nic nie pomaga. Za to nasza sytuacja się poprawia, gdyż docieramy do barierki, bo ci, którzy koło niej stali zrezygnowali ze zmęczenia czy znudzenia i poszli sobie. Mamy teraz uprzywilejowaną pozycję. Tymczasem jakaś pani udaje że mdleje. Porządkowi dają się nabrać. Po drugiej stronie już jej dobrze, porzuca zbolałą minę i stara się o wpuszczenie swojej towarzyszki.

Właściwie nic specjalnego. Ot, zwyczajna scenka. Tyle tylko, że to nie stadion ani koncert rockowy, lecz Msza św. w Niedzielę Palmową na Placu św. Piotra. Właśnie odśpiewana została Pasja Chrystusa. Msza jest piękna i uroczysta, ale koło nas niewielu wydaje się ją śledzić. Nadal trwa napór i przepychanka, która skupia całą uwagą. Jakaś malutka wyfiokowana Francuzka przekonuje włoskiego porządkowego, że przecież wyszła tylko do toalety i ma tam w środku swoje zarezerwowane miejsce. Na to duża żona dużego Niemca odpycha ją biodrem i trafia nim w jej bark a potem przechyla się na nią całym swoim ogromnym ciałem. Francuzka niknie pod nią, sapie z wysiłkiem i wycofuje się pokonana. My dwie, oparte o barierkę, usiłujemy skupić się na Mszy. Klękamy w czasie końcowego akordu Pasji. Wykorzystuje to młody Hiszpan i pokazując zabandażowaną nogę przepycha się na nasze miejsca. Ale nie dajemy się. Kiedy już myślę, że takie to wszystko przykre, że lepiej było zostać w Warszawie, nagle wychodzi grupka ludzi, których Msza zmęczyła i porządkowi zapraszają na zwolnione krzesła do środka właśnie nas dwie i jeszcze trzecią Polkę. Może rozczuliło ich nasze przyklęknięcie? Mamy więc siedzące miejsca i spokój.

A papieska homilia jest na temat tego, co Jezus pokazuje swym życiem i śmiercią na krzyżu. Papież zwraca uwagę na dwa elementy przesłania płynące z krzyża: że szczęściem, ale też trudem każdej chwili naszego życia jest ufać, że wola Ojca jest wolą, której można się bez protestu podporządkować, (prawda, myślę sobie, na przykład podporządkować temu, że nie zostało się wpuszczonym do sektora z krzesłami), oraz że życie Jezusa było życiem ofiarowanym dla wszystkich. To znaczy, było wskazówką, że wartością jest uniwersalizm. Ten uniwersalizm, zwraca uwagę Benedykt XVI, zazwyczaj jest swoistym krzyżem, bo wymaga porzucenia tego, co własne i partykularne na rzecz tego, co wspólne i łączące. A nie jest to łatwe. Zaiste, ta druga trudność również dała o sobie znać nawet teraz, w czasie tej Mszy! Z jaką łatwością przyklejałam etykietki: Włoch taki, Niemka owaka…

Komunia. Potem papieskie pozdrowienia w różnych językach. Po pozdrowieniu w języku polskim wylatują w górę wypuszczone przez polskich pielgrzymów czerwone baloniki z biało-czerwoną flagą, na której widnieje napis: „Jan Paweł II”. Lecą najpierw nad ołtarz a potem wysoko, wysoko, do nieba. Jednak warto było przyjechać.

Obama o rozdziale państwa od religii 7 Autor: Andrzej Figas

Nov17

Było dzisiaj na wykopie, ale myślę, że warto to umieścić również tutaj:

[AKTUALIZACJA]

Nie mogę się powstrzymać. Jeszcze to:

Raz jeszcze o atrakcyjnych działkach jezuitów w Krakowie 17 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Oct30

O działce jezuitów w Krakowie napisano i powiedziano w mediach wiele. Znając sprawę od środka stwierdzam (a ode mnie zna ją lepiej tylko o. Ekonom Prowincji), że w 99,9 procentach są to brednie i kłamstwa. I choć widzę, że wyjaśnianie tej sprawy, to walka z wiatrakami, postaram się w punktach raz jeszcze pokazać podstawowe fakty. Najpierw dwie ogólne uwagi.
1. Warto zauważyć, że choć dziennikarze napisali wiele, to nikt z nich nie zgłosił sie do mnie o wyjaśnienie lub komentarz. Nikt! Wyciagam z tego wniosek, że nie interesują ich fakty, ale z góry gotowa teza. Zacytowanie przez GW fragmentu z tego bloga niczego w tej kwestii nie zmienia. Żaden z dziennikarzy perorujących o działce jezuitów nie zapytał mnie o zdanie. A przecież to jest sprawa, którą od lat prowadzi prowincja zakonna, której mam zaszczyt być od 5 lat przełożonym.
2. Nieustannie manipuluje się mowiąc, że Kościoł robi to albo tamto. Otóż na Kościół składa się – z punktu widzenia prawnego, ekonomicznego itd. – bardzo wiele różnych podmiotów, różnie umocowanych społecznie i prawnie. Tymczasem bierze się jakąś sprawę jakiegoś konkretnego podmiotu kościelnego i dowolnie ekstrapoluje na inne podmioty czyniąc im krzywdę.
A teraz w punktach co do działki w Krakowie.
1. Po pierwsze nie jest prawdą, co pisali niektórzy dziennikarze, że Komisja Majątkowa przyznała jezuitom działkę w Krakowie. Takiej decyzji nie ma, gdyż przewidziana prawem procedura nie jest zakończona.
2. Na początku roku 2007 (pomijam wcześniejsze kilkunastoletnie starania i ich efekty) MON wskazał kilka nieruchomości jako możliwe dobra zamienne za teren i budynek w Lublinie, zabrany bezprawnie jezuitom, a obecnie użytkowany przez wojsko.
3. Prowincja warszawska jezuitów z kilku przedstawionych przez MON możliwości wybrała działkę w Krakowie. MON ze swej strony oficjalnie zaakceptował nieruchomość w Krakowie jako nieruchomość zamienną.
4. Prowincja jezuitów na własny koszt dokonała wyceny utraconej bezprawnie nieruchomości w Lublinie. Strona Wojskowa dokonała wyceny nieruchomości zamiennej w Krakowie. Obydwie powyższe wyceny zostały przedstawione do oceny Komisji Arbitrażowej przy Polskiej Federacji Stowarzyszeń Rzeczoznawców Majątkowych. Okazało się, że wartość utraconej działki w Lublinie jest większa niż wartość działki zamiennej w Krakowie, ale Prowincja jezuitów pomimo to uznała obie nieruchomości za równoważne, to znaczy uznała działkę zamienną w Krakowie za sprawiedliwe odszkodowanie za działkę w Lublinie.
5. Kiedy te zgodne z prawem (Ustawa z dnia 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego) i sprawiedliwością działania zostały dokonane rozpoczął się oszczerczy ostrzał medialny. Pytanie: Kto dał sygnał do ataku?
6. Sugerowanie, że MON wskazał działkę trzem podmiotom jest matactwem. Otóż MON wskazał na początku 2007 roku tę działkę jezuitom jako nieruchomość zamienną. Krakowowi i Ministerstwu Sprawiedliwości nic nie musiał wskazywać i nic de facto nie wskazał, bo te podmioty nie mają żadnych roszczeń wobec wojska. Kraków mógłby kupić od wojska działkę w Krakowie, gdyby wojsko chciałoby tę działkę sprzedać. Powtarzam: miasto Kraków nie ma nic do tej działki. Może jedynie oznajmić, że byłoby zainteresowane kupnem tej działki. W 2007 roku, kiedy MON wskazał jezuitom tę działkę, nie było mowy, że ktoś inny chce tę działkę kupić i coś tam robić. Raptem, ostatniego tygodnia media donoszą, ile to na tej właśnie działce jest planowanych rzeczy…
7. Sugerowanie, że jezuici mogliby od razu sprzedać działkę kilka razy drożej niż to wycenili rzeczoznawcy jest pomówieniem nie tylko jezuitów, ale i rzeczoznawców (trzech) o jakąś korupcję i krętactwo.
8. Ks. Piesiur zwrócił uwagę, że wiele podmiotów użytkujących nabyte nieprawnie dobra kościelne nie chce współpracować z Komisją Majątkową i konkretnymi podmiotami kościelnymi grając na zwłokę, co tworzy napięcia. Przy czym zaznaczam, że nie wiem, jakie konkretnie sytuację miał ks. Piesiur na myśli. Nie znam tych spraw. Ja znam sprawę “jezuicką” i stwierdzam, że została ona doszczętnie zakłamana w mediach.
9. We wczorajszej “GW” K. Wiśniewska pisze: “zakon składa wniosek o zwrot utraconego majątku. Jest to najczęściej niemożliwe, bo od lat na odebranym terenie stoi szpital czy centrum handlowe. Wtedy zakon wskazuje inną ziemię, którą jest zainteresowany. (…) Rzecz w tym, że cenę obu nieruchomości określa sam zakon. (…) Po uzyskaniu nieruchomości zakon sprzedaje ją na wolnym rynku, często z kilkakrotnym przebiciem”. Oceniam taki tekst jako bałamutny i oszczerczy, gdyż w swojej ogólności rzuca błoto na wszystkich, w tym na jezuitów.
10. Z mojej prowincjalskiej perspektywy sprawa wygląda tak. Skradziono jezuitom nieruchomość. Zgodnie z prawem (ustawą) podejmujemy starania, aby tę nieruchomość odzyskać lub otrzymać nieruchomość zamienną. Robimy to sumiennie, uczciwie, kosztem czasu i wkładanych (np. w wyceny) pieniędzy. Na koniec wylewa się na nas w mediach wiadra pomyj, że niby oszukujemy, kradniemy itp. No cóż! gdyby nie słynna jezuicka pokora, nie wiem, jakbym to przeżył. Co gorsza, mam powody sądzić, że wiele spraw kościelnych jest w mediach przedstawianym z podobnie złą wolą lub głupotą. Trudno wciąż udowadniać, że nie jest się wielbłądem…

Atrakcyjne działki, Kosowo i Hryniewicz 16 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Oct22

Ostatni dzień spotkania jezuickich prowincjałów w Madrycie. Zaglądam na WP i od razu rzuca mi się w oczy tytuł: „Zakon jezuitów otrzymał atrakcyjne działki w Krakowie”. W tekście  z GW czytamy, że „władze miasta mówią dość”. Otóż owe działki są własnością MON, a nie miasta. Jezuitom zabrano po wojnie – łamiąc wszelkie prawa – ziemię i piękny budynek uczelni „Bobolanum” w Lublinie. Ten budynek wybudowali jezuici tuż przed wojną z własnych środków. Obecnie mieści się tam szpital wojskowy. Dlatego też to właśnie wojsko wskazało działki w Krakowie jako rekompensatę za dobra w Lublinie. Staranna wycena obydwu działek została dokonana przez różnych rzeczoznawców, aby nie było w tej mierze żadnych wątpliwości. Przykro mi, że ktoś robi aferę z tego, co jest zwyczajnym aktem sprawiedliwości.

Spotkanie prowincjałów europejskich odbywa się raz w roku. W zeszłym roku gościliśmy szanownych współbraci w naszym kolegium w Gdyni. Rozmawiamy o wspólnych dziełach apostolskich, najczęściej społecznych, takich jak JRS (Jesuit Refugee Service) lub OCIPE (L’Office Catholique d’Information et d’Initiative pour l’Europe). W Madrycie wysłuchaliśmy też arcyciekawej relacji o. Waltera Happela, jezuity, założyciela i dyrektora Gimnazjum Loyola w Kosowie. To zdecydowanie najlepsza szkoła w całym regionie, w której większość stanowią uczniowie z rodzin muzułmańskich. O. Happel rozbawił nas, gdy stwierdził, że w jego szkole muzułmanie nie mogą używać zawołania „Jak Bóg zechce!”. Dlaczego? Otóż o. Happel uważa, że owo zawołanie jest kwintesencją muzułmańskiej bierności w Kosowie, a on chce wykrzesać z tych ludzi inicjatywę i energię. Ponoć muzułmanie przestrzegają zakazu o. Happela. Jezuicka szkoła w Kosowie jest piękna, ale czesne nie wystarcza na jej utrzymanie. Może Konferencja Prowincjałów Europejskich coś pomoże…

Nie milkną echa kłopotów ks. Wacława Hryniewicza z Kongregacją Nauki Wiary. W mediach wypowiadają się na ten temat najczęściej ludzie, którzy nie są mi znani jako znawcy teologii. Jednak braki w teologicznym wykształceniu nadrabiają z jednej strony tupetem, a z drugiej – przynajmniej w przypadku jednej ze stron sporu – polityczną poprawnością, która głosi, że w sprawach religii każdy ma swoją prawdę, a zatem wszyscy mamy jakąś tam rację. Za eksperta od polifoniczności prawdy w teologii katolickiej uchodzi – jakże by inaczej – eks-jezuita, Obirek. Nie znam dobrze sprawy relacji pomiędzy Hryniewiczem a KNW, ale czytałem tekst (po polsku) Hryniewicza, który wzbudził wątpliwości Rzymu. No i w żadnej mierze się nie dziwię, że wzbudził… Śpieszę jednocześnie donieść, że z tego nie wynika, iż nie cenię dorobku naukowego Hryniewicza. Wręcz przeciwnie! Uważam go za teologa wybitnego. Nie znaczy to jednak, że pisze same mądre rzeczy.

Pragnę ponadto zauważyć, że schemat „odważny, genialny teolog i głupia, czepiająca się Kongregacja Nauki Wiary” jest tyleż powszechny w mediach, co oderwany od rzeczywistości. Obecnie prefektem Kongregacji Nauki Wiary jest William Joseph Levada, były arcybiskup San Francisco, a jej sekretarzem Luis Ladaria, hiszpański jezuita, wyróżniający się swą wiedzą i pracowitością profesor Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie (pochwalę się, że Ladaria był promotorem mojego doktoratu). Pozwalam sobie zatem postawić tezę, że KNW nie jest głupia. Rozumiem, że dla wielu jest to teza zbyt śmiała, no a przede wszystkim w swojej konserwatywności niedopuszczalna dla „ludzi rozumnych”. Jednak zaryzykuję…

Von Marschall: Czym Obama różni się od Tuska? 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep12

Jak różnie patrzą na wybory w Ameryce Polacy i Niemcy, można było się przekonać na spotkaniu z Christophem von Marschallem, autorem książki „Barack Obama czarnoskóry Kennedy” wczoraj w redakcji Polityki. – W Niemczech pytają, dlaczego jestem wobec Obamy tak krytyczny, a tu, w Polsce, dlaczego się nim tak fascynuję – mówił o odbiorze swojej książki von Marschall, redaktor berlińskiej gazety Der Tagesspiegel, od 2005 r. korespondent w Waszyngtonie.

Nic dziwnego, jeśli przypomnieć sobie, że Obama zgromadził na wiecu w Berlinie 200 tys. ludzi, czyli więcej niż na jakimkolwiek wiecu w USA. Czy to „prawdziwy łowca ludzi”, jak nazywa demokratycznego kandydata na prezydenta von Marschall? I dlaczego go tak nazywa, pytał prowadzący spotkanie Marek Ostrowski. – Ludzie są zmęczeni tradycyjną polityką, także Kongresu, dla którego poparcie jest bardzo niskie. Nazywają go „Do Nothing Congress” – tłumaczył von Marschall. Nie robiący nic, bo sparaliżowany przez rywalizację dwóch obozów. Wg autora książki, dopiero Obama ma szansę pojednać Republikanów i Demokratów.

I może to zrobić właśnie teraz. Bo, jak mówi von Marschall, „To powinien być rok Demokratów. Notowania Partii Demokratycznej są znacznie wyższe niż Republikanów”. Ale nie przekłada się to na notowania kandydatów z obu partii. Czy z powodu koloru skóry Obamy? Von Marschall: – Jeszcze trudniejszy do przełknięcia dla Amerykanów będzie może nie mulat Obama, ale jego czarno-czarna żona Michelle Obama.

Wszyscy chcą być łatwiejsi przełknięcia, dlatego Obama wziął na kandydata na swojego wiceprezydenta jakby McCaina – Joe’go Bidena, a McCain – Sarah Palin. W każdym razie będą to bardzo ciekawe wybory, a obaj kandydaci są dobrzy. Sam raczej obstawiam McCaina. Ale oddolny ruch poparcia dla Obamy i ta rekordowa liczba 1,7 mln Amerykanów, którzy przekazali pieniądze na jego kampanię przez internet – to robi wrażenie.


czytaj dalej »

Ks. Mazurkiewicz: Sekularyzacja czy „ureligijnienie” polityki? 2 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep10

Ks. prof. Piotr Mazurkiewicz został sekretarzem generalnym Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej (COMECE), informują dziś media (Rz.: “Asceta w Brukseli”).

Zachęcamy do lektury rozmowy z ks. Mazurkiewiczem, teologiem i politologiem, opublikowanej w Przeglądzie Powszechnym (7-8/2007), aby lepiej poznać nominata. Ks. Mazurkiewicz: “Jesteśmy wyjątkowym w Europie, w pewnym sensie „nienormalnym” krajem, w którym religia ma ogromny wpływ na życie polityczne”.

Rozmawiali ROMAN SWOBODA SJ i RAFAŁ HUZARSKI SJ

czytaj dalej »

Solidarność 7 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug31

Zamiast cieszyć się z obrotu rzeczy, z naszej historii pełnej sukcesów, przygotowujemy się na wielką premierę książki, która opowie o naszej klęsce

Przy okazji kolejnej rocznicy Sierpnia czytam „Polską rewolucję. Solidarność 1980-1981” Timoty’ego Gartona Asha. Brytyjski historyk pisze nie kryjąc zachwytu naszym wybuchem.: „W 1979 roku istniał już zarodek cichego porozumienia robotników, inteligencji i Kościoła, bez precedensu w polskiej historii, unikalnego w bloku radzieckim, nieznanego na Zachodzie, zarodek, który miał zrosnąć się w >Solidarność<.

(…) niekomunistyczna lewica polska porzuciła przestarzały stereotyp bigoteryjnego, nacjonalistycznego, >reakcyjnego<, antysemickiego Kościoła (który to stereotyp dalej przecież straszył w wyobraźni zachodniej). Katoliccy i niekatoliccy intelektualiści znajdowali coraz rozleglejszy wspólny grunt dla obrony wspólnych wartości, zdrowego rozsądku i podstawowych praw w ostatnich latach Gierka. Natomiast Kościół Wyszyńskiego i Wojtyły osłaniał i chronił coraz otwarciej wypowiadającą się opozycję”.

Nie rozumiem, jak to się stało, że nie mamy dziś święta i że duża część opinii publicznej wypiera się największych sukcesów kraju, porozumień od Sierpnia do Okrągłego Stołu, od 1980 do 1989 r. Przecież „Okrągły Stół od początku do końca to były twarde, trudne negocjacje dla dobra Polski. Wielokrotnie dramatyczne, nawet z rzucaniem papierami, trzaskaniem krzesłami. Nie było żadnych spisków, porozumień pod stołem”, mówi ledwo słyszalnym głosem bp Alojzy Orszulik.

A co mówią Kaczyńscy? I gdzie wtedy byli – przecież po słusznej stronie. Jan Skórzyński przypomina ciekawą historię z 25 sierpnia 1988 r., kiedy grono doradców Lecha Wałęsy z udziałem braci Kaczyńskich, Tadeusza Mazowieckiego i Adama Michnika przeprowadziło naradę, kryjąc się przed podsłuchem, w dalekim kącie Stoczni. Tam na zaimprowizowanych ławach Stelmachowski wraz z Jarosławem Kaczyńskim sporządzili brulion oczekiwanego przez sekretarza Czyrka oświadczenia Lecha Wałęsy w sprawie możliwości rozpoczęcia negocjacji opozycji z władzą.

Droga do wolności byłaby niemożliwa bez woli każdej ze stron, bez porozumienia inteligencji z robotnikami i bez Kościoła. A my zamiast cieszyć się z obrotu rzeczy, z naszej historii pełnej sukcesów, przygotowujemy się na wielką premierę książki innego brytyjskiego historyka, który w wyczerpujący sposób opowie o naszej klęsce w kontekście Europy walczącej w latach 1939-45.

Portret zbiorowy słuchaczy Radia Maryja 6 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug27

11 proc. dorosłych Polaków – co najmniej kilka razy w miesiącu. CBOS od maja do lipca badał, jacy są słuchacze radiostacji o. Tadeusza Rydzyka – pisze dziś Gazeta Wyborcza

Kto słucha Radia Maryja?

42 proc. (płci obojga) przekroczyło 65. rok życia, kolejne 19 proc. mieści się między 55. a 64. rokiem życia. Tylko 12 proc. to osoby między 18. a 34. rokiem życia.

49 proc. mieszka na wsi, a ledwie 6 proc. – w wielkim mieście.

49 proc. ma wykształcenie podstawowe, 23 proc. ma wykształcenie średnie. Nieznacznie mniej niż w całym społeczeństwie jest wśród słuchaczy radia osób z wykształceniem wyższym – 8 proc.

44 proc. uzyskuje miesięczne dochody na głowę w wysokości od 501 zł do 900 zł, a 21 proc. – od 901 zł do 1200 zł.

Na kogo głosowali słuchacze Radia Maryja?

2001 r .: LPR – 41 proc., Samoobrona – 14 proc., AWS – 10 proc.

2005 r .: PiS – 40 proc., PO – 16 proc., LPR – 12 proc., Samoobrona – 11 proc.

2007 r .: PiS – 62 proc., PO – 20 proc., PSL – 8 proc., LPR i Samoobrona – po 3 proc.

CBOS, próba reprezentatywna: 9-12 maja (1116 osób), 6-9 czerwca (1107 osób), 4-7 lipca (1094 osób)

„Takie » dobranie się «pewnych środowisk społecznych (religijnych starszych ludzi, słabo wykształconych, mieszkających poza dużymi miastami) i jednej rozgłośni radiowej, choć znaczące, nie jest niczym nadzwyczajnym. Problem jednak polega na tym, że Radio Maryja – jak utrzymują jego krytycy – kształtuje przekonania polityczne słuchaczy, mobilizuje ich do wzięcia udziału w wyborach, wskazuje, na kogo głosować, a na kogo nie głosować” – pisze Mirosława Grabowska, socjolog i dyrektor CBOS.

więcej > gw

Państwo PiS państwem Jerzego Urbana 8 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug25

Cenię Jerzego Urbana za przenikliwość, ostrość widzenia. Jeszcze w sierpniu 2005 roku uśmiechałem się z pobłażliwością czytając w jego felietonie w tygodniku „Nie” zapowiedź powstania koalicji PiS-Samoobrona-LPR. Przecież do władzy szła wówczas Platforma, która miała współrządzić z „przyjaciółmi z PiS”. Nikt nie wyobrażał sobie wtedy koalicji nacjonalistów i populistów. Z niedowierzaniem patrzyłem na spełniającą się później przepowiednię Urbana i urzeczywistnienie koalicji, która rządziła Polską do jesieni ubiegłego roku.

Umiejętności analityczne redaktora „Nie” i strategiczne koncepcje przywódcy PiS zespoliły się w jedno. Okazało się, że obaj oni potrafią wskazać, co dla kraju najgorsze, aczkolwiek w ustach pierwszego to przestroga, a dla drugiego plan działania.

To jednak jeszcze nie koniec politycznej gry zręcznościowej, którą śledzimy. Otóż właśnie teraz, gdy teoretycznie PiS znalazł się w defensywie, w praktyce i wbrew sejmowej arytmetyce, zawiązuje koalicję, która da mu realną większość. Dziś bowiem sejmowa większość to nie 231 posłów zdolnych uchwalać ustawy, ale 185, którzy utrzymają prezydenckie weto wobec każdej ustawy koalicji rządowej PO-PSL. Ekipa Tuska ma więc przeciw sobie antykoalicję PiS-prezydent-SLD, cyniczną i destruktywną. Choć na cynizm monopolu oczywiście nie ma żadna ze stron konfliktu.

„Decyzję o podtrzymaniu prezydenckiego weta [w sprawie ustawy medialnej] SLD podjął z ciężkim sercem” – napisał w oświadczeniu szef SLD Grzegorz Napieralski. Czy Urban by to lepiej wymyślił? W każdym razie skomentował: „Lidera SLD pocieszyć należy, że dziewictwo traci się tylko raz i wtedy trochę boli. Później spółkowanie choćby i z Lechem Kaczyńskim to już będzie rutyna” (GW).

*

Nigdy nie byłem przeciwnikiem zbliżenia umiarkowanej partii, jaką wydawała mi się Platforma, do SLD. Miałem nadzieję na sprawną koalicję partii nowoczesnych i zwróconych w stronę Unii Europejskiej. Patrzącej „do przodu nie wstecz” (choć to akurat hasło Partii Demokratycznej). Nie potrafię jednak zrozumieć powstania antykoalicji złożonej z antykomunistów, rewolucjonistów i lustratorów z PiS łączących się z SLD, które poszukując nowej tożsamości kompletnie się pogubiło. Liderzy partyjni muszą mieć naprawdę głęboką wiarę w to, że lud jest nawet nie ciemny, ale czarny jak smoła.

A pan Jerzy pewnie się śmieje. Marsz, marsz Polonia!

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com