Dawno mnie tu nie było. Czasem jednak zaglądałem, a kiedy chciałem już coś napisać, to się pojawiała jakaś sprawa do załatwienia na wczoraj i blog odkładałem na później. Rzeczywiście, z powodu 2 miesięcy Kongregacji mojego zakonu marzec, kwiecień i maj minęły mi w dość zwariowanym tempie załatwiania wielości spraw. Ale zaczyna być trochę normalniej. Kilka dni temu zakończyło się spotkanie przełożonych lokalnych i dyrektorów dzieł warszawskiej prowincji jezuitów. Było ono poświęcone dekretom Kongregacji Generalnej. Nie ma jeszcze oficjalnych tłumaczeń całości dokumentów, ale materiału do dyskusji i modlitwy nie brakowało.
Nowy o. Generał, Adolfo Nicolás, stwierdził w jednym z wywiadów, że najważniejszym owocem Kongregacji było odnowienie i pogłębienie eklezjalności, czyli pogodnej relacji zakonu z Kościołem hierarchicznym, z Papieżem i biskupami. Tak! W ostatnich latach pojawiło się pomiędzy jezuitami a Stolicą Apostolską trochę nieporozumień i napięć. Chodziło nie tylko o wewnętrzne sprawy zakonu, ale także o takie kwestie jak np. niektóre aspekty teologii wyzwolenia, czy też rozumienie roli Jezusa Chrystusa w odniesieniu do innych religii.
W jednym z dekretów jezuici nie wahali się stwierdzić: „W imię całego Towarzystwa Kongregacja Generalna 35 prosi o Boże przebaczenie za wszystkie te sytuacje, w których członkom Towarzystwa brakowało miłości, taktu, czy też wierności w służbie Kościołowi. Jednocześnie Kongregacja potwierdza zaangażowanie Towarzystwa, by nieustannie wzrastać w miłości do Kościoła i dyspozycyjności wobec papieża”. Tego rodzaju deklaracje jezuici formułowali w przekonaniu, które tak oto wyraził o. Generał w świetnym wywiadzie dla „Przeglądu Powszechnego”: „Nie myślę, by lojalność wobec Kościoła czy hierarchii, albo współpraca czy nawet emocjonalne przywiązanie w naszej relacji do papieża, kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób uniemożliwiły Towarzystwu być twórczym, odważnym, dynamicznym i myślącym”.
Zastanawiam się, co powyższe słowa oznaczają np. w kontekście sytuacji, jaka wytworzyła się przed nominacją abpa Głódzia na ordynariusza gdańskiego. Z jednej strony mieliśmy coś, co nazwałbym „histerią wykształciuchów”, do których dołączył Wałęsa ze swoim histerycznym: „To będzie nieszczęście dla Gdańska”, a z drugiej strony „święte” oburzenie tych, dla których już samo podjęcie dyskusji o nominacjach biskupich jest czymś wysoce niestosownym. Ja wciąż wierzę, że możliwa jest racjonalna dyskusja o Kościele, a zarazem lojalność wobec biskupów z papieżem na czele, gdzieś pomiędzy powyższymi skrajnościami.
Mistrzem eklezjalności, która nie oznacza ani naiwności, ani zasady „bmw”, był św. Ignacy z Loyoli. L.G. da Cámara w swoim „Memoriale” pisze: „W sobotę Ojciec [św. Ignacy] powiedział, że gdyby papież zreformował siebie, swój dom i kardynałów rzymskich, nie trzeba by nic więcej robić, cała reszta zrobiłaby się dość szybko sama”. A jednocześnie ten sam Ignacy nalega w swych „Ćwiczeniach Duchowych”: „Rezygnując z wszelkiego własnego sądu trzeba mieć umysł gotowy i skory do okazania posłuszeństwa we wszystkim prawdziwej oblubienicy Chrystusa, Pana naszego, czyli naszej świętej Matce, Kościołowi hierarchicznemu”. Św. Ignacy był mistykiem realistą. Nie był buntownikiem wytykającym palcem grzechy innych. Ignacy kocha Kościół właśnie dlatego, że ten Kościół jest poraniony. Co więcej, reformę Kościoła zaczyna przede wszystkim od siebie.