Kategoria Spotkania

Nieporozumienie 6 Autor: Małgorzata Felicka

Jul11

Siedzę sobie w Paryżu. Patrzę na Łuk Triumfalny, obserwuję kolorowy tłum i myślę o tym, jaki piękny jest świat, w którym kobiety ze wzajemnością kochają mężczyzn a mężczyżni ze wzajemnością kochają kobiety i cieszą się tym, że się pięknie różnią. To dzięki ich miłości rodzą się kochane przez nich dzieci. I to na paryskich ulicach przyciąga moją uwagę: dzieci otoczone opieką wpatrzonych w nie dorosłych.
 I tak leniwie snując rozmyślania nad miłością, myślę jak zachwycająco różnorodne są jej postaci. Na przykład istnieje miłość do rodziców albo do przyjaciółki z młodości albo do jej córki. Te inne miłości są czasami nawet ważniesze niż miłość kobiety i meżczyzny, a często bardzo wzniosłe, ale tamta jest wyjatkowa, bo tylko w jej wyniku rodzą się dzieci.
To tak na marginesie warszawskiej parady równości i imprez towarzyszących. Bo tak w ogóle, to przecież dobrze, że ludzie się kochają i nic mi do tego, kto kogo i za co. Natomiast robi mi się nieświeżo, jeśli wmawia mi się, że jestem homofobem, jeśli twierdzę to co napisałam powyżej. Przecież stwierdzam tylko oczywiste fakty, a muszę się z nich tlumaczyć jakby były moim złośliwym wymysłem.

Chodzi mi tylko o to, żeby jedno od drugiego odróżniać po prostu dlatego, że jest różne i że nie da się zaprzeczać Rzeczywistości bez popadania w absurd. Nie rozumiem, do czego i komu ten absurd jest potrzebny.

Niepolityczna uczta w „Polityce” 4 Autor: Małgorzata Felicka

Mar4

Były tłumy! Ludzie w wieku od podstawówki do zupełnie starych (celowo nie piszę starszych, bo trzeba patrzeć prawdzie w oczy), zajęli wszystkie wolne krzesła, których nie starczyło, więc sporo osób stało w dużym ścisku. Część tłumu – ze znanych mi twarzy dojrzałam o. Oszajcę – nawet wylewała się przez drzwi i stała w korytarzu. Profesor Tadeusz Gadacz na podstawie takiej frekwencji zmienił zdanie o Warszawie. Okazja? To zdumiewające, ale okazją była zorganizowana w siedzibie „Polityki” promocja książki „Historia filozofii XX wieku” i spotkanie z jej autorem, Tadeuszem Gadaczem. Nie żadna lustracja, ani aborcja, ani konflikt izraelsko-palestyński. A jednak nie jest z nami tak źle. Nie tylko warszawiakom (ujawniła się na przykład 50 osobowa grupa z Gdańska) pozostał jeszcze jakiś instynkt pozwalający wykrywać wielkość i chcieć się do niej zbliżać.

Chociaż ja również przez dwie bite godziny stałam, ani przez chwilę nie żałowałam, że przyszłam. Uwielbiam spotykać ludzi z pasją, a jeśli na dodatek pasję ma mądry człowiek i jest nią myślenie i dzielenie się rezultatami swoich poszukiwań i przemyśleń z czytelnikiem, któremu okazuje się szacunek, choćby przez to, że stara się mówić jak najbardziej zrozumiale o sprawach skomplikowanych, to jest to wyjątkowo smakowita uczta.

Dla Tadeusza Gadacza życie jest filozofią i właśnie takie życie kocha. Odpoczywa, kiedy śpi – pięć godzin dziennie. Poza tym – czyta. Wyjeżdża zagranicę, po to tylko żeby czytać w bogatszych bibliotekach. Czyta – w sześciu językach – również to, co czytali inni filozofowie i na tej podstawie znajduje związki ich myśli z tradycją, o których oni sami nie wiedzieli. Także na tej podstawie odkrywa wzajemne podobieństwa między z pozoru dalekimi od siebie prądami myślowymi. Napęd do życia daje mu filozofia, pocieszenie daje mu filozofia. Ciekawe, co je na śniadanie?

Niebywała erudycja Profesora budzi podziw i może onieśmielać, ale nie jest wymierzona przeciw mniej sprawnym, nikogo nie wyklucza, nie pomniejsza. Raczej można powiedzieć, że szczodrze udziela się. Szereg stwierdzeń Tadeusza Gadacza sprawiło mi wiele radości. Wymienię kilka: Autor w sporze między poszukiwaniem prawdy a dążeniem do oryginalności staje po stronie prawdy – nawet jeśli prawdopodobnie nigdy się jej nie odkryje. W filozofii interesuje go człowiek. Ceni filozofię dialogu. Dialog jest według niego zarówno instrumentem (Habermas) jak i egzystencją (Levinas). Nie lubi powojennej filozofii francuskiej, bo zrezygnowała z pytania o prawdę i zajmuje się grami. Uważa, że filozofia powinna uczestniczyć w ważnych wydarzeniach współczesności, na przykład powinna przemyśleć obecny kryzys i to że tak nie jest Profesor uważa za zjawisko negatywnie świadczące o naszej kulturze i niebezpieczne.

Autor tworzy dzieło, które będzie miało kilka tysięcy stron i będzie przeglądem stanowisk kilkuset filozofów. Na pytanie kolegi, po co pisze takie dzieło, przecież wszystko można znaleźć w googlach, mówi, że gdy wpisuje w google słowo “sens”, wyskakuje mu miasto we Francji.

Na początku spotkania pada pytanie, dlaczego pisze książkę  tak obszerną. Wyjawia w odpowiedzi, że nie da się krócej napisać tego, co chce. Dla zobrazowania problemu przytacza mail anonimowej studentki, która poprosiła go o napisanie, jaki jest według niego sens życia, ale żeby było w jednym zdaniu. Śmiechy z sali, bo wszyscy wiedzą, że się nie da.

Pod koniec spotkania ktoś dociekliwy chce jednak wiedzieć, co odpowiedział tej anonimowej studentce na jej pytanie o sens życia. Tadeusz Gadacz uśmiecha się i mówi: „Odpowiedziałem jej, że miłość”.

A więc jednak się da! I to nawet jednym słowem!

Debata: In vitro – droga do szczęścia? 8 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Feb11

“Przegląd Powszechny”, Blog Powszechny, Centrum Kultury i Dialogu oraz Papieski Wydział Teologiczny “Bobolanum” zapraszają na debatę o in vitro.

Jarosław Gowin (PO)
Robert Plich OP, bioetyk
Sławomir Zagórski (Gazeta Wyborcza)
prof. Jacek Zaremba (Instytut Psychiatrii i Neurologii)

Dyskusję poprowadzi Sebastian Duda (Newsweek, Przegląd Powszechny)

19 lutego 2009, g. 18.00. Aula Papieskiego Wydziału Teologicznego “Bobolanum” ul. Rakowiecka 61, Warszawa

Wstęp wolny

Punkty widzenia – spotkanie “Kościół w demokracji 1989-2009″ 4 Autor: Małgorzata Felicka

Jan17

Było to spotkanie o charakterze rodzinnym. Zaproszeni goście i zgromadzona publiczność nie wątpiła w to, że Kościół jest dobrem, pozostawała tylko kwestia, czy mógłby być dobrem większym niż jest. W takiej sytuacji nie mogło dojść do konfrontacji na poziomie zasadniczym, chociaż padały zasadnicze pytania (ze strony dobrze przygotowanego o. Andrzeja Majewskiego) i nie unikano drażliwych tematów. Doszło natomiast do starcia między pełnym optymizmu – mimo świadomości niedociągnięć – zdaniem o Kościele arcybiskupa Nycza, a dość gorzkimi, opartymi o doświadczenie pracy na dołach drabiny społecznej, obserwacjami siostry Małgorzaty Chmielewskiej.

Arcybiskup Kazimierz Nycz świetnie dawał sobie radę z trudnymi pytaniami za pomocą zręcznej argumentacji. Prezentował się jako człowiek światły (za główną zdobycz minionych dwudziestu lat uznał wolność), błyskotliwy, energiczny a jednocześnie umiejący zjednywać sobie sympatię, mimo wygłaszania zdecydowanych poglądów na sprawę in-vitro, zwrotu majątków kościelnych, lustracji, zaangażowania politycznego Kościoła czy przypadków pedofilii wśród księży. Kiedy na przykład w odpowiedzi na pytanie o to, czy Kościół nie ma za mało pokory powiedział, że o Kościele trudno mu się wypowiadać, ale on sam ma problemy z pokorą, zareagował jak wytrawny polityk, który wie, co podoba się wyborcom. Siostra Małgorzata nie zabiegała o poklask. Widać było, że jest twarda i nie ma złudzeń. Szkoda jej czasu na okraszanie gorzkich prawd ogólnymi wywodami.

czytaj dalej »

Kościół w demokracji 1989-2009 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jan9

Przegląd Powszechny: Kościół w demokracji 1989-2009

“Przegląd Powszechny”, Blog Powszechny, Centrum Kultury i Dialogu oraz Papieski Wydział Teologiczny “Bobolanum”

zapraszają na debatę

“Kościół w demokracji 1989-2009″

Rozmawiać będą abp Kazimierz Nycz, s. Małgorzata Chmielewska i Roman Graczyk. Dyskusję poprowadzi Andrzej Majewski SJ.

Czwartek, 15 stycznia, g. 18, aula Kolegium Jezuitów, ul. Rakowieckiej 61 w Warszawie. Wstęp wolny.

Jesteśmy na początku 2009 r., a to rok wielu podsumowań. Mija dwadzieścia lat od podpisania porozumień Okrągłego Stołu, pierwszej tury wyborów do tzw. Sejmu kontraktowego, przejścia z PRL w Rzeczpospolitą Polską.

Po 1989 r. zmieniła się sytuacja Kościoła. Przestał być inwigilowany. Dzięki konkordatowi między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską podpisanym w 1993 r. zyskał on nowy status prawny. Pojawiła się możliwość zawierania małżeństw konkordatowych. Religia wróciła do szkół. Sytuacja  Kościoła Katolickiego – tak jak wielu, jeśli nie wszystkich, mieszkańców kraju – uległa zdecydowanej poprawie.

Ale Przez ostatnie dwadzieścia lat Polska zmieniła się nie tylko politycznie czy gospodarczo, ale również obyczajowo. Mamy do czynienia z coraz większą liczbą rozwodów i związków niesakramentalnych zawieranych przez katolików. Zmniejszyła się liczba alumnów seminariów duchownych.

Czy w przypadku Kościoła w Polsce sprawdza się powiedzenie, że im lepiej, tym gorzej?

Warto zastanowić się nad stanem Kościoła polskiego po tych dwudziestu latach przemian. Jak sobie radzi w demokracji? Czy ma wypracowaną nową  wizję duszpasterską na nowe niewątpliwie zmienione czasy?

O odpowiedzi na te pytania poprosimy ordynariusza warszawskiego abpa Kazimierza Nycza, s. Małgorzatę Chmielewską i publicystę Romana Graczyka. Rozmowę, która odbędzie się w najbliższy czwartek, 15 stycznia o godzinie 18 w auli Kolegium Jezuitów przy ul. Rakowieckiej 61 w Warszawie, poprowadzi Andrzej Majewski SJ.

Zapraszamy, wstęp wolny.

Nadzwyczajne 2 Autor: Małgorzata Felicka

Dec24

Z dwojga ludzi, z których jeden mówi, że wierzy a drugi, że jest niewierzący, to ten niewierzący zapewne bardziej podoba się Bogu, o ile ten pierwszy Boga nie spotkał osobiście – twierdziła Simone Weil. Ona sama przeżyła takie spotkanie, więc wiedziała, o czym mówi. Wiedziała o tym również Matka Teresa. I ponieważ wiedziała, że bez spotkania z Bogiem można tylko o Nim spekulować, a wiary co najwyżej pragnąć lub ją udawać wreszcie, to chciała tego spotkania dla innych. Przestrzegała członkinie swojego Zgromadzenia, żeby troszcząc się o trędowatych nie myliły swej roli z rolą opiekunki społecznej. Miały mieć na względzie jedno: aby najbiedniejsi w Indiach spotkali Jezusa Chrystusa, aby im się ukazał.

Ojciec Jacek Salij wygłosił niedawno wykład o czarnej nocy niewiary Matki Teresy. Z jej prywatnych listów, które zresztą pragnęła zniszczyć, dowiadujemy się, jak bardzo cierpiała z powodu tego, że Jezus stał się dla niej przez całe lata nieobecny. Czy oddawała innym wszystko, łącznie z poczuciem obecności Boga? Tak bardzo chciała innym uobecnić Chrystusa, tak skutecznie Go dla nich przywoływała, że sama przestała Go widzieć? Jak to wytrzymywała, czy to się jej opłacało?

I znów Simone Weil: „W bliźnim należy kochać głód, który go zżera, a nie pokarm, jaki możemy w nim znaleźć, aby zaspokoić własny głód”. To zdanie może nieco wyjaśnić, co mogło być losem Matki Teresy. Mogłoby być tak, że trędowaci byliby dla niej pokarmem, gdyby dzięki pracy z nimi syciła swe pragnienie spotykania Chrystusa. A ona kochała ich głód, gdyż chciała, by to do nich przychodził. Pokochać ten głód, mówi Weil, to tyle co otworzyć szczelinę, przez którą do naszej duszy przenika światło nadprzyrodzone. Świadkowie spotkań z Matką Teresą opowiadają, iż promieniowała niezwykłą miłością i łagodnością, czymś, czego nie dawało się opisać, a co można było wyczuwać w jej obecności niemal namacalnie. A w środku odczuwała mrok. To była jakby cisza w oku cyklonu.

W pewnym momencie po wykładzie ktoś z sali odezwał się, że widział to promieniowanie. Że zobaczył je w wyrazie twarzy Matki Teresy i trędowatego, którym się zajmowała, na pewnym zdjęciu, które wpadło mu w ręce. A wie, o co chodzi, bo tego doświadczył. Opowiedział, że przed laty po ciężkim wypadku samochodowym leżał w szpitalu na oddziale intensywnej terapii i był tak zainfekowany, że zarażali się od niego sepsą wszyscy, z którymi się zetknął. W szpitalu odwołano operacje, żeby nie zarażać pacjentów. Mówił, że do dziś z niedowierzaniem i wdzięcznością wspomina opiekę i troskliwy uśmiech na twarzy pielęgniarek, które się nim zajmowały nie dając mu odczuć ani swego strachu ani zniecierpliwienia czy obrzydzenia. Rozpoznał później ten sam co u nich wyraz twarzy na tamtym zdjęciu Matki Teresy. Siebie siłą rzeczy wówczas nie widział, ale sądzi, że wyglądał podobnie do owego trędowatego ze zdjęcia.

Po wczorajszym spotkaniu o seksie 3 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Dec19

Wczoraj w Auli Bobolanum zorganizowaliśmy wraz z CKiD spotkanie związane z tematem ostatniego numeru Przeglądu Powszechnego, czyli „Uwikłani w ciało. Człowieka współczesnego kłopoty z seksem”.

Miałem wrażenie, że zaproszeni goście – oprócz Artura Sporniaka z Tygodnika Powszechnego – powtórzyli zebranym wszystkie możliwe stereotypy o problemach współczesności, nie tylko te związane z seksem.

Otóż właśnie: lada moment zamożni rodzice będą tak dobierać geny swoim dzieciom, że wszystkie dziewczynki dostaną blond włosy, niebieskie oczy, potrojone IQ, a na imię Amanda; na większą, biedną część świata złożą się ludzie zwykli, brzydcy, bez perspektyw na zdobycie wykształcenia, wyższego statusu społecznego. Rządzić ma pieniądz i biologia. No i media, rzecz jasna. One wmówią nam – w zasadzie już wmawiają – że otaczający nas świat jest jak najbardziej w porządku. A jeśli, mimo wszystko, poczujesz się niepewnie, niedobrze, idź do supermarketu i nakupuj sobie leków, tyle ich leży dostępnych na półkach.

Ze zdumieniem słuchałem tego wszystkiego. Sporniak zaczął tłumaczyć, że można na przykład oglądać z dziećmi telewizję i uczyć podejścia refleksyjnego do mediów – rozmawiać z nimi po prostu. Uczą tego psycholodzy mediów. Jest to prosta recepta na wiele bolączek związanych z mediami. Ale zarazem nastręcza wiele trudności: potrzeba dobrej woli, cierpliwości, czasu, empatii, żeby rozumnie wychować dziecko.

O wiele prościej powiedzieć sobie, że żyje się w matriksie, w świecie, na który nie ma się wpływu, a wszystko wokół zagraża człowiekowi. Ale teraz przynajmniej rozumiem, dlaczego Kościół tak sprzeciwia się zapłodnieniu in vitro. Jeśli w perspektywie ma Amandę…

Jaką przyszłość ma chrześcijaństwo? 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Oct9

Coś przyleciało 3 Autor: Małgorzata Felicka

Jul13

Lato to świetlista i duszna pora roku. Ułożyłam się do snu. Zapadała wreszcie krótka noc przecinana szelestem cykad. Kolory powoli traciły na intensywności. Za oknami cichło, narastało wrażenie spokojnego płynięcia przez pofalowane pola. Zasypiałam w maleńkim pokoiku na poddaszu samotnego poniemieckiego domu. Sterczał jak dumny okręt na szczycie niewielkiego wzniesienia i tylko od południowej strony widać było niedaleką linię brzegu lasu. Było spokojnie i bezpiecznie. Tutaj zawsze czułam się wolna i zatrzymana w gonitwie.

Rankiem zerwały mnie jakieś dziwnie bliskie odgłosy. Właściwie to się przestraszyłam. Skąd to stukanie? Wszyscy śpią na dole a na piętrze jestem tylko ja. Pewnie mi się wydawało – przekonywałam sama siebie. Ale wkrótce stuknięcie powtórzyło się. Ktoś tu jest – zdecydowałam. Jak się dostał? Przecież pokoik jest wysoko, a uchylony lufcik za mały, żeby ktokolwiek mógł się przecisnąć. Ze strachem otworzyłam oczy i uniosłam głowę. Ukazał mi się wielki ptak. Gołąb? Nie, to sowa! Cóż za niezwykły widok! Siedziała na oparciu krzesła – piękna, jasna, duża i puchata! Tkwiła tam nieruchomo i patrzyła na mnie z przypisywaną jej mądrością. Dopiero świtało. Było szaro. Nie widziałam kolorów, tylko jej miękkość. Sowa, widząc że się obudziłam, próbowała uciec i stuknęła kilkakrotnie głową o szybę. Zrozumiałam teraz, skąd dochodziły poprzednie stuknięcia: wleciała przez otwarty lufcik, a teraz była w pułapce. Przemknęło mi przez myśl, żeby zamknąć jej drogę ucieczki, bo inaczej nikt mi nie uwierzy, że tu rzeczywiście była. Gdybym ją zamknęła, mogłabym ją sfotografować albo zawołać resztę domowników i pochwalić się nią. Mogłabym też włączyć lampę i obejrzeć ją sobie dokładniej. Mogłaby zostać moja. Mogłam ją mieć. czytaj dalej »

Cesarzowi co cesarskie 1 Autor: Małgorzata Felicka

Jun19

Zagadnął mnie pewien były katolik, ale nie Polak, lecz Sąsiad z Europy, człowiek już nie młody, czy ja naprawdę wierzę, że Kościół jest uczciwą instytucją. Jego pytanie było oczywistą zaczepką. Pewnie od dawna chciał na ten temat porozmawiać z kimś, kto nie potępiłby Kościoła natychmiast. Dzięki temu mógł opowiedzieć, co go boli i czekać na jakieś przeciwne argumenty. Sam przeżył w życiu zwrot. Mówił, że służył do mszy jako chłopiec, modlił się, myślał, że będzie księdzem. Ale potem przyszedł do swego księdza w jakiejś sprawie i przyłapał go na spółkowaniu w tym samym pomieszczeniu, w którym udzielał nauk młodym ludziom. Był to szok, który spowodował odejście od Kościoła. Ktoś życzliwy podrzucił mu wkrótce po tym incydencie lektury opowiadające o zakłamaniu hierarchii kościelnej. Przechowuje je do dzisiaj, chciał mi nawet pożyczać, żebym przekonała się na własne oczy, z czym mam do czynienia. Mówił rzeczy straszne, o średniowiecznym cmentarzu nowonarodzonych dzieci pochodzących ze związków zakonników z męskiego zakonu z zakonnicami z sąsiedniego klasztoru. Nie wiem, czy to prawda, dość, że on to nadal przeżywał. Zresztą, niemiło się tego słuchało. Potem opowiadał, że był na prywatnej audiencji u papieża Pawła VI i jako jedyny z drużyny nie pocałował jego pierścienia, bo uważał, że takiego hołdu złożyć nie pozwala mu sumienie. Dlaczego?

Rozmowa zeszła na temat bogactwa zgromadzonego w Watykanie i w Kościele w ogóle. Dlaczego – pytał – nie poświęci Kościół tych skarbów na pomoc ubogim? To, co robi Kościół jest czystą hipokryzją – przekonywał – bo samo nawoływanie do miłosierdzia i współczucia czy też braterskiej miłości, kiedy żyje się w luksusowych warunkach, ma się służbę, świetne trunki, jedwabne szaty i władzę nad ludźmi, jest po prostu nieuczciwe wobec wiernych i innowierców.

Kościół stawia się w ten sposób po stronie tego co cesarskie w zadanym Jezusowi w Ewangelii pytaniu, komu należy służyć. Jezus popatrzał wówczas na monetę z wizerunkiem cesarza i powiedział, żeby oddać Bogu, co Boskie a cesarzowi, co cesarskie. Kościół, chcąc monet, gromadząc monety, czyli dobra ziemskie stał się jeszcze jednym obliczem cesarza.

Jakoś tam próbowałam oponować. Mówiłam, że aby działać, należy mieć środki do działania, że większy wpływ na życie ludzi ma się mogąc do nich docierać z przesłaniem, a do tego trzeba mieć i pieniądze i organizację i wpływ na prawodawstwo i dostęp do mediów, czyli, że naturalnie bierze się udział w ziemskiej grze sił, że wypadnięcie z niej grozi zapadnięciem się w nicość. Mówiłam te i inne rzeczy, ale w duchu nie czułam się pewnie. Moje własne słowa obijały się o obrazy czarnych limuzyn biskupów, skarbców kościelnych, pałaców i posiadłości. A mój rozmówca nie ułatwiał mi sprawy podsuwając z kolei obrazy dzieci z wydętymi brzuszkami, których pełen jest świat.

I myślałam sobie: Kościół, Mistyczne Ciało Chrystusa, czy takim chciał je Jezus widzieć? Czy ma być to ciało kapiące złotem czy raczej przybrane zgrzebną szatą?

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com