Kategoria Teologia

Czy Boże Narodzenie to najważniejsze święta? 6 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Dec9

Rok liturgiczny ma dwa zasadnicze okresy: wielkanocny i bożonarodzeniowy, z dwoma centralnymi dniami, wokół których kształtują się te okresy: Wielkanoc i Boże Narodzenie. Mogłoby się zdawać, że rozważania o wyższości jednych świąt na drugimi brzmią dość groteskowo przypominając znany dylemat – co było pierwsze: jajko czy kura? Pytanie jest jednak zasadne, co więcej, stanowi okazję do zwrócenia uwagi na kilka podstawowych elementów wyznawania wiary w Jezusa Chrystusa.

            Warto najpierw zauważyć, że święta i okresy świąteczne, takie jak je znamy dzisiaj, nie istniały od początku chrześcijaństwa, ale kształtowały się i narastały stopniowo. Dla pierwszych chrześcijan w centrum znajdowało się cotygodniowe łamanie chleba, czyli świętowanie niedzieli (począwszy od soboty wieczór) jako Paschy, przejścia Zmartwychwstałego Pana w Jego wspólnocie. To, co dzisiaj nazywamy Wigilią Paschalną, i co stanowi centrum obchodów Świąt Wielkanocnych, początkowo nie różniło od wszystkich pozostałych sobót, a raczej wigilii niedzielnych. Potem obrzędy Nocy Paschalnej zostały wzbogacone o różne elementy jak np. znane nam dzisiaj błogosławieństwo ognia i świecy woskowej (paschału). Inne święta chrześcijańskie powstawały na przestrzeni wieków jako wyraz przeżywania wiary w Chrystusa w konkretnym czasie i kulturze. Treścią świąt i liturgii Kościoła jest Bóg, który dokonał i dokonuje wielkich dzieł dla zbawienia człowieka, ale to nie znaczy, że liturgia jest rzeczywistością raz na zawsze określoną, co do formy. Święto Narodzenia Pańskiego zostało ustanowione w Rzymie z początkiem IV w. Data 25 grudnia nie jest historyczną datą narodzin Jezusa w Betlejem. Została ona wybrana przez Kościół po to, aby zastąpić (“ochrzcić”) pogańskie święto “Narodzin niezwyciężonego słońca”, które obchodzono właśnie w czasie zimowego przesilenia. Nie znaczy to oczywiście, że Boże Narodzenie nie opiera się ostatecznie na historycznym wydarzeniu narodzin Syna Bożego.

            Z tego historyczno-liturgicznego punktu widzenia wynika, że święta Bożego Narodzenia są czymś późniejszym od świętowania Zmartwychwstania Pańskiego. Trzeba tu jednak zauważyć, że w tajemnicy Wielkiej Nocy jest przecież ukryta betlejemska tajemnica Wcielenia, a zatem celebrowanie Wigilii Paschalnej jest również celebrowaniem Bożego Narodzenia. Innymi słowy, chrześcijańskie święta, które dzisiaj przeżywamy, podkreślają różne aspekty naszej wiary, ale znajdują się w ścisłej ze sobą jedności: łączy je jedna, niepodzielna osoba Jezusa Chrystusa.

            Warto też uświadomić sobie dynamikę doświadczenia, które leży u podstaw chrześcijaństwa. Centralnym punktem jest tutaj doświadczenie Ukrzyżowanego jako Zmartwychwstałego, czyli po prostu tego, że Jezus Chrystus wrócił z cmentarza żywy. Kiedy Piotr, po Zesłaniu Ducha Świętego, zaczął głosić Ewangelię, to w swoim pierwszym wystąpieniu głosił, że “tego Męża [...] przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim” (Dz 2,23-24). Ta właśnie nowina jest początkiem i centrum chrześcijańskiego doświadczenia wiary. Dzięki niej przypominano sobie inne wydarzenia z życia Jezusa i zgłębiano ich sens. To w perspektywie zmartwychwstania apostołowie zrozumieli, że narodziny Jezusa były Bożym Narodzeniem. Nie znaczy to, że Wcielenie jest czymś mniej ważnym, bo przecież bez narodzin nie byłoby śmierci i zmartwychwstania. Trzeba jednak podkreślić, że nie wiedzielibyśmy, co naprawdę wydarzyło się w Betlejem, gdyby nie dotarła do nas wieść o Zmartwychwstałym. Dlatego można wyobrazić sobie chrześcijaństwo bez świąt Bożego Narodzenia (tak było w pierwszych trzech wiekach), ale nie można go sobie wyobrazić bez Wigilii Paschalnej i Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego. A zatem, choć nie można oddzielić Wielkiej Nocy od Bożego Narodzenia, to z punktu widzenia chrześcijańskiego doświadczenia wiary bardziej fundamentalna jest Wielkanoc.

Adwent: oczekiwanie na paruzję 4 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Dec2

W „Ogólnych Normach Roku liturgicznego i Kalendarza” czytamy: „Okres Adwentu ma podwójny charakter. Jest okresem przygotowania do uroczystości Narodzenia Pańskiego, przez którą wspominamy pierwsze przyjście Syna Bożego do ludzi. Równocześnie jest okresem, w którym przez wspomnienie pierwszego przyjścia Chrystusa kieruje się dusze ku oczekiwaniu Jego powtórnego przyjścia na końcu czasów. Z obu tych względów Adwent jest okresem pobożnego i radosnego oczekiwania” (nr 39). Zastanówmy się nad tym drugim znaczeniem okresu Adwentu, tym bardziej że nie tylko w Adwencie, ale w każdej Mszy św. wypowiadamy takie oto słowa: „Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy Twego przyjścia w chwale”. Cóż właściwie oznacza owo oczekiwanie na powtórne przyjście Boga, zwane paruzją (gr. obecność, przyjście, pojawienie się)?

            W Liście św. Pawła do Tesaloniczan znajdujemy dosyć tajemniczy tekst: „Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem” (1 Tes 4,16-17). Stąd niektórzy pytają, czy rzeczywiście czasy ostateczne będą polegały na ocaleniu zbawionych poprzez porwanie ich do góry spośród walącego się świata. Trzeba odpowiedzieć, że tego rodzaju obrazy są alegoryczne i nie można rozumieć ich dosłownie. Ważne jest tutaj to, że – jak mówi Paweł Apostoł – „ zawsze będziemy z Panem”. Istotą powtórnego przyjścia Pana nie są jakieś katastrofy, ale osobowa bliskość. „Dzień Pana” – bo tak Nowy Testament nazywa czas powtórnego przyjścia Chrystusa (np. 1 Kor 1,8) – to czas nie gniewu i srogiego sądu, ale pełnego objawienia się chwały miłosiernego Boga.

            Pierwsi chrześcijanie nie tylko nie bali się „końca świata”, ale oczekiwali nań z niecierpliwością. W Liście św. Jakuba znajdujemy takie oto słowa: „Bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie” (5,8). Niektórzy ulegali nawet mniemaniu, że skoro niebawem Chrystus powróci, to nie warto się zajmować rzeczami doczesnymi. Stąd wyrzut św. Pawła: „ Słyszymy, że niektórzy wśród Was [...] wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi” (2 Tes 3,11). Nie trzeba więc ulegać egzaltowanym przepowiedniom końca świata, co dziś można na przykład zaobserwować u Świadków Jehowy; świadomość, że „dzień Pański” kiedyś nastąpi powinien być raczej zachętą do czuwania, czyli – jak to powiedział Jan Paweł II – do bycia człowiekiem sumienia. Kluczowym tekstem jest w omawianej przez nas kwestii 24 rozdział ewangelii Mateusza, w której sam Jezus odpowiada na pytanie uczniów: „Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znak Twego przyjścia i końca świata?” (24,3). Chrystus mówi m.in.: „O dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec. [...] Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie” (24,36.42). Czuwać mamy z bojaźnią Bożą w sercu, ale to nie znaczy, że przepełnieni strachem i lękiem; wręcz przeciwnie, przecież Bóg, który nadchodzi jest Bogiem, który objawił nam swoją bezwarunkową miłość na Krzyżu.

            Na Zachodzie „dzień ostateczny” widziano przede wszystkim w perspektywie ostatecznego sądu, w którym każdy z osobna zostanie osądzona za swoje złe i dobre czyny. Widać to chociażby na obrazach z motywem wagi decydującej o zbawieniu lub potępieniu. Natomiast chrześcijaństwo wschodnie bardziej podkreślało aspekt zbiorowego dopełnienia, w którym Bóg będzie „wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15,28). Obrazy zachodnie budziły lęk i trwogę, a szatana pokazywały jako złego mocarza walczącego z Bogiem o dusze śmiertelników prawie jak równy z równym. Wschodnie ikony natomiast ukazywały – i słusznie – małość zła (szatan jako żałosny pies) i wszechogarniające zwycięstwo dobra. Dziś koncentrujemy się raczej na Bożym miłosierdziu, niż na zatrwożonym myśleniu o ostatecznym rezultacie Boskiej odpłaty.

            Niektórzy współcześni teolodzy zamiast o drugim (powtórnym) przyjściu Chrystusa, wolą mówić o wypełnieniu się dziejów ludzkości i świata. Wszak Bóg w Jezusie Chrystusie już opowiedział się nieodwołalnie po stronie człowieka. To, co nazywamy paruzją jest jedynie ostatecznym następstwem, niejako końcowym skutkiem wydarzenia wcielenia, śmierci i zmartwychwstania. Chrystus już do nas przyszedł i nie pozostawił nas sierotami. A zatem można by powiedzieć, że to nie tyle Chrystus przyjdzie ponownie do świata (bo On już przyszedł), ale to świat ostatecznie przyjdzie do Boga. Owo przyjście nie musi oznaczać jakiegoś zniszczenia obecnego świata, ale wręcz przeciwnie, pełną realizację tkwiących w nim możliwości. „A śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już odtąd nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” – zapowiada Apokalipsa 21,4. Rodzi się tutaj pytanie o związek pomiędzy rozwojem cywilizacyjnym (również technicznym) a zbliżaniem się paruzji. Czy „świeckie” sukcesy ludzkości są jakoś wpisane w historię zbawienia, czy też – odwrotnie – mają znikome znaczenie z tego punktu widzenia? Myślę, że skoro Bóg stał się człowiekiem i wszedł tym samym we wszystko, co ludzkie, to każde ludzkie osiągnięcie ma znaczenie w perspektywie powtórnego przyjścia Pana. Co więcej, ta perspektywa nie tylko nie pomniejsza tych osiągnięć, ale je uwypukla. Nie zmienia to oczywiście prawdy o prymacie ducha nad materią, miłości nad użytecznością. Nadchodzący Bóg jest przecież miłością, a nie jedynie wielkim zegarmistrzem świata.

Wszyscy Święci w niebie. Czyli gdzie? 5 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Nov1

Większość z ludzi ma nadzieję, że ich życie nie skończy się wraz z ostatnim uderzeniem serca, czy też z ostatnim impulsem w mózgu. Wierzymy w życie po życiu. Tam, gdzie żyją Wszyscy Święci. Warto jednak czasem pomyśleć o tej rzeczywistości, której się spodziewamy, a którą nazywamy niebem. Tym bardziej, że mamy w tym względzie niemałe trudności. Niejednokrotnie nasze wyobrażenia nieba są mało zachęcające: tchną nudą. Obrazy przedstawiające niebo są dużo mniej ciekawe od tych, które przedstawiają piekło. Widzimy niebiańskie chóry złożone z anemicznych chórzystów śpiewających „Alleluja”. Albo jak na obrazach Angelico kółko graniaste, a inne postaci ze złożonymi rękami ze wzrokiem utkwionym gdzieś w górze. Czyżby było tak, że jest nam o wiele łatwiej pokazywać zło, grzech, brzydotę, potępieńczą rozpacz niż niebiańską radość?

A w jaki sposób Biblia mówi o niebie? U proroka Izajasza czytamy: „Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze (tj. na Syjonie) ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. Zedrze On na tej górze zasłonę zapuszczoną na twarz wszystkich ludów [...] raz na zawsze zniszczy śmierć”. Uderza uniwersalność i zmysłowa konkretność tej wizji: niebo jako wspaniała uczta. Problem polega na tym, że większość z nas wie, iż nawet po najwyborniejszych winach może boleć głowa. Ale – oczywiście – nie wino jest tu ważne, ale to, że niebo w tej przenośni jawi się jako coś dynamicznego, żywego, zaskakującego.

W Liście do Rzymian czytamy: „Królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym” (14,17). Paweł Apostoł mówi też, że wiara przemija, nadzieja przemija, a pozostaje miłość. A zatem niebo to miłość: to wciąż zaskakujące doświadczenie bycia chcianym i kochanym, oraz zdolność kochania innych. Jedną z najpiękniejszych ksiąg Biblii jest „Pieśń nad pieśniami”. Ten pełen wzniosłego erotyzmu poemat jest wielką metaforą miłości między Bogiem i człowiekiem, i pomiędzy ludźmi. „Niech mnie ucałuje pocałunkami swych ust! Bo miłość twa przedniejsza od wina” – woła Oblubienica stając się symbolem ludzi zbawionych, czyli doświadczających miłości. Rzeczywiście, miłość Boga jest wyborniejsza od najwyborniejszych win, o których wspomina Izajasz. W świetle Pieśni nad pieśniami nie szokuje sposób, w jaki architekt i rzeźbiarz  Bernini przedstawił ekstazę św. Teresy, czyli mistyczne doświadczenie nieba. Ta emanująca erotyzmem rzeźba znajduje się w rzymskim kościele, Santa Maria della Vittoria.

W niebie (dzięki byciu kochanym i kochaniu) będziemy nareszcie w pełni sobą. Ksiądz Tischner przytacza w jednym z wywiadów opowieść góralską o Zwyrtale Muzykancie, który umarł i dusa jego wybrałą się do nieba. Przechodzi przed Niebieską Bramę, puka, patrzy – zamknione. Burzy się jeszcze raz i wtedy słyszy głos św. Piotra: „Kto tam?”. Odpowiaada „Jo”. „Co za Jo”. No Jo, Zwyrtała. W tym „jo” jest dużo prawdy – konkluduje ks. Tischner – bo przed Bramą Niebieską nie stoimy jako magister X, doktor Y, dyrektor Z, ale właśnie jako „Jo”. Dodajmy „Jo” kochane i chciane przez Boga i zbawionych.

Różne opowieści można by snuć o niebie, ale ostatecznie prawda jest to, co znajdujemy w 1 Liście do Koryntian: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. Mówienie o niebie nasuwa pytanie: A jak my tam będziemy wyglądać? Okazuje się, że łatwiej nam wyobrazić sobie siebie w niebie w formie niematerialnych dusz, niż – jak to obiecuje Ewangelia – z duszą i ciałem. Z drugiej strony, wychodzi na to, że chrześcijanie to prawdziwi materialiści, skoro ciągną do nieba swoje ciało. Warto zauważyć, że nie chodzi tutaj o jakąś reanimacje doczesnych szczątków, ale o otrzymanie zupełnie nowego, niebieskiego – jak mówi św. Paweł – ciała. Cud zmartwychwstania polega na tym, że będzie to zupełnie nowe, inne ciało, a zarazem rozpoznamy je jako nasze ciało. Będziemy czuć się po prostu u siebie z naszym nowym ciałem.

Na koniec można by jednak zadać pytanie: No tak, skoro ma być tak wspaniale, to dlaczego tak bardzo boimy się śmierci? Myślę, że obietnica nieba wcale nie ma na celu zniesienia odrazy przed śmiercią. Śmierć bowiem pozostaje czymś nienaturalnym, ohydnym. Nie jest ona dziełem Boga… Ale dlaczego w ogóle jest? Kiedyś w niebie będziemy mogli o to zapytać.

Atrakcyjne działki, Kosowo i Hryniewicz 16 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Oct22

Ostatni dzień spotkania jezuickich prowincjałów w Madrycie. Zaglądam na WP i od razu rzuca mi się w oczy tytuł: „Zakon jezuitów otrzymał atrakcyjne działki w Krakowie”. W tekście  z GW czytamy, że „władze miasta mówią dość”. Otóż owe działki są własnością MON, a nie miasta. Jezuitom zabrano po wojnie – łamiąc wszelkie prawa – ziemię i piękny budynek uczelni „Bobolanum” w Lublinie. Ten budynek wybudowali jezuici tuż przed wojną z własnych środków. Obecnie mieści się tam szpital wojskowy. Dlatego też to właśnie wojsko wskazało działki w Krakowie jako rekompensatę za dobra w Lublinie. Staranna wycena obydwu działek została dokonana przez różnych rzeczoznawców, aby nie było w tej mierze żadnych wątpliwości. Przykro mi, że ktoś robi aferę z tego, co jest zwyczajnym aktem sprawiedliwości.

Spotkanie prowincjałów europejskich odbywa się raz w roku. W zeszłym roku gościliśmy szanownych współbraci w naszym kolegium w Gdyni. Rozmawiamy o wspólnych dziełach apostolskich, najczęściej społecznych, takich jak JRS (Jesuit Refugee Service) lub OCIPE (L’Office Catholique d’Information et d’Initiative pour l’Europe). W Madrycie wysłuchaliśmy też arcyciekawej relacji o. Waltera Happela, jezuity, założyciela i dyrektora Gimnazjum Loyola w Kosowie. To zdecydowanie najlepsza szkoła w całym regionie, w której większość stanowią uczniowie z rodzin muzułmańskich. O. Happel rozbawił nas, gdy stwierdził, że w jego szkole muzułmanie nie mogą używać zawołania „Jak Bóg zechce!”. Dlaczego? Otóż o. Happel uważa, że owo zawołanie jest kwintesencją muzułmańskiej bierności w Kosowie, a on chce wykrzesać z tych ludzi inicjatywę i energię. Ponoć muzułmanie przestrzegają zakazu o. Happela. Jezuicka szkoła w Kosowie jest piękna, ale czesne nie wystarcza na jej utrzymanie. Może Konferencja Prowincjałów Europejskich coś pomoże…

Nie milkną echa kłopotów ks. Wacława Hryniewicza z Kongregacją Nauki Wiary. W mediach wypowiadają się na ten temat najczęściej ludzie, którzy nie są mi znani jako znawcy teologii. Jednak braki w teologicznym wykształceniu nadrabiają z jednej strony tupetem, a z drugiej – przynajmniej w przypadku jednej ze stron sporu – polityczną poprawnością, która głosi, że w sprawach religii każdy ma swoją prawdę, a zatem wszyscy mamy jakąś tam rację. Za eksperta od polifoniczności prawdy w teologii katolickiej uchodzi – jakże by inaczej – eks-jezuita, Obirek. Nie znam dobrze sprawy relacji pomiędzy Hryniewiczem a KNW, ale czytałem tekst (po polsku) Hryniewicza, który wzbudził wątpliwości Rzymu. No i w żadnej mierze się nie dziwię, że wzbudził… Śpieszę jednocześnie donieść, że z tego nie wynika, iż nie cenię dorobku naukowego Hryniewicza. Wręcz przeciwnie! Uważam go za teologa wybitnego. Nie znaczy to jednak, że pisze same mądre rzeczy.

Pragnę ponadto zauważyć, że schemat „odważny, genialny teolog i głupia, czepiająca się Kongregacja Nauki Wiary” jest tyleż powszechny w mediach, co oderwany od rzeczywistości. Obecnie prefektem Kongregacji Nauki Wiary jest William Joseph Levada, były arcybiskup San Francisco, a jej sekretarzem Luis Ladaria, hiszpański jezuita, wyróżniający się swą wiedzą i pracowitością profesor Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie (pochwalę się, że Ladaria był promotorem mojego doktoratu). Pozwalam sobie zatem postawić tezę, że KNW nie jest głupia. Rozumiem, że dla wielu jest to teza zbyt śmiała, no a przede wszystkim w swojej konserwatywności niedopuszczalna dla „ludzi rozumnych”. Jednak zaryzykuję…

Czy teologia może być prozaiczna? 0 Autor: Małgorzata Felicka

Oct19

Dwa tygodnie temu u św. Andrzeja Boboli o. prof. Jacek Bolewski. wygłosił interesujący wykład pt. „Niebieska droga Maryi”.

Mowa była o niebie. O. Bolewski zwrócił uwagę na pewien fakt językowy: kiedy ktoś się bardzo cieszy mówimy, że jest wniebowzięty. W tym określeniu tkwi słuszna intuicja, albowiem zaznaczamy w ten sposób, że wielka radość przenosi człowieka na inny poziom funkcjonowania, tak że można powiedzieć, iż ktoś jest wzięty do nieba. Taki ktoś już teraz – mimo że żyje na ziemi – jest w niebie. A więc niebo jest tu a nie tylko gdzieś tam wysoko. Jest wszędzie, przenika wszystko. Żeby tego doświadczyć trzeba przebić się przez niewidzialną barierę, która oddziela niebo od ziemi. Wszakże tylko niektórym dane jest zobaczyć, że owa bariera i jej szczelność są pozorne. Przez barierę prowadzącą do nieba można się przebić dzięki silnej wierze. Przykładem osoby obdarzonej taką właśnie wiarą była Maryja. Jej całkowite posłuszeństwo w wierze, przyznanie Duchowi Świętemu bezapelacyjnego prawa do rządzenia jej życiem, stanowią istotę tajemnicy Maryi i wyjaśniają jej drogę – tytułową „drogę niebieską”. Jest to droga do nieba i chociaż przemierzana jest na ziemi, to już tu jest życiem pełnym radości, a jej doświadczanie i przeżywanie oznacza bycie w niebie. Zarazem droga niebieska to – jak widać na przykładzie Maryi (a co znajduje odzwierciedlenie w języku) – „droga nie-bieska”, a więc taka, w której nie ma nic diabelskiego, nie ma grzechu, czyli jest to droga, która nie była wytyczana przez biesy. Taką drogą podążała przez życie bezgranicznie ufająca Duchowi Św. Maryja i dlatego została wniebowzięta.

Dla nas, którzy przecież pragniemy być szczęśliwi, pragniemy być w niebie, życie Maryi może stanowić wzór do naśladowania. Refleksji nad jej drogą życia poświęcony był omawiany wykład. Profesor Bolewski wskazywał, że niebieska droga Maryi otwarta jest dla wszystkich. Dzięki przykładowi Maryi można powiedzieć, że niebo czeka na każdego i każdy może być wniebowzięty.

czytaj dalej »

Rzecz o sumieniu 46 Autor: Rafał Figas

Aug30

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie refleksja jaka naszła mnie po wysłuchaniu wykładu wskazanego przez Cypiska. Jeśli ktoś jest zainteresowany wysłuchaniem to należy się udać tu: http://www.it.dominikanie.pl/spotkania/ wykład “Kiedy należy słuchać swojego sumienia?” Zbigniewa Bomerta OP.

Osobiście wykład uważam za taki sobie, ale zawiera parę ciekawych myśli. Wykład jest taki sobie, bo o. Bomert w wielu miejscach mówi w sposób albo bardzo skomplikowany, albo bardzo infantylny.

Jednakże do meritum. Wg tezy wykładu bazującej na naukach św. Tomasza:

  1. sumienie jest tożsame z rozumem,
  2. sumienie może być błędne,
  3. sumienie powinno ewoluować.

Przyjmijmy, że zgadzam się ze wszystkimi 3 tezami, bo skoro sumienie może być błędne to, żebyśmy mieli szansę żyć zgodnie z tym czego oczekuje od nas Bóg musi móc ewoluować. Umiejscowienie sumienia w umyśle jest przekonujące, bo to dobre miejsce, które ewoluuje i podpowiada nam jak się zachować. To czy sumienie może w ogóle być błędne oczywiście można poddać w wątpliwość, jednakże myślę, że da się znaleźć trochę przykładów, że tak, rzeczywiście może takie być.

Co z tego wynika? Wynika tyle, że sumienie nie jest absolutnym miernikiem dobra i zła. Jest subiektywnym miernikiem wykształconym w oparciu o nasze życie i zdobyte przez nas doświadczenie. A z tego z kolei wynika, że skoro mamy różne doświadczenia, to znaczy, że mamy różne sumienia. A skoro mamy różne sumienia to nikt z nas nie potrafi powiedzieć co jest absolutnie dobre, a co jest absolutnie złe. Z tego z kolei wynika, że nikt nie może powiedzieć z całą pewnością, że czynię dobrze lub źle, bo nie ma gwarancji, że jego sumienie nie jest błędne. Ergo nikt z nas nie jest pewien, co jest dobre, a co jest złe. Jeszcze lepiej: dzisiaj uważam, że X jest dobre, ale w związku z nowym doświadczeniem jutro uważam, że X jest jednak złe. W praktyce oznacza to, że cały czas się uczymy i odkrywamy świat. W dodatku pech chciał, że nigdy nie będziemy wiedzieli, czy nasz rozum jest już doskonały i potrafi zawsze ocenić prawidłowo, dlatego, że nie mamy punktu odniesienia, nie wiemy, czyj rozum jest doskonały.

czytaj dalej »

Szeroki kąt 58 Autor: Rafał Figas

Aug17

Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś poza czasem i szybujesz nad gęstymi lasami w górach i obserwujesz starożytne plemię Indian. Prowadzi ich wódz, który próbuje znaleźć dla nich nowe schronienie po tym jak poprzednie uległo zniszczeniu przez kataklizm. Docierają do doliny bogatej w roślinność i zwierzynę. Rozpoczynają nowe życie. Żyje wśród nich mały chłopiec, który obserwuje życie plemienia. Z niezrozumiałej dla niego przyczyny, pewnego dnia, dochodzi do walki między dwoma członkami plemienia, w trakcie której jeden z nich ginie. Niespokojny dzień przemienia się w niespokojną noc – w trakcie burzy piorun powoduje pożar chat, które pobudowali. Wielu ginie, tracą domy. Załamany wódz wykrzykuje błagalnie w niebo, z którego szczęśliwie spada deszcz i ratuje to, co jeszcze zostało.

Następne co widzisz to ognisko, przy którym ten, którego pamiętasz jako chłopca, już jako starzec opowiada młodym dawne dzieje plemienia. W dawnych czasach tego plemienia bogowie zniszczyli ich domostwa i kazali im wynosić się z ich wspaniałej krainy. Aby nie pozostawiać ich samym sobie dali im Wielkiego Ducha – wodza, który ich prowadził, aż doprowadził ich do wspaniałej krainy, jednakże pobratymcy nie uszanowali daru bogów i znowu zaczęli czynić zło i zabijać się wzajemnie. Za karę bogowie zesłali ogień z nieba, który zaczął ich zabijać. Tylko gorące modły Wielkiego Ducha powstrzymały bogów, którzy zgasili wielki ogień i uratowały im życie. Od tego czasu plemię wyznaje zasadę, zakazującą zabijania się wzajemnie, a ludzie wznoszą modły do Wielkiego Ducha, by zaniósł ich prośby do bogów, a raz do roku całe plemię wykonuje taniec dziękczynny.

Plemię prosperuje całkiem nieźle i rośnie w siłę. Granice jego terytorium zaczynają stykać się z granicami terytoriów innych plemion. Początkowy strach plemienia zostaje podsycony wizerunkiem nieznanego, bezimiennego boga o dwóch twarzach. Wódz plemienia uznaje obcych za bluźnierców, ponieważ uważają, że ich bóg jest potężniejszy od Wielkiego Ducha. Dochodzi do wojny między plemionami. Skutkiem tej wojny jest podbicie obcego plemienia, ale jednocześnie również wyłonienie się grupy, która uważa, że zasada Wielkiego Ducha „nie zabijaj” musi dotyczyć wszystkich, a nie tylko członków plemienia. W ten sposób powstaje nowy odłam wyznawców Wielkiego Ducha.
czytaj dalej »

XVII niedziela zwykła: Sprzedał wszystko, co miał 2 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jul27

(1 Krl 3,5.7-12; Rz 8,28-30; Mt 13,44-52)

Z przypowieścią o człowieku, ktory znalazł skarb ukryty na cudzym polu, mamy wcale niemały kłopot, ktory można by sformułować w pytanie – czy ten człowiek postąpił sprawiedliwie, moralnie poprawnie? Odkupując pole, wiedział przecież, że jest ono warte o wiele więcej. Czy nie powinien był powiadomić właściciela pola o odkryciu skarbu i liczyć na to, że sprzedający doceni jego uczciwość i spuści z ceny? A może jednak postąpił słusznie, zgodnie z wymogami rynku? Kupujący stara się przecież cenę zbić, obniżyć, a nie podwyższyć, a sprzedający, skoro nie zna prawdziwej ceny swego towaru, który wystawił na sprzedaż, jest sam sobie winien, niech nie narzeka i dalej się nie kompromituje. Jego strata, moj zysk i o to w handlu chodzi.

Rzecz jednak w tym, że nie o handel tu chodzi, ale o coś nieskończenie ważniejszego, bo o życie, ktore przecież nie ma ceny, bo nie mieści się na żadnej skali ocen. Jest bezcenne. I nie chodzi tutaj tylko o samo istnienie, trwanie w czasie, ale o to, że daje nam ono możliwość pomnażania skarbow, z ktorych Chrystus buduje nową ziemię i, o dziwo, rownież nowe niebo. Znalazca skarbu w roli czy kupiec poszukujący pereł sprzedają przecież wszystko i za cenę wszystkiego, co mają, nabywają nowy skarb, nowa perłę, a więc coś, co już nie da się zamienić na coś wartościowszego, co nie ma ceny, co jest na zawsze.

W przypowieści o rybakach sortujących ryby i o ojcu rodziny, ktory umiejętnie łączy stare z nowym, zawarta jest przestroga przed możliwością popełnienia błędu. Wysilając się, trudząc dla dobra, kierując się dobrymi intencjami, chcąc służyć Bogu i ludziom, można bardzo łatwo zatoczyć krąg i tak naprawdę wysilać się, trudzić jedynie dla siebie, dla swojego dobra.

* * *

A zatem miłość zna tylko jedno rownanie: wszystko za wszystko, jak w małżeństwie i jak w celibacie. Nie chodzi o handel, ale o to, by sobą karmić innych i samemu posilać się innymi – jak we mszy.

W zeszłym tygodniu nie pojawił się na BP artykuł w cyklu, przepraszamy i publikujemy go poniżej.

czytaj dalej »

Ewangelizacja w YouTube’ie 1 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jul9

Nie widziałem tego wcześniej, a parę odcinków już było. Pisała dziś o pomyśle franciszkanów Gazeta. A to kilka odcinków:


Więcej na franciszkanie.net
Pokolenie Google szuka Boga?

WSFiT 6 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jul7

Warszawskie Studium Filozofii i Teologii. Pierwsza tego typu placówka – niezależna od Kościoła – w Polsce. Miejsce wydaje się interesujące. Byliście tam, macie zdanie na jego temat? W Arce Noego pisała o szkole Katarzyna Wiśniewska: “Poszukiwania po czterdziestce”. Raczej zachęcająco.

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com