<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Blog Powszechny &#187; Wiara</title>
	<atom:link href="http://www.blogpowszechny.pl/category/wiara/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.blogpowszechny.pl</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Tue, 24 Jan 2012 22:32:16 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
<xhtml:meta xmlns:xhtml="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex" />
		<item>
		<title>Pina Bausch i wcielanie człowieka</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 27 Dec 2011 22:01:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1707</guid>
		<description><![CDATA[Pina Bausch, zmarła w 2009 roku wybitna niemiecka choreografka, już za życia była legendą tańca. Wraz ze swoim Tanztheater Wuppertal Pina Bausch w Wuppertalu w Niemczech stała się jednym z najbardziej kontrowersyjnych zjawisk artystycznych w świecie tańca. Wim Wenders przymierzał się do nakręcenia filmu o Bausch już od dłuższego czasu. Gdy ruszono z pracami w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Pina Bausch, zmarła w 2009 roku wybitna niemiecka choreografka, już za życia była legendą tańca. Wraz ze swoim Tanztheater Wuppertal Pina Bausch w Wuppertalu w Niemczech stała się jednym z najbardziej kontrowersyjnych zjawisk artystycznych w świecie tańca.<a href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory"><img class="alignright size-medium wp-image-1710" title="Pina Bausch, 1940 – 2009, foto: Wilfried Krüger" src="http://www.blogpowszechny.pl/wp-content/uploads/2011/12/17_2_pina_bausch_krueger-199x300.jpg" alt="" width="199" height="300" /></a></p>
<p>Wim Wenders przymierzał się do nakręcenia filmu o Bausch już od dłuższego czasu. Gdy ruszono z pracami w połowie 2009 roku, artystka nagle zmarła na raka. Wenders postanowił dedykować jej swój film. Premiera odbyła się na festiwalu Berlinale, 13 lutego 2011. Film otrzymał niemiecką nagrodę filmową, jako najlepsza produkcja dokumentalna. Od kilku tygodni jest na ekranach polskich kin.</p>
<p>Cztery z kilkudziesięciu spektakli Bausch stały się główną osnową filmu: Le sacre du printemps, Café Müller, Kontakthof oraz Vollmond. Wokół fragmentów tych przedstawień oplatają się indywidualne wypowiedzi współpracowników Bausch – aktorów Tanztheater. Lecz z ich ust nie pada ani jedno słowo. Praktycznie nie widzimy poruszających się warg. Wszystko o Bausch jest opowiedziane ruchem ciała. Krótkie zdania, padające gdzieś spoza ekranu, na którym pojawiają się twarze kolejnych osób, ujmują najważniejsze przeżycia aktorów dotyczące kontaktu z Bausch. Niektórzy zresztą w ogóle nie formułują swojej wypowiedzi słownie. Najważniejsze jest ciało, ruch i przestrzeń (często miejska i przemysłowa przestrzeń Wuppertalu). Jest to długa seria krótkich, ekspresyjnych, wyrafinowanych etiud – hommage  à Bausch. Niektóre są bardzo poruszające. Jak chociażby ta pod koniec filmu, gdy jedna z aktorek zasypuje ziemią inną, tańczącą. Wrażenie wywołane niesamowitymi układami choreograficznymi i oryginalną scenografią wzmocnione jest przez technikę 3D.</p>
<p><span id="more-1707"></span></p>
<p>Bausch wyłania się z tych wspomnień jako jakaś guru, mistrzyni, która przenika człowieka do głębi i potrafi jednym słowem wypowiedzieć o nim prawdę. Niczym starożytna matka pustyni potrafi wypowiedzieć słowo, które trafia w sedno i przemienia człowieka.  Fascynujące jest to, jak Bausch pracowała nad ciałem i ruchem swoich aktorów, jak ich kochała, darzyła szacunkiem, pragnęła ich rozwoju, ich pełni, by potrafili wyrazić to, co jest w nich ukryte i głębokie. Słynne stało się jej powiedzenie: &#8220;My pieces grow from the inside out&#8221; (moje przedstawienia rosną od wnętrza). Nie raz też powtarzała, że dla niej najważniejsza jest konkretna osoba, jej przeżycia, jej specyficzny sposób wyrazu. Większość jej przedstawień to opowieści o poszukiwaniu miłości, bliskości, relacji międzyludzkich, szczególnie między kobietami i mężczyznami, z całym bogactwem napięć i trudności. Często też wracała do tematu lęku, samotności, alienacji, niezdolności do tworzenia relacji, odrzucenia, poszukiwania tożsamości. Ale to wszystko też przeplatane jest humorem, czułością I nadzieją.</p>
<p>Oglądanie tego filmu jest szokiem dla kogoś, kto większość życia spędza siedząc i porozumiewa się tylko słowami mowy. Odżywa fascynacja ludzkim ciałem. Jego możliwości stają przed człowiekiem jak objawienie.</p>
<p>W kontekście świętowania Bożego Narodzenia pojawiał się jednak we mnie jakiś smutek. Dotyczył on tego, że w chrześcijaństwie tak niewiele mówi się o ciele, tak mało się używa ciała, tak bardzo się go w jakiś sposób lęka. A jeżeli już się zwraca uwagę na ciało i ruch, to sposoby jego aplikacji są bardzo wystylizowane, bardzo wepchnięte w schematy, jakby z obawy, by przypadkiem się nie wymknęło (jak to jest w liturgii).  Czasem może się wydawać, że w chrześcijaństwie mówi się o ciele prawie wyłącznie w kontekście seksu oraz miłości małżeńskiej (w tym kontekście przede wszystkim rozwija się teologię ciała).</p>
<p>Oglądając „Pinę” Wendersa, myślałem o Wcieleniu i o tym, czy rzeczywiście wyciągamy z tego faktu wszystkie konsekwencje. Pina Bausch uczyła wcielać człowieka. Bausch wciąż pytała swoich aktorów, czego tam gdzieś głęboko pragną, co jest ich najgłębszą tęsknotą. Prowadziła ich do kontaktu z tym, co w nich najgłębsze, z istotą bycia człowiekiem i uczyła to wcielać. (Szybko przychodzi na pamięć to, co uczył Karl Rahner o antropologii, która w swej istocie jest chrystologią). W jej teatrze jest coś co można by traktować jako preparatio evangelica, właśnie poprzez szukanie prawdy o człowieku w jego wnętrzu i uparte poszukiwanie coraz bardziej adekwatnych możliwości ekspresji owej prawdy w ludzkim ciele, poprzez ruchy, gesty, postawy, mimikę, cały język ciała. Zaskakujące, jaki skarb jest w nim ukryty, ile można opowiedzieć bez użycia słów. Może nawet opowiedzieć historię Boga, który chciał je przyjąć.</p>
<p>Patrząc na artystów Piny Bausch pogłębiało się we mnie przekonanie, że Wcielanie było i jest możliwe, i że Bóg wyposażył ludzkie ciało nawet w możliwości ekspresji Bożej największej Tajemnicy. Jakże mało z tego korzystamy. Czyli, jakże mało praktykujemy dogmat o Wcieleniu.</p>
<p>“Pina”, reż. Wim Wenders,  prod. Francja, Niemcy, Wielka Brytania. Polska premiera: 21 października 2011. Czas trwania: 1 godz. 46 min.</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/27/pina-bausch-i-wcielanie-czlowieka/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pułapka metafory</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 24 Dec 2011 10:57:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>
		<category><![CDATA[Boże Narodzenie]]></category>
		<category><![CDATA[Czesław Miłosz]]></category>
		<category><![CDATA[Jezus Chrystus]]></category>
		<category><![CDATA[metafora]]></category>
		<category><![CDATA[poezja]]></category>
		<category><![CDATA[święta]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1699</guid>
		<description><![CDATA[Metafora nie jest domeną doświadczenia, a domeną języka. Ma charakter nie duchowy, a intelektualny, w najlepszym razie psychiczny, i powoduje reakcje umowne, konwencjonalne. Metafory się uzgadnia nie w toku własnego jestestwa, ale w toku uwarunkowań kulturowych i społecznych. To jest pewna ludzka działalność, jedna z wielu sprawności, które człowiek posiada. Metaforę się napędza, sama z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p align="JUSTIFY"><a href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory"><img class="alignright size-medium wp-image-1702" title="&quot;Madonna Loretańska&quot;, obraz Caravaggia" src="http://www.blogpowszechny.pl/wp-content/uploads/2011/12/Madonna-180x300.jpg" alt="" width="180" height="300" /></a>Metafora nie jest domeną doświadczenia, a domeną języka. Ma charakter nie duchowy, a intelektualny, w najlepszym razie psychiczny, i powoduje reakcje umowne, konwencjonalne. Metafory się uzgadnia nie w toku własnego jestestwa, ale w toku uwarunkowań kulturowych i społecznych. To jest pewna ludzka działalność, jedna z wielu sprawności, które człowiek posiada. Metaforę się napędza, sama z siebie nie istnieje.</p>
<p align="JUSTIFY">Liryka, która jest specjalnie wypreparowanym środowiskiem metafor, nie jest sprawą życia, ale jest sprawą jakiejś kreacji, mniej lub bardziej rozwojowej i szczerej. To wynik różnych przedsięwzięć, ale na ogół nie jest to wynik tego, co można by nazwać roboczo prawdą o człowieku. W poezji niemożliwa jest rekonstrukcja, odpowiedź na pytanie: <em>co poeta miał na myśli?, </em>to nie jest dialog z człowiekiem, a pewien rodzaj narracji.<em> </em>Poezja może być prawdą, ale raczej o obecności podmiotu lirycznego w świecie, nie o nim samym. Nie sposób wyśledzić w podmiocie lirycznym człowieka, który mógłby się za podmiotem kryć. Nie widziałem nigdy w poezji tego, co się w judeochrześcijańskim kręgu nazywa<em> sercem</em>, choć, trzeba to przyznać, widziałem w poezji wiele piękna i wiele sensu.</p>
<p align="JUSTIFY"><span id="more-1699"></span>Co ciekawe, jeśliby któryś autor próbował mówić o <em>sercu, </em>do <em>serca </em>oczywiście wcale nie docierając, to popaść może w niebezpieczne tendencje romantyzujące i tajemnice <em>serca </em>będzie rejestrował przemocą, wikłając się nawet w konotacje wampiryczne i sekciarskie. Mickiewicz chciał być poetą <em>serca </em>i doprowadziło go to do kryzysu. Jakże inaczej na tym tle prezentuje się Czesław Miłosz, który był poetą umiaru i równowagi, i z jego poetyckiej dykcji da się wyłącznie odczytać ślad <em>serca, </em>samo<em> serce </em>zaś<em> </em>jest nietykalną tajemnicą. Dużo za to jest piękna, stoicyzmu, historii, rysowania krajobrazów, swoistej scenografii dla <em>serca.</em> Świat Miłosza żyje, jest sensowny i celowy, ale tylko sugeruje sens, nie próbuje go okiełznać.</p>
<p align="JUSTIFY">Różne są doktryny w teorii literatury, jedne w poezji widzą siłę umysłu, wytężoną pracę, warsztat, inne siłę uczuć, jeszcze inne, zwłaszcza te najnowsze, uważają często, że poezja jest sprawą swoistej gry i eksperymentu. A Czesław Miłosz uważał, że poezja jest proroctwem, że dajmonion ją szepce. Ale, teraz już przechodząc na grunt Objawienia Bożego, proroctwa nie są Chrystusem. Chrystus przyszedł po proroctwach. Podobnie z metaforą: nie niesie życia, co najwyżej jakoś je zdradza. Często zaś zniewala.</p>
<p align="JUSTIFY">W kontekście powyższej refleksji patrzę na Boże Narodzenie. I widzę w nas rzecz niebezpieczną: tryumf metafory nad Chrystusem. Tryumf różnych proroctw i znaków nad obecnością Pana. Czasami w poezji znać jaskrawą przewagę metafory nad życiem autora, język mu się jawnie wymyka spod kontroli, staje się abstrakcyjny. Więcej gmatwa niż mówi. Podobnie jest po wielekroć z naszym patrzeniem na święta.</p>
<p align="JUSTIFY">Powtarzalność kalendarza liturgicznego zmetaforyzowała w oczach ludzi Jezusa Chrystusa. Rozerwała życie na codzienność i na konwencję odtwarzaną co dwanaście miesięcy. Życie ma odtąd w sobie powszedniość i święto, i Jezus zostaje zepchnięty do drugiego obszaru. Dostrzegamy w tym przedłożenie języka nad <em>serce. </em>Oto Chrystus, który jest w Kościele codziennie i codziennie Go można szukać, zaczyna być bardziej<em> </em>widoczny w okolicach świąt, w ich specyficznych słowach i gestach. Traci niejako autonomię, nie jest Chrystusem, ale jakimś duchem świąt. Nie jest jako żywy Chrystus, ale jako swoisty cień Chrystusa. Chrystus staje się tym, który się co roku rodzi w Betlejem, o którym się corocznie mówi w czasie teraźniejszym, ale jest to teraźniejszość poezji, a nie teraźniejszość ludzkiego doświadczenia. Chrystus jest <em>teraz</em>, ale nie w życiu, ale <em>teraz </em>w pewnej kulturowej celebracji. Jest jak oglądany film. Rzeczywiście <em>teraz, </em>ale za moment się skończy.</p>
<p align="JUSTIFY">Język, choć go z okazji świąt za wszelką cenę chcemy powiązać z Bogiem, sugeruje jednak prawdę o naszej postawie. Mówimy do dzieci: <em>popatrz, tam w szopce jest Jezusek.</em> <em> </em>Mówimy także: <em>muszę pójść do spowiedzi, Jezus się rodzi. </em>Jak to wytłumaczyć? Czy nie pewnym rozdwojeniem? Jak wytłumaczyć namnożenie religijnych atrybutów, szopek, nabożeństw, okołoświątecznych zabiegów? Czy to nie jest sztuka zamiast życia? Bardziej szczere może być, tak myślę, błogie lenistwo w święta i beztroskie kupowanie, niż teatr, który Jezusa sprowadza do corocznych uniesień, na jednym poziomie stawiając Zbawiciela, szopkę, barszcz i biały obrus. Znam historię człowieka, który tak się przejął symboliką świąt, że się pochorował w Wigilię, bo sobie uprzytomnił, że zapomniał o zdobyciu opłatka.</p>
<p align="JUSTIFY">Wygląda to zatem u nas mniej więcej tak: opłatek jest, karp jest, Jezusek w szopce jest, więc wszystko gra. To spis metafor, z życiem niewiele ma to wspólnego.</p>
<p align="JUSTIFY">Zastanawiają mnie także mocno takie wynurzenia, które biegną w drugą stronę: że Boże Narodzenie powinno być codziennie, bo codziennie trzeba żyć z Chrystusem. Zastanawiają mnie egzaltacje kaznodziejów, którzy na Pasterkach mówią, że Jezus rodzi się w sercu każdego człowieka, kiedy ten przyjmuje Komunię. To jest próba ochrzczenia wyżej przedstawionych tendencji. Ludzie chcą mieć święta i to głównie święta ich mobilizują do czegokolwiek, więc się im te święta próbuje rozciągnąć na codzienność, próbuje się to Boże Narodzenie za wszelką cenę powiązać z Jezusem. Próbuje się frazę <em>Boże Narodzenie </em>przypiąć do czego tylko się da. Kombinuje się jak może. Kiepski poeta czasami szuka metafor na siłę.</p>
<p align="JUSTIFY">Kombinowanie powinno zamienić się w pewien wyraźny komunikat. Dobrze, że są święta i dobrze, że jest wtedy więcej czasu na rozmowy. I dobrze, że Kościół ma kalendarz liturgiczny, że nie wszystkie msze są odprawiane według jednego formularza. Warto liczyć na to, że święta autentycznie kogoś zainspirują. Trzeba jednak wyraźnie widzieć w świętach pewną umowność i dodatek, jedynie język, opowieść. Warto świąt nie czynić elementem będącym na równi z doświadczeniem życiowym. Warto w świętach widzieć przenośnię. Nie żyć w niewoli schematu: w czerwcu wakacje, we wrześniu szkoła, w grudniu Jezus.</p>
<p align="JUSTIFY">Jakoś trzeba odróżniać poezję od samego siebie. Wyobrażam sobie rzeczywistość, w której nie obchodzi się świąt. Nie miałoby to pewnie żadnego negatywnego wpływu na odkrywanie własnego serca i szukanie Jezusa, może nawet wręcz przeciwnie. Czasami może lepiej nie świętować&#8230; Ebenezer Scrooge podniósł rękę na Boże Narodzenie i ujrzał prawdę o sobie. Stary ksiądz powiedział mi kiedyś: <em>spróbuj święta spędzić bez świętowania, samemu. Pewnie się czegoś dowiesz na swój temat, gdy wyrzucisz choinkę.</em></p>
<p align="JUSTIFY">Czasami warto nie czytać wierszy.</p>
<p align="JUSTIFY"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/24/pulapka-metafory/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mit Bożego Narodzenia</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 22 Dec 2011 20:33:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>
		<category><![CDATA[Boże Narodzenie]]></category>
		<category><![CDATA[mit]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1696</guid>
		<description><![CDATA[„W jeden, wyjątkowy dzień w roku, pięć kobiet i pięciu mężczyzn przekona się, że przed miłością i świętami nie da się uciec”, a „pogubieni życiowo bohaterowie odkryją, że to, co ich spotkało, to właśnie miłość!” To oczywiście reklama hitu sezonu: &#8220;Listy do M.&#8221;. Film ten, podobnie jak przed laty, angielski produkt, „To właśnie miłość”, wydają [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>„W jeden, wyjątkowy dzień w roku, pięć kobiet i pięciu mężczyzn przekona się, że przed miłością i świętami nie da się uciec”, a „pogubieni życiowo bohaterowie odkryją, że to, co ich spotkało, to właśnie miłość!” To oczywiście reklama hitu sezonu: &#8220;Listy do M.&#8221;. Film ten, podobnie jak przed laty, angielski produkt, „To właśnie miłość”, wydają się być symptomem pewnych przemian w świadomości społeczeństwa dotyczącej świąt Bożego Narodzenia. Odnoszę coraz mocniejsze wrażenie, że Boże Narodzenie zaczyna w powolny ale konsekwentny sposób ulegać mitycznej świadomości, która posługuje się pewnymi schematami, uproszczeniami, obrazami, akcentuje elementy emocjonalne, klimat, nastrój, określone motywy muzyczne, rytuały czy obrzędy. W miarę tej obróbki, Boże Narodzenie pozostaje świętowaniem, ale na pewno nie narodzin Jezusa Chrystusa.</p>
<p><span id="more-1696"></span></p>
<p>Do mitycznej otoczki Bożego Narodzenia należy przede wszystkim pewien nastrój czy klimat stwarzany, z jednej strony, przez „sektor handlowo-usługowy”, a z drugiej, przez tradycję, za pomocą ustrojonej choinki, prezentów pod choinką, życzeń, szczególnego rodzaju utworów muzycznych, wieczornej kolacji, podczas której ludzie składają sobie życzenia (głównie zdrowia i pieniędzy), łamiąc się tzw. opłatkiem. Do rytuałów należy także serdeczne ściskanie sobie dłoni, ciepłe obejmowanie, przebaczanie sobie, pojednanie, starania by rozpoczynania relację na nowo. Boże Narodzenie zaczyna trochę funkcjonować jak mit raju, czyli czasu, w którym wszyscy są dla siebie dobrzy, życzliwi i pełni miłości; albo jako mit nowego początku – momentu, od którego możemy zacząć na nowo żyć, układać relacje. Boże Narodzenie staje się świętem międzyludzkich pozytywnych relacji i odnawiania, naprawiania i uzdrawiania tych relacji, które w jakiś sposób pękły. Rzeczywiście, „odwołując się do wyobraźni i uczuć mity wywołują reakcję emocjonalną i pobudzają do konkretnego działania. Zachęcają one do postępowania w określony sposób, przekazując sądy wartościujące i idealne cele, do których należy dążyć” (I. Barbour).</p>
<p>Niestety, zanika element religijny, wymiar chrześcijański, który wcześniej nie był elementem czy wymiarem tego święta, ale jego istotą. Komentarze do ostatnich badań CBOS stwierdzają, że „religijny aspekt świąt Bożego Narodzenia jest najważniejszy dla nieco ponad jednej czwartej dorosłych Polaków”.  Zauważa się praktykowanie tzw., &#8220;bożonarodzeniowej religijności&#8221;, która polega na tym, że wielu luźno związanych z religią, albo w ogóle nią nie zainteresowanych osób, angażuje się w całą otoczkę świąt. Dla ogromnej większości Polaków najważniejsze są elementy odwołujące się do życia rodzinnego i tradycji. (za KAI).</p>
<p>Mityczna świadomość, która zajmuje się obróbką Bożego Narodzenia zupełnie neutralizuje to święto. Zostaje uśmierzony jego niebezpieczny potencjał – niebezpieczny oczywiście dla skoncentrowanego na sobie i konsumpcyjnie żyjącego człowieka. W oryginalnym, chrześcijańskim rozumieniu święta Bożego Narodzenia wcale nie są takie nastrojowe. Ciepły i sympatyczny żłóbek w naszych kościołach i domach wcale nie oddaje dramatu młodej rodziny, która nie ma nawet gdzie przyjąć na świat dziecka oraz napięcia, spowodowanego spiskiem Heroda. Wiemy też, że Herod, a z nim cała Jerozolima przerazili się na wieść o narodzeniu Chrystusa. (To, że nikogo dziś nie niepokoi Boże Narodzenie powinno zastanawiać). Miły nastrój niszczy już nazajutrz po Bożym Narodzeniu święto Szczepana, pierwszego męczennika, a dwa dni później wspomnienie rzezi niewinnych dzieci z Betlejem. Tak to układa liturgia, a więc najgłębsza świadomość duchowa Kościoła. W ten sposób podkreślany jest aspekt świadectwa i radykalnego wyboru Chrystusa, i to aż do przelania krwi. Pojawienie się Boga pośród świata stawia każdego twarzą w Twarz z dramatyczną decyzją: opowiedzieć się za Nim lub przeciwko. Wymaga zakwestionowania pierwszeństwa ludzkich relacji, nawet najbliższych (Mt 10, 37; Łk 14, 26), a nawet może prowadzić do ich zerwania: „Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową” (Mt 10, 34-35; Łk 12, 51-53). Tymczasem w drugi dzień świąt w sklepach zaczyna się już szał poświątecznej wyprzedaży.</p>
<p>Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu podlegamy oddziaływaniu mitycznego myślenia. W końcu ta potrzeba jest częścią naszej ludzkiej natury. Jednak chrześcijanie winni się bronić przed li tylko mitycznym przeżywaniem świąt. Trzeba przełamywać czy też rozbijać mit – można by powiedzieć, transponując i przerabiając ideę Paula Tillicha. Chodzi o to, by mieć żywą świadomość tego, co w Bożym Narodzeniu jest najistotniejsze, że cały ten nastrój i rytuał to tylko otoczka, a tak naprawdę to nie o to chodzi. To święto nie tyle ma na celu nowy początek czy stworzenie złudnego poczucia ziemskiego raju, ale ma zachęcić nas do głębszego świadectwa o Chrystusie. Rodzi pytanie, czy przyjście Chrystusa coś zmienia w moim życiu? Czy budzi niepokój? Czy jest wyzwaniem? Czy może dalej żyję w świecie, w którym nie ma zbawienia ani Zbawiciela i muszę liczyć tylko na siebie?</p>
<p>Mit Bożego Narodzenia jest o wiele bardziej zrozumiały dla zwykłego człowieka i przeciętnego konsumenta kultury masowej niż fakt wcielenia Boga. Mit ten rodzi się po prostu dlatego, że coraz trudniej jest ludziom zrozumieć religijne znaczenie tego święta. Istnieje ono w kalendarzu, i pewnie będzie istnieć, a pluralistyczne społeczeństwo musi sobie jakoś poradzić z jego istnieniem, tzn., tak je przeinterpretować, by wszyscy się w nim odnaleźli. Tym przeinterpretowywaniem zajmuje się kultura masowa, która jest jednym wielkim tyglem, ogromną betoniarką, w której się wszystko mieli i wszystko ze wszystkim kojarzy. A celem tego mieszania jest to, by z symboli, obrazów, motywów, nastrojów skonstruować jedną narrację, która będzie pozwalała odnaleźć się jak największej ilości osób, będzie dawała narzędzia do produkowania sensu możliwie najszerszej grupie społecznej – no właśnie: Boże Narodzenie to święto miłości (przez małe „m”).</p>
<p>Jako chrześcijanie jesteśmy bezradni wobec tych potężnych procesów, sterowanych przecież przez głębokie ludzkie potrzeby i mechanizmy psychiczne. Możemy tylko próbować przełamywać mit (choćby pośród samych chrześcijan) i być znakiem sprzeciwu, przypominając o niebezpiecznym pytaniu, jakie stawia wcielenie Boga, który stając się człowiekiem zjednoczył się z każdym z nas. To Chrystus jest Mesjaszem, czyli tym, który przynosi pokój i radość, otwiera raj i daje szanse nowego początku. On jest Miłością. Sami nie jesteśmy w stanie sobie tego dać. Wszystko to jest darem spoza nas. Gdy pomijamy wcielonego Boga, musimy siebie oszukiwać, albo wierzyć w moc mitów i rytuałów.</p>
<p>Jacek Poznański SJ, Wydział Filozofii Akademii IGNATIANUM w Krakowie</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/12/22/mit-bozego-narodzenia/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pusty grób</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/01/pusty-grob</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/01/pusty-grob#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 01 Nov 2011 18:59:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1618</guid>
		<description><![CDATA[Niewiasty przyszły do grobu z wonnościami i chciały namaścić ciało Jezusa. Czym są te wonności, co znaczą? Egzegeza na pewno przyniesie jakieś rozwinięte wyjaśnienia, roztoczy przed nami szeroką symbolikę judaizmu, zwyczaje religijne ludu izraelskiego, a także nakreśli tło teologiczne dla gestu namaszczenia. Popatrzmy jednak na sprawę potocznie, bardziej psychologicznie niż biblijnie. Owe &#8220;przygotowane wonności&#8221;, z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;">Niewiasty przyszły do grobu z wonnościami i chciały namaścić ciało Jezusa. Czym są te wonności, co znaczą? Egzegeza na pewno przyniesie jakieś rozwinięte wyjaśnienia, roztoczy przed nami szeroką symbolikę judaizmu, zwyczaje religijne ludu izraelskiego, a także nakreśli tło teologiczne dla gestu namaszczenia. Popatrzmy jednak na sprawę potocznie, bardziej psychologicznie niż biblijnie.</p>
<p>Owe &#8220;przygotowane wonności&#8221;, z którymi Niewiasty przychodzą do grobu, zdają się oznaczać różne osobiste oczekiwania Niewiast wobec Jezusa, ich pamięć, chęć przywołania wszystkich dobrych spraw z przeszłości, są może także wyrazem rozczarowania, że wszystko się już skończyło. Niewiasty chcą namaścić ciało Jezusa z sympatii do Mistrza, chcą godnie pożegnać przyjaciela, wonności na pewno mieszają się ze łzami, gdzieś w tym wszystkim majaczą frustracja i zniechęcenie.</p>
<p><span id="more-1618"></span>Wydaje mi się, że wonności są wyrazem zawartości serc Niewiast, które nie uwierzyły w słowa o zmartwychwstaniu i w Królestwo Boże, ale skoncentrowały się na przeżywaniu zupełnie po ziemsku pojętych wypadków z życia Jezusa. Wonności zdają się być zwrotem ku przeszłości, mamy niewątpliwie do czynienia z namaszczaniem wspomnień, z pewną grą sentymentami i tradycjami. Wonności to głos serca, które nie zrobiło jeszcze kroku naprzód, nie podjęło odważnych decyzji, wciąż wpatruje się w grób i w grobowe obyczaje. Jego największym zmartwieniem jest to, &#8220;kto nam odsunie kamień?&#8221;. Większych spraw to serce nie widzi.</p>
<p>Niewiasty wchodzą do grobu z głowami pełnymi rozmaitych legend i przyzwyczajeń, pełnymi wiedzy o różnych żydowskich zwyczajach i praktykach, chcą Jezusa tymi praktykami niejako wygładzić, wciągnąć go w wir pobożnych gestów, zamaskować nimi wydarzenie krzyża. Uciec w ten sposób od swoich zranień i żalu, że stało się inaczej, niż się spodziewały.</p>
<p>Ale Jezusa w grobie nie ma. Jezus okazał się być kimś przekraczającym wspomnienia, żale i rozczarowanie, kimś, kto pokonuje różne ludzkie śmierci, łącznie z biologiczną.</p>
<p>Przeżywamy czas, kiedy na cmentarze ciągnąć będą pielgrzymki Polaków, ludzie będą dźwigać naręcza różnych &#8220;wonności&#8221;, mnóstwo zniczy i kwiatów. Po co będą to wszystko dźwigać, czemu to służy, co ludzie chcę w ten sposób wyrazić?</p>
<p>Chcą wypowiedzieć to samo, co niegdyś Niewiasty: pamięć o zmarłych, kulturową cześć, swoją religijną obowiązkowość. Chcą w zniczach i kwiatach zawrzeć swoje ludzkie uczucia, jakieś żale, bóle, ukryte pretensje, rozczarowania. Chcą się ze zmarłymi rozliczyć i wystawić im rachunek, chcą mieć z nimi święty spokój, nie chcą, żeby ci zmarli byli im jakimś wyrzutem sumienia.</p>
<p>Spójrzmy na sprawę w tym kluczu: czy w zniczach i kwiatach nie niesiemy na cmentarz swojego zranionego serca, nieuporządkowanych relacji, niedomkniętych ze zmarłymi spraw, niezaspokojonego apetytu na bliskość? Niewiasty w swoich wonnościach skryły z pewnością myśl: &#8220;tyle rzeczy mogłyśmy mu powiedzieć, tyle rzeczy on mógł nam uczynić, ale umarł. Dlaczego, Panie, nas zostawiłeś?&#8221;. My podobną myśl kamuflujemy w swoich zniczach. Serce córki daje przez znicz komunikat, choć jej rozum często nie zdaje sobie z tego sprawy: &#8220;dlaczego, tato, źle nam było ze sobą, dlaczego nie rozmawialiśmy, dlaczego byłeś oschły?&#8221;. Znicze niesione na cmentarz, troska o grób, częste odwiedzanie go wyprzedzają świadomość, zdradzają różne ludzkie traumy, rozdarte relacje. Jeśli się temu przyjrzeć bliżej i uważniej, to widać, że nasze cmentarze odsłaniają tajemnice wielu ludzkich historii. Te nasze monumentalne i wypucowane groby to pogoń za cieniami.</p>
<p>Jest więc chodzenie na cmentarz często jak ściganie starych spraw, których doścignąć już nie sposób, jest jak jakaś antyterapia, jest uciekaniem od prawdy o swoich krewnych i o naszych z nimi sprawach. Wielka kamienna płyta to surogat człowieka, którego się próbuje zatrzymać i mieć przy sobie dla własnego emocjonalnego spełnienia. Być może im więcej zniczy, tym więcej poukrywanych dramatów. Jest wreszcie nasze przywiązanie do cmentarzy fałszywym mniemaniem, że lekarstwem jest stagnacja, powtarzanie obyczajów, ciągły zwrot ku przeszłości.</p>
<p>A lekarstwem jest przecież Jezus Chrystus, nowa wizja ludzkich relacji, przebaczenie względem przeszłości, popatrzenie w przyszłość. W pusty grób. Znam ludzi, którzy mają w swoim życiu wszystkie groby puste. Większość z nas jednak takiego komfortu nie ma, odprawiamy swoje dziady nad tymi grobami. Warto w którymś momencie zrobić pierwszy krok ku zmartwychwstaniu.</p>
<p>Nie śmiem nikomu mówić, jak ma to zrobić, ale doskonale wiem, że każdy z nas musi się na taki krok zdecydować.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/01/pusty-grob"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/01/pusty-grob" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/01/pusty-grob" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/11/01/pusty-grob/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ja jestem Prawdą&#8230;</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 28 Sep 2011 07:30:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1537</guid>
		<description><![CDATA[Eleganckiej, starszej pani, która mi w ostatnią niedzielę próbowała przed kościołem wcisnąć do ręki ulotkę Prawa i Sprawiedliwości, powiedziałem chyba nie najgłupiej: &#8220;Czy się pani nie wstydzi urządzać konkurencję Jezusowi Chrystusowi, który ma zdecydowanie lepszą propozycję?&#8221;. Agitatorka jedynej słusznej prawdy, kolportująca ulotki z mantrą na ustach: &#8220;prawdziwy katolik głosuje na prawdziwego katolika&#8221;, spojrzała na mnie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Eleganckiej, starszej pani, która mi w ostatnią niedzielę próbowała przed kościołem wcisnąć do ręki ulotkę Prawa i Sprawiedliwości, powiedziałem chyba nie najgłupiej: <em>&#8220;Czy się pani nie wstydzi urządzać konkurencję Jezusowi Chrystusowi, który ma zdecydowanie lepszą propozycję?&#8221;.</em></p>
<p>Agitatorka jedynej słusznej prawdy, kolportująca ulotki z mantrą na ustach: &#8220;<em>prawdziwy katolik głosuje na prawdziwego katolika&#8221;, </em>spojrzała na mnie bez wyrazu, oniemiała na chwilę, nie doczekałem się żadnej riposty. Wszystko to odbyło się w przeciągu chwili, ja odszedłem,  a kobieta wróciła do swojej specyficznej pracy. Jak tak patrzyłem po ludziach, opuszczając z nimi teren kościoła, to większość trzymała w garści rzeczone wydawnictwa partyjne, niektórzy się nimi wachlowali, bo dzień, chociaż wrześniowy, był dość ciepły, inni zaczęli od razu uskuteczniać, nie chcąc marnować czasu, gorące polityczne dyskusje.</p>
<p>Widok był naprawdę groteskowy: niby byliśmy po mszy, a aura wokoło była taka, jakbyśmy mieli za sobą jakiś partyjny wiec, miting wyborczy. Zaręczam, że to nie imię Jezusa gościło ludziom na ustach i nie Ewangelia była dyskutowana jako program rozwoju człowieka.</p>
<p><span id="more-1537"></span></p>
<p>Do dzisiaj myślę o tym, choć już kilka dni od tamtej niedzieli minęło, co się wtedy stało, czego ode mnie chciała starsza pani i czy właściwie zareagowałem na jej nachalną promocję Prawa i Sprawiedliwości.</p>
<p><em>Konkurencja dla Jezusa Chrystusa.</em>.. Jest w tym coś na rzeczy, trudno zaprzeczyć&#8230; Zaiste, te ulotki to konkurencja, w dodatku brzydka, kiepska i niewiele warta, godna śmietnika. To najlepsze, co mogło spotkać te ulotki. Bo po co wierzącym w Chrystusa, którzy przyjęli przed momentem Komunię &#8211; w której, jak wierzymy, Bóg dał człowiekowi wszystko, czego człowiek potrzebuje &#8211; jakiekolwiek programy wyborcze, partyjne scenariusze, różne drobne i poszatkowane obietnice gospodarcze, ekonomiczne i społeczne? Po co ochrzczonym, wierzącym w życie wieczne, mającym Ewangelię, drobnica i miałkość jakichkolwiek ustaleń państwowych? Po co politycy i ich slogany ludziom, którzy mają Chrystusa? Po co jakiekolwiek elementy poboczne komuś, kto już otrzymał pełnię?</p>
<p>Ulotki rozdawano po liturgii. Liturgia to, tak nas uczy Kościół, niemal niebo, Boży ład, pełna prawda o powołaniu człowieka i jego relacjach. To udział w tym wszystkim, co Bóg człowiekowi obiecał: w miłości, w pokoju, w poczuciu sensu życia. Kto ma szczęście posiadać rozwiniętą duchowość liturgiczną, ten niczego więcej nie potrzebuje, zna prawdę o sobie, wie, jak żyć. Kto rozumnie i świadomie korzysta z darów Kościoła, ten nie słucha żadnych innych obietnic, no bo niby w jakim celu?  To jest naprawdę bardzo logiczne: kto się nawrócił, komu odpuszczono jego grzechy, kto otrzymuje Boga, ten się nie ogląda za siebie. Nie interesują go surogaty rozwoju, takie jak nasza nędzna, jałowa polityka.</p>
<p>Żałośnie wybrzmiewają zatem ulotki Prawa i Sprawiedliwości dystrybuowane po mszy, przed kościołem. To tak, jakby rozdawać fiaciki ludziom, którzy przed chwilą otrzymali mercedesy. Czymże są propozycje Prawa i Sprawiedliwości &#8211; czy jakiejkolwiek innej partii; o PiS-ie mówię dlatego, że to jego ulotki bezczelnie mi wciskano- wobec propozycji Jezusa Chrystusa? Trzeba przyznać uczciwie: są niczym, są słomą. Dla pewności możemy porównać program obydwu podmiotów, śmiało zestawić treści głoszone przez Prawo i Sprawiedliwość i Ewangelię.</p>
<p>Już pojęcia fundamentalne są odmiennie zdefiniowane. Skrajnie różnie wygląda w obydwu systemach wartości, ewangelicznym i pisowskim, pojęcie prawdy. Dla PiS-u prawda to zespół określonych zdarzeń historycznych, taka, nie inna faktografia, ciągłe śledztwa, tropienie winnych, nieustanne oskarżanie. Prawda ma w tym układzie charakter zewnętrzny, dzieje się wokół nas, to ciąg różnych haniebnych zdarzeń, które są rzekomo generowane przez szeroko pojętą opcję przeciwstawną do PiS-u i z których ta opcja przeciwstawna, zdaniem PiS-u, musi bezwzględnie być rozliczona. Prawda to zatem jakieś zło, które robią <em>oni,</em> przeciw dobru, które realizuje PiS. Prawda to jest to wszystko, co się dzieje w konfrontacji, w zwarciu.</p>
<p>Tymczasem ewangeliczna definicja prawdy ma wymiar immanentny, osobisty, dotyczy ludzkiego wnętrza, ludzkiej kondycji, nie ma rysu fabularnego, nie jest obserwowaną z dystansu narracją. Prawda to nie jest to, co można powiedzieć o jakichś <em>innych.</em> Wyraźnie w Ewangelii stoi, że prawdą jest Chrystus, a zatem prawda jest możliwa tylko przez osobiste, głębokie przyjęcie Chrystusa i jego nauki w misterium Kościoła. Nie ma tym samym żadnej innej prawdy, jak tylko prawda o sobie samym, o swoim życiu, o swoim wnętrzu i o Bogu, który w człowieku i dla człowieka działa. Nie ma żadnej innej prawdy, jak tylko nawrócenie i słuchanie głosu Jezusa. W rozumieniu Chrystusowym nie ma więc czegoś takiego, jak odkrywanie prawdy o katastrofie smoleńskiej, taka rzecz bowiem nie może służyć pryncypiom, lepszemu poznaniu siebie, większej miłości. Można by raczej mówić w tym temacie tylko o możliwości pewnych faktów. Szafowanie wielkim i doniosłym pojęciem prawdy jest tu nadużyciem.</p>
<p>Nadawanie takim jaskrawym, zideologizowanym zdarzeniom funkcjonującym w przestrzeni publicznej wielkiego znaczenia moralnego, utrzymywanie, że chodzi tu o szukanie jakiejś wielkiej prawdy, ma zawsze bardzo podejrzany charakter, jest znajdowaniem kozłów ofiarnych, jest wskazywaniem źdźbła w oku bliźniego, uciekaniem od odpowiedzialności za naprawę własnego życia. Wytykanie innym jakiegoś niesamowitego zła, mówienie, jak to słyszymy obecnie, o <em>krwi na rękach, </em>pozwala zabić niewygodną i trudną wrażliwość na własne rany i błędy. Oczywiście, co innego szukać prawdy w zewnętrznej opowieści, na ekranie telewizora, wśród różnych narodowych czy społecznych obsesji, a co innego nazywać prawdziwie, po imieniu, publicznie, gdy potrzeba, zło czynione w naszym otoczeniu, krzywdę bliźnich.  Niezbyt mądre jest tylko to pierwsze, sprawia, że umiejscawiamy ciężar moralny jak najdalej od siebie.</p>
<p>Życie takimi odległymi <em>prawdami</em>, jakimiś śledztwami wielkiej polityki czy historii, jest domeną wielu ludzi. Jakąś <em>prawdą</em> ukrytą, utajoną, na którą czekają całe lata i którą rzekomo wciąż zakłamują obce siły, ludzie odwracają uwagę od własnych dramatów, w ten sposób unikają troski o własne życie, odpowiedzialności za swoje wybory. Widzieliśmy to na Krakowskim Przedmieściu: grupę sfrustrowanych, obolałych ludzi, narzekających na rząd, wysyłających Donalda Tuska do więzienia, tropiących spiski, pomstujących na państwo, żądających śledztwa w sprawie Smoleńska. Czy tu można mówić o jakiejkolwiek prawdzie? Raczej nie.</p>
<p>Prawdą tych ludzi bowiem w istocie nie jest to, w jaki sposób się rozbił rządowy samolot w kwietniu 2010 roku, ale to, że ktoś się pokłócił z matką dziesięć lat temu i do tej pory się do niej nie odzywa, własną córkę wyrzucił z domu, bo ta zaszła w ciążę niespodziewanie, przez lata okradał swojego pracodawcę, dał wiarę jakimś ideologiom i stereotypom, zrezygnował z rozwoju duchowego, zdradza żonę. Prawdą jest to, co kto ma na sumieniu, jak jest traktowany przez innych i jak innych traktuje, czy umie kochać, jakie ma zadry i bóle w sobie, jak był wychowywany, w co wierzy, jaką ma odwagę w ocenie własnego życia, czy jest gotowy uwolnić się od własnego egoizmu.</p>
<p>To jest prawda, którą chce z nami udźwignąć Chrystus i którą chce nas doprowadzić do zbawienia. I tylko to się godzi nazywać prawdą. Bo tylko z tym &#8211; z żywym człowiekiem &#8211; wchodzi w relację Jezus Chrystus, Prawda.</p>
<p>Powie ktoś w tym miejscu, że PiS to przecież  nie tylko polityka historyczna, szukanie jakiejś <em>prawdy</em> dziejowej, ale także, na przykład, ustawodawstwo przychylne moralności chrześcijańskiej. Ale czy to prawo definiuje katolika? Czy myślenie na poziomie legislacyjnym, strach przed paragrafami, sprowadzanie wszystkich do jednego ustawowego wzoru, niezależnie od tego, na jakim są etapie rozwoju moralnego, jest zgodne z duchem Ewangelii? Czy to na odpowiednich regulacjach ma się opierać wychowywanie ludzkiej wolności?</p>
<p>Te ulotki pisowskie rozdawane przed kościołem, ludzka potrzeba ich brania &#8211; chociaż  dopiero wyszło się ze mszy, ze szczytu i źródła życia chrześcijańskiego &#8211; dowodzą, że wciąż w nas, wierzących w Chrystusa, jakaś <em>prawda</em> wygrywa z Chrystusowym <em>&#8220;Ja jestem Prawdą&#8230;&#8221;. </em>Wciąż <em>prawdą</em> są dla nas sprawy partyjne, jakieś narodowe mity, różne obsesje polityczne, pielęgnowanie naszego własnego ogródka, niechęć do zasadniczych, ewangelicznych zmian, sympatia do wygodnych, naiwnych wzorców.</p>
<p>Mam wrażenie, że cały czas konkurujemy z Jezusem Chrystusem. Te ulotki, na sprawie których oparłem niniejszy tekst, to doskonale obrazują. Pójście na liturgię to dla nas nic specjalnego, to akt pewnego społecznego, rodzinnego rytuału, konserwowanie mocno zjełczałego modelu życia,  wyraz stagnacji i braku gotowości do nawrócenia. Liturgia w powszechnym mniemaniu to przedsięwzięcie jedno z wielu, pozbawione wymiaru transcendentnego, spozycjonowane obok niedzielnego rosołu, wizyty rodziny, pójścia na wybory, wyprawy do zoo. To pewna tradycja, która nas umacnia w przekonaniu, że wszystko jest w porządku, żyjemy dobrze, jesteśmy dojrzali. Liturgia to dla nas swoiste zaklęcie magiczne, wprawienie się w otumanienie, w fałszywe przekonanie, że skoro <em>chodzimy do kościoła</em>, to jesteśmy idealni. Liturgia stała się konwenansem, regułką zwalniającą z samodzielnego myślenia.</p>
<p>Czas, żeby liturgia była wyrazem odwagi, żeby nas zwaliła z nóg, stała się umieraniem starego człowieka, fermentem. Porywem serca, wzburzeniem naszego spokojnego, drobnomieszczańskiego wnętrza. Czas, żeby liturgia  przestała być zatęchłym, jałowym <em>chodzeniem do kościoła, </em>żeby przestała utrwalać staropolski model rodziny, w którym liczą się powierzchowne reguły, a zaczęła być nową jakością, w której widać Boga.</p>
<p>I wtedy na żadne ulotki partyjne nie będzie przed kościołem miejsca. Trzeba mieć świadomość, że wiarę zaczyna się wspomagać polityką albo mitologią &#8211; rodzinną czy narodową- kiedy jest w niej za mało Jezusa Chrystusa.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/28/ja-jestem-prawda/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kościele, państwo ci szkodzi</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 11 Sep 2011 10:01:17 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jarosław Dudycz</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1464</guid>
		<description><![CDATA[Tekst pierwotnie ukazał się w portalu &#8220;Studio Opinii&#8221;; w niezależnym czasopiśmie internetowym, którego redaktorem naczelnym jest Stefan Bratkowski. W dys­ku­sji na temat roz­działu Kościoła od pań­stwa oby­dwie strony sporu – Kościół i demo­kra­cja – popeł­niają jeden bar­dzo poważny błąd, spy­cha­jący całą debatą na wybo­iste bez­droża. Mnie­mają  mia­no­wi­cie, że osła­bia­nie inge­ren­cji Kościoła w prze­strzeń legi­sla­cyjną to pro­ces istotny i korzystny dla pań­stwa, że to ze [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Tekst pierwotnie ukazał się w portalu &#8220;Studio Opinii&#8221;; w niezależnym czasopiśmie internetowym, którego redaktorem naczelnym jest Stefan Bratkowski.</em></p>
<p>W dys­ku­sji na temat roz­działu Kościoła od pań­stwa oby­dwie strony sporu – Kościół i demo­kra­cja – popeł­niają jeden bar­dzo poważny błąd, spy­cha­jący całą debatą na wybo­iste bez­droża. Mnie­mają  mia­no­wi­cie, że osła­bia­nie inge­ren­cji Kościoła w prze­strzeń legi­sla­cyjną to pro­ces istotny i korzystny dla pań­stwa, że to ze względu na roz­wój pań­stwa należy się pod­jąć takiego roz­bratu. Oczy­wi­ście każda z zain­te­re­so­wa­nych stron prze­ja­wia inne ukie­run­ko­wa­nie emo­cjo­nal­ne: pań­stwo jest zado­wo­lone, że tak się sprawy toczą, Kościół, widząc, że się go wypy­cha z par­la­mentu i z zaku­li­so­wych poga­du­szek, pod­nosi larum, zaczyna mówić o prze­śla­do­wa­niach i zama­chu na wol­ność wiary, ustami bisku­pów pró­buje, czę­sto w nie­wy­bredny spo­sób, przy­wo­ły­wać krnąbr­nych poli­ty­ków do porządku.</p>
<p>Wszystko toczy się, jak widać, wokół pań­stwa, akcent jest na pań­stwo i jego struk­tury, na racje demo­kra­cji, tym­cza­sem wła­ściw­sza byłaby inna per­spek­tywa: <strong>roz­dział Kościoła od pań­stwa powi­nien być postu­lo­wany przez sam Kościół</strong>. W dodatku powi­nien być przez Kościół upra­gniony i postrze­gany jako ogromne dobro. Kościół musi uświa­do­mić sobie, że jest suwe­ren­nym, swo­istym pod­mio­tem, ma wła­sną drogę, wła­sną wraż­li­wość, do niczego mu pań­stwo nie jest potrzebne, wręcz prze­ciw­nie: może wiele popsuć.</p>
<p><span id="more-1464"></span></p>
<p>Mądrze stwier­dził Chry­stus przed Piła­tem, że Kró­le­stwo Boże nie jest z tego świata, to słowa o wiel­kiej wadze, pro­roc­kie. Nauka chrze­ści­jań­ska jest tak nowa­tor­ska i nie­po­wta­rzalna, tak głę­boko zako­rze­niona w porządku odmien­nym niż wszyst­kie sys­temy moralne i poli­tyczne, które na co dzień oglą­damy, że jaki­kol­wiek jej kon­takt z nie­chrze­ści­jań­ską meto­do­lo­gią pro­wa­dzi do wypa­czeń i utraty toż­sa­mo­ści, do zabu­rze­nia tego, co dla wyznaw­ców Jezusa naj­istot­niej­sze: wol­no­ści wyboru Boga i pozna­nia w świe­tle tego wyboru prawdy o wła­snym życiu. Sło­wem, <strong>Chry­stus nie chce pań­stwa, nie chce się posłu­gi­wać apa­ra­tem wła­dzy, nie chce być maje­sta­tycz­nym kró­lem na tro­nie</strong>, bo takie roz­wią­za­nie nie pozwo­li­łoby na auten­tyzm reli­gij­nych dekla­ra­cji, a rodzi­łoby podej­rze­nie, że wiara naro­dziła się z przy­musu, z warun­ków zewnętrz­nych, z uwa­run­ko­wań chwili. Poza tym każde korzy­sta­nie z drogi pań­stwo­wej to dla Kościoła kom­pro­mis, wpro­wa­dza­nie do kościel­nego orga­ni­zmu ele­men­tów nie­ewan­ge­licz­nych, zgoda na różne ide­olo­gie i mity. Kościół może otrzy­mać, a i owszem, korzystną dla sie­bie ustawę, ale nie za darmo prze­cież, a za cenę pokle­pa­nia kogoś po ple­cach, za cenę zgody na ponie­sie­nie jakie­goś obcego sztan­daru czy przy­ję­cia cudzych obse­sji. To wszystko pro­wa­dzi do małost­ko­wo­ści, nie pozwala Ewan­ge­lii wybrzmieć wła­sną klasą. A prze­cież <em>prawda winna dzia­łać siłą samej prawdy</em> – jak zauwa­żył Sobór Waty­kań­ski II.</p>
<p>Kró­le­stwo Boże nie jest z tego świata, a więc – w prze­ci­wień­stwie do tego świata – <strong>nie chce żadnych dróg na skróty, żadnych uła­twień, żadnych algo­ryt­mów, chce roz­bu­do­wa­nego i mozol­nego, wia­ry­god­nego pro­cesu zmiany ludz­kiego życia</strong>. Opo­wia­dają doświad­czeni dusz­pa­ste­rze, że spo­ty­kają czę­sto ludzi obo­la­łych i prze­stra­szo­nych, głę­boko skry­wa­ją­cych prawdę o swoim życiu,  zwle­ka­ją­cych z jej wypo­wie­dze­niem, do końca siłu­ją­cych się ze sobą i dopiero<em> in sta­dio ultimo</em>, po wielu latach tułaczki, ucie­ka­nia od samego sie­bie, po dzie­się­cio­le­ciach róż­nych nie­go­dzi­wo­ści, jakie popeł­nili, goto­wych opo­wie­dzieć bez masek, kim są i co prze­ży­wają. Ci roz­tropni księża twier­dzą, że niczego nie da się i nie wolno przy­śpie­szać, całe lata musi trwać pro­ces pozna­wa­nia sie­bie, nie­kiedy nawet i do śmierci. Tylko wtedy ta droga będzie efek­tywna i uczciwa, pozba­wiona fał­szy­wych inten­cji. Mówią spe­cja­li­ści – nie tylko od teo­lo­gii i dusz­pa­ster­stwa, ale i od psy­cho­lo­gii – że twarde ludz­kie serce uwraż­li­wia się bar­dzo długo, w męczar­niach, czę­sto ma lata posu­chy i nędzy, musi przejść wiele prób.</p>
<p>I wła­śnie w tym miej­scu rodzi się <strong>pokusa, że nie warto cze­kać, że trzeba ludzi zmie­niać od ręki, za pomocą wszyst­kiego, co jest do dys­po­zy­cji</strong>. Kościół  w Pol­sce od lat jest wła­śnie na tej dro­dze. To droga uszczę­śli­wia­nia ludzi na siłę, pato­lo­giczna nie­moż­ność pogo­dze­nia się z tym, że ludz­kie ścieżki są kręte, nie­chęć do zro­zu­mie­nia, że jaka­kol­wiek próba pod­po­wia­da­nia sce­na­riu­szy na siłę zaowo­cuje prze­mianą szcząt­kową i cha­otyczną, że będzie to w isto­cie nie roz­wój, a regre­sja. Ale to wła­śnie Kościół w Pol­sce robi bez par­donu: łamie sumie­nia, pra­gnie rządu dusz, a nie dusz­pa­ster­stwa. Jest jak pyszny i nad­gor­liwy lekarz, który leczy pacjenta za wszelką cenę i dla wła­snej chwały, żeby popi­sać się warsz­ta­tem, zabły­snąć w środo­wi­sku, otrzy­mać lep­sze wyna­gro­dze­nie, zro­bić karierę. Taki lekarz może i wyle­czy pacjenta z poje­dyn­czej dole­gli­wo­ści, ale go nie wysłu­cha i nie pozna w spo­sób kom­pletny. Nigdy nie dowie się, kim jest pacjent, czego naprawdę potrze­buje i jak naj­peł­niej można mu pomóc. Taki lekarz leczy chory organ, ale nie przy­nosi ulgi ludz­kiemu duchowi. Nie bez powodu takich leka­rzy, mimo ich naj­więk­szych kom­pe­ten­cji, nie­zbyt się lubi i nie ufa się im. Choćby byli tuzami medy­cyny z dorob­kiem nauko­wym, mają­cymi naj­lep­sze sta­ty­styki w lecze­niu danego scho­rze­nia, to i tak będą mieć mniej pacjen­tów, niż poczciwy dok­tor z gmin­nego ośrodka zdro­wia, który skru­pu­lat­nie wytłu­ma­czy pacjen­towi całą sytu­ację, da czas do namy­słu i będzie w sta­nie pogo­dzić się z tym, że pacjent odmó­wił lecze­nia. Mówiąc krótko: naj­lep­szym leka­rzem jest taki medyk, któ­remu medy­cyna nie prze­szka­dza w kon­tak­cie z pacjen­tem, nie jest waż­niej­sza niż wol­ność pacjenta.</p>
<p>Kościół powi­nien to sobie głę­boko prze­my­śleć: Jezus Chry­stus, jak widzimy po pil­nej lek­tu­rze Ewan­ge­lii, nie chce być leka­rzem waż­niej­szym od pacjenta; nie chce być waż­niej­szy od wol­no­ści czło­wieka. <strong>Wła­śnie na tym polega wiel­kość Boga chrze­ści­jan, że on bar­dziej sza­nuje czło­wieka, niż wła­sne wybory, w prze­ciw­nym razie byłby Bogiem pio­ru­nów i zemsty, a nie krzyża</strong>. Kon­kre­ty­zu­jąc już w kon­tek­ście warun­ków pol­skich i tematu tego tek­stu: Bóg nie chce być waż­niej­szy od wol­no­ści matki, która doko­nała abor­cji czy prze­pro­wa­dziła zabieg in vitro, nie chce niczego roz­wią­zy­wać odgór­nie. Jezus Chry­stus nie chce, by matka nie doko­ny­wała abor­cji tylko dla­tego, że ustawa jej na to nie pozwala, by patrzyła na sprawę powierz­chow­nie, nie swo­imi oczami.</p>
<p>A takie wła­śnie, nie­chry­stu­sowe, jest pra­gnie­nie Kościoła w Pol­sce: matka ma widzieć świat oczami poli­tyka i księ­dza biskupa, ma patrzeć przez pry­zmat ustawy, to ma być jedyna prze­strzeń manewru. Takie wycho­wy­wa­nie od sza­blonu. Nowa ustawa anty­abor­cyjna fak­tycz­nie zmniej­szyć może liczbę prze­pro­wa­dza­nych zabie­gów, ale czy ufor­muje ludz­kie wnę­trze, czy pozwoli na suwe­renne decy­zje, da mat­kom poznać, czego rze­czy­wi­ście pragną?</p>
<p><strong>To są wła­śnie manowce upra­wia­nej przez Kościół od lat fał­szy­wej ewan­ge­li­za­cji, w któ­rej się­gnięto po instru­men­ta­rium pań­stwa, wpierw po miecz, potem po ustawy</strong>: sta­ty­styki mogą sobie kwit­nąć, świą­ty­nie mogą być pełne wier­nych, ludzie mogą się nie zabi­jać, ale w isto­cie wszystko dzieje się jakby było nakrę­cone, moty­wa­cje są skrzy­wione, ludzie są trzy­mani – mniej lub bar­dziej dosłow­nie – za mordy. Towa­rzy­szy ludziom nie poczu­cie Deka­logu, a poczu­cie poli­cji. Naiwny byłby ten, kto by sądził, że w takim świe­cie powo­duje spo­łe­czeń­stwem miło­sier­dzie, a nie prawo.</p>
<p>A Chry­stus prze­cież <strong>ostrze­gał swo­ich uczniów</strong> przed tym wszyst­kim. <strong>Tłu­ma­czył, by nie się­gali po pań­stwo, bo to się skoń­czy kłam­stwem</strong> i tanim efek­ciar­stwem, led­wie kosme­tycz­nymi popraw­kami. Kościół nie roz­po­zna przez to, na jakim kto jest eta­pie roz­woju, nie pomoże ludziom.</p>
<p>Skoń­czyło się tak, jak się skoń­czyło, nigdy nie jest jed­nak za późno na zmiany. Powin­ni­śmy ape­lo­wać: Kościele, wyco­faj się z pań­stwa, prze­mów wła­snym sło­wem! Stać cię na to.</p>
<p style="text-align: right;">&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><em>Jarosław Dudycz</em></p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/09/11/kosciele-panstwo-ci-szkodzi/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Echa „Destrukcji liturgii”</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 May 2011 10:47:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Gościnnie</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1367</guid>
		<description><![CDATA[Jarosław Dudycz Powiem szczerze, że naprawdę nie spodziewałem się tak eksponowanego miejsca dla mojego tekstu „Destrukcja liturgii”, który został w lutym wydrukowany przez „Przegląd Powszechny” i potem spopularyzowany przez portal Deon.pl. Nie sądziłem, że czytelników trzeba będzie liczyć w tysiącach, otrzymane maile w dziesiątkach, że kroku w debacie będzie chciał mi dotrzymać tak znakomity i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jarosław Dudycz</p>
<p>Powiem szczerze, że naprawdę  nie spodziewałem się tak eksponowanego miejsca dla mojego tekstu <a href="http://www.przegladpowszechny.pl/2011/02/01/destrukcja-liturgii/">„Destrukcja liturgii”</a>, który został w lutym wydrukowany przez „Przegląd Powszechny” i potem spopularyzowany przez portal Deon.pl. </p>
<p>Nie sądziłem, że czytelników trzeba będzie liczyć w tysiącach, otrzymane maile w dziesiątkach, że kroku w debacie będzie chciał mi dotrzymać tak znakomity i aktywny polemista jak ojciec Wojciechowski. Podejrzewałem, że publikacja może wywołać emocje i różnie być kojarzona, różne otrzymać etykiety, wszak traktowała o magnetycznym styku Kościół-naród, nie myślałem jednak, że to wszystko będzie aż na taką skalę. Do dzisiaj jeszcze odbieram maile od czytelników, mimo że od druku minęło już sporo czasu. Co ciekawe, ani „Przegląd Powszechny”, ani Deon.pl nie podały do publicznej wiadomości mojego adresu mailowego. Czytelnicy sami go sobie znaleźli pod innymi moimi tekstami czy w moim blogu. Byłem tym, bez egzaltacji mówiąc, mocno ucieszony, czytelnikom tekst rzeczywiście zagrał w głowach, faktycznie się nim przejęli. Mieli autentyczną potrzebę kontaktu z autorem, pisali bardzo długie listy, poświęcali sprawie czas. Nie zlekceważyli jej, docenili jej wagę, mieli poczucie, że liturgia ma wysoki priorytet. Nie brakowało aroganckich i wulgarnych anonimów, nigdy ich nie brakuje, ale, na szczęście, stanowiły mniejszość w całym zestawie korespondencji. Z poziomem merytorycznym i solidnością argumentów tegoż zestawu różnie bywało, sporo osób pisało głównie o emocjach, o tym, co czują, ale na pewno cieszy właśnie to pragnienie kontaktu, życzliwość piszących, ich chęć rozmowy. Chęć zbliżenia. Z takich czytelników należy się bardzo cieszyć i życzyć ich każdemu publicyście czy dziennikarzowi.</p>
<p>O ile świeccy dopisali i bardzo żywo reagowali na mój tekst, to duchowni, prócz <a href="http://www.deon.pl/religia/wiara-i-spoleczenstwo/art,278,kosciol-w-polsce-wg-dudycza.html">wyróżniającej się postawy księdza Wojciechowskiego</a>, mocno zawiedli. </p>
<p><span id="more-1367"></span><br />
W kilkunastu mailach spotkałem się z ich strony ze zdaniem, że taka debata i tak niczego nie da, że role są już obsadzone, że lepiej się nie wychylać. Nie chcę nikogo pochopnie oskarżać, wydaje mi się jednak, że jest w tym sporo kunktatorstwa, niechęci do zmian, do brania odpowiedzialności za Kościół. Emanuje z tego poczucie, że dobrze jest jak jest, że rozwój nie jest ważny, byleby się nic nie popsuło. Byleby nikt nie zakłócił snu, niczego nie kazał robić, nie zmienił utartej konstelacji wewnątrzkościelnych sympatii. Mnie i księdzu Wojciechowskiemu włos z głowy nie spadł, mimo że pisaliśmy o sprawach nabrzmiałych i poważnie obciążonych społecznie, prowadzenie dyskusji nam nie zaszkodziło, nie skorzystaliśmy też na niej. Nie dla siebie rozmawialiśmy przecież, ale dla Kościoła, dla lepszej świadomości wiary. Dla lepszego radzenia sobie z różnymi grzechami naszymi i wspólnot, w których żyjemy. Nie bardzo więc rozumiem, co by miały znaczyć zdania niektórych księży piszących do mnie maile, że lepiej pozostać w szeregu, że trzeba chronić kark.  Że „sam pan wie, jak jest”. Mam nieprzyjemne poczucie, że ci, na których powinniśmy polegać najmocniej, ci nasi przewodnicy, kapłani, teologowie, zostawili lud samemu sobie, gdzieś pogubili pasterskie laski. Pochowali się. Tak to trzeba nazwać: kapitulacja. Tak odczytuję sytuację, w której w jednym z kluczowych miesięczników katolickich w Polsce pojawia się ważny artykuł, o imponderabiliach polskiego katolicyzmu, a na odważną odpowiedź stać tylko jednego księdza. Za to wierni piszą hurtem, setką listów i komentarzy, czym potwierdzają, że się zupełnie wyrwali duszpasterzom spod skrzydeł, są już poza orbitą biskupów. Stety czy niestety. Jednak chyba jest to spora tragedia, Kościół bez związków wiernych z biskupami nie jest przecież Kościołem, nie jest apostolski, wierni sami sobie nie poradzą. Wierni mieli niewątpliwą chęć rozmawiać ze mną o poruszonych przeze mnie sprawach, pisali dużo i namiętnie. Szkoda, że nikt ich w tym otwarcie nie wsparł.</p>
<p>A co się wyłania z tych niezliczonych komentarzy wiernych i z dwóch tekstów księdza Wojciechowskiego? Po raz kolejny potwierdza się, że liturgia &#8211; pozwolę sobie tu użyć takiej niezbyt szczęśliwej metafory, ale jest ona dość przydatna &#8211; to taka scena, na której wystawia się pewien finalny spektakl, rezultat mozolnej pracy dramaturga, reżysera i aktorów, wynik miesięcy prób, uczenia się ról, szeregu teorii i koncepcji. To jest wynik wcześniejszych postaw i znajdujących się daleko poza sceną czy nawet poza teatrem uwarunkowań i wrażliwości. To tylko końcowa ekspresja, a grunt i istota są zupełnie gdzie indziej. Liturgia jest więc konsekwencją całej teologii, szerokiego rozumienia Kościoła, następstwem przyjęcia określonej eklezjologii i nauki społecznej. A nawet konsekwencją takich czy innych ustaleń metafizycznych. Dobrze to było widać w dyskusji o lefebryzmie, która przetoczyła się przez media katolickie w 2009 roku. Łatwo można było zobaczyć, że lefebrystom nie idzie o mszę trydencką,, że to tylko kod, sposób mówienia. Środek wyrazu. A naprawdę idzie o to, co się za rytem trydenckim kryje: o teocentryzm, pogardę wobec innowierców, o apologię kultury łacińskiej. Ryt trydencki to tylko płaszcz na zbroję rycerzy walczących przeciw Soborowi Watykańskiemu II. Liturgia to tylko szata. Podobnie z nami, ze mną i księdzem Wojciechowskim, z naszą dyskusją. Niby szło o liturgię, o to, jak ją należy sprawować, czy godzi się stosować  elementy ojczyźniane, odwołujące do mitologii narodu, czy nie godzi,  ale w istocie rozmowa toczyła się na płaszczyznach elementarnych, jej sednem były źródła ludzkich postaw, złożone idee. Wyraźnie widać, że ciężar tematu jest w kompletnej i integralnej wizji Kościoła i człowieka. To już jest pewna antropologia, żeby nie powiedzieć – teologia. Mamy te sprawy z księdzem Wojciechowskim diametralnie różne. A i  moje stanowisko nie tylko z księdzem Wojciechowskim mnie różni, ale także pewnie z ogromem polskich duchownych i braci w wierze. Trzeba jednak te odmienności wyartykułować dobitnie, nie bać się tego, nie uciekać. Tylko wtedy, gdy się to powie explicite, nie stanie się upiorem w szafie, tylko oświetlone nie odbije się czkawką i nikt od tego nie oberwie rykoszetem. Otóż, mamy inne czucie Kościoła, inaczej widzimy cele katolików, ich drogę rozwoju. Inaczej postrzegamy własne życie, inne sobie wyznaczamy zadania, inną mamy strukturę myśli. A mówiąc jeszcze wyraziściej: trochę inaczej widzimy naszego Mistrza, Jezusa Chrystusa. Inaczej na Niego patrzymy, z innej strony. Inne mamy nadzieje. Zupełnie jest z nami, współczesnymi wyznawcami  Jezusa, tak samo, jak z Apostołami. Każdy z nich miał o Mistrzu różne wyobrażenia, inne przykładał do Mistrza wzorce, czego innego oczekiwał. Innych się spodziewał rezultatów nauk Mistrza, inaczej definiował swoje miejsce u Jego boku. Wszyscy oni jednak, prócz Judasza, odnaleźli się w rzeczywistości po Zmartwychwstaniu, tworzyli pierwsze wspólnoty Kościoła, nauczali Ewangelii, łamali chleb po domach. Mimo że przecież Jezusa widzieli różnie, mimo że nie raz tłumaczyli Jego słowa przez pryzmat niepoprawnych skojarzeń i nadinterpretacji, to jednak w jakimś wymiarze zasadniczym byli Mu zawsze wierni, nie zdradzili, mieli z Nim mocną relację. A i nawet los zdrajcy, Judasza, nie był nigdy przesądzony; co prawda Ewangeliści są dla niego surowi, pomstują na niego, twierdzą – i to chyba jest eufemizm &#8211; że lepiej by było dla niego, gdyby się nie urodził, to nie możemy jednak wykluczyć jego zbawienia, jego obecnego szczęścia. Śmierć to żadna bariera, może po niej Judasz odnalazł drogę do Pana. Nie nam o tym decydować. Gorszące wydają się spory, których w naszym Kościele mnóstwo, kto jest bardziej Chrystusowy. Chciałbym tu przywołać tytuł pewnego artykułu księdza Hryniewicza, wielkiego znawcy prawosławia, który od lat dzieli się z nami swoją nadzieją na powszechne zbawienie. Ten znany polski teolog napisał kiedyś o „Chrystusie polifonicznym”. To określenie podsuwam pod rozwagę czytelnikom tego tekstu, podsuwam mojemu polemiście, księdzu Wojciechowskiemu, wszystkim komentatorom „Destrukcji liturgii”. Chrystus mówi do każdego człowieka, każdemu pozwala się uchwycić, nikogo nie osieroca. W artykule Hryniewicza możemy przeczytać, że Jezus nieustannie zadziwia, wymyka się schematom, nikt nie ma monopolu na poznanie Go. Zawsze jest blisko człowieka, ale zawsze jest też o wiele dalej, niż każda z ludzkich dróg, nigdy nie jest przy naszych sporach, przekracza je. Nie jest przeciwko nikomu.</p>
<p>Przerasta i mnie, i księdza Wojciechowskiego. I zarazem, wierzę, jest przy nas obydwu, mimo że tak bardzo odmiennie spoglądamy na Kościół. Ja akurat uważam, że ojczyzna to jest kategoria w Kościele jak najmniej przydatna. Pojęcie narodu, w moim mniemaniu, wcześniej czy później wpędza w mitomanię, zachęca do polityki, instrumentalizuje historię, dzieli narody na moralne i niemoralne, na bliskie Bogu i bezbożne. Wprowadza więc fałszywe granice, wiedzie ku nadbudowom, które nie mają w sobie niczego fundamentalnego. Popatrzmy, jak to jest w przypadku Polski: myśli się u nas, tak się nas wychowuje, tak mówi szkoła, że wszystkie wojny to nasza świętość i nasze męczeństwo, a innych grzech i wina. Próbuje się wprowadzać zatem dodatkowe, nieewangeliczne kryteria moralne, mówić o jakiejś polskiej wyjątkowości dziejowej. O polskiej przewadze duchowej. To jest destrukcyjne, zaburza jedność ludzi, jest nierozwojowym nadmiarem. Przerostem formy nad treścią. Nie wiadomo, gdzie to się w ogóle zaczyna, jaka jest tego tożsamość, dlaczego to jest takie, a nie inne. Nie widać sensownego źródła tego. Jest raczej arbitralne. Nie od Boga pochodzące, ale od ludzi. Jednych to stygmatyzuje, innych niezdrowo wyróżnia. Jest po prostu, w moim przekonaniu, wyssane z palca,  to jest jedna z miliona narracji, niczego w tym nie ma szczególnego, powoduje natomiast, że nadal rozróżnia się „Greków” i „Żydów”. A przecież miało już tego nie być! Obiecaliśmy to sobie w imię Jezusa! Poza tym przekonanie, że polskość to coś specjalnego i godnego pielęgnowania, mamy na to wyraźny dowód w ostatnich miesiącach, nie zmienia ludzi, konserwuje za to ich wady. Sprawia, że ludzie od lat stoją w miejscu. Polski patriotyzm nie ma innej proweniencji jak uniesienia romantycznego mesjanizmu, a to nie jest wrażliwość chrześcijańska. To pogląd pogański. Chrystusa w tym nie widać wcale. </p>
<p>Dlatego nie rozumiem, po co tego bronić, po co się trzymać narodu i jego poetyki. Zapytam bardzo otwarcie: skoro w Ewangelii jest pełnia, wszystko, czego potrzebujemy, kompletny obraz Boga, to czy nie trzeba wszystkiego innego cisnąć w kąt? Porzucić jako rzecz rozpraszającą? Dlaczego twardo nie pójść za Jezusem, zostawiając wszystko inne za sobą? Księża powinni mnie doskonale zrozumieć, wszak wybrali w swoim życiu celibat, nie mają żon i dzieci, zrezygnowali z rodziny. Nazywają to radykalizmem Ewangelii. Dlaczego więc nie zrezygnowali z ojczyzny? Zostawili matkę, ojca, nie mają żon, żyją inaczej niż większość ludzi, wyszli z domu bez niczego na drogę, posłuchali Jezusa w całej rozciągłości Jego słów. Uwierzyli, że Ewangelia to jest szczyt, że innych scenariuszy nie warto już próbować. Jako ludzie Ewangelii potrafią rezygnować z każdego przyzwyczajenia, z każdej małej potrzeby, z każdej rzeczy, która jest spoza sensu Jezusowej wykładni. Przekraczają siebie. Dlaczego więc nie wyrzekną się ojczyzny? Dlaczego matka nie gra im w duszy, ojciec, żona, ale gra Polska?  Dlaczego ten sztandar trzymają w ręku? Zaparcie się samego siebie, w moim mniemaniu, musi obejmować także skłonności narodowe, poczucie ojczyzny, poczucie narodowych mitów. Chrystus chce uczniów, którzy potrafią dla Niego stracić wszystko. Wszystko to wszystko. Również polskość. </p>
<p>Porzucenie tego, co się ma, starego ładu, „starego człowieka”, również ojczyzny, to, według mnie, priorytet rozwoju chrześcijanina. To niewątpliwy początek ogołocenia siebie, zostania sam na sam z prawdą o sobie, o przeznaczeniu człowieka. Sam na sam z prawdą o tym, że bez Jezusa nie zrobimy kroku. Gdy tak stoimy nadzy, bez wcześniejszych skłonności, widzimy swoją grzeszność, nic nie maskuje człowieka, nic go nie osłania. Nie ma się czym okryć. A nie ukrywajmy, że polskość to jest często taki kocyk, narzędzie dobrego samopoczucia, próba zamaskowania osobistych wad. Podpinamy się często pod naród, pod Jana Pawła II, ostatnio pod Smoleńsk, nie chcemy wypaść blado, chcemy coś posiadać, jakąś tradycję, dumę. Chcemy zamaskować własne braki. Polskość służy wygładzaniu. A wygładzać w żadnym razie nie należy, trzeba siebie zobaczyć ze wszystkimi ranami. Pojęcie narodu w tym niewątpliwie przeszkadza, za bardzo widzi się w narodzie innych, za mało siebie. Za bardzo się widzi rację stanu, ciąg pokoleń, sprawy międzynarodowe, za mało jest samokrytycyzmu. Naród bardzo łatwo powoduje, że ochoczo się widzi źdźbło w oku bliźniego, a pomija belkę we własnym.</p>
<p>Dlatego ja postanowiłem w swoim życiu z ojczyzny zrezygnować. Nie jest to prymitywne porzucenie polskości ze wstydy, daleko mi do antypolonizmu, nie utożsamiam się z opiniami Jana Tomasza Grossa. To nie ta barykada. Nie ta walka. Ja z całą pewnością jestem Polakiem, myślę po polsku, uformowała mnie polska kultura. Biorę udział w polskich dyskusjach. Mogę siebie nazywać Polakiem, to mi w życiu dało mnóstwo piękna. I właśnie dlatego, że tak jest, że mogłem być z Polski dumny, że to jest mój świat, to to odrzucam. Żeby się rozwijać, żeby zobaczyć wyższe pułapy, bardziej uniwersalne wartości. Dla dostrzeżenia witalności Ewangelii, jej mocy. Uważam, że polskość niewątpliwie przysłaniałaby mi Jezusa Chrystusa. Tak jak wszystko inne, co pochodzi od owego „starego człowieka”, który nie zna Jezusa. Tak jak egoizm, pycha, przedkładanie własnych pasji i celów nad miłość bliźniego i miłość Boga. Ojczyzna to jest właśnie, patrząc przez pryzmat powszechności Kościoła, coś „mojego”, dlatego należy, w moim przekonaniu, ją przekreślić. I dlatego – i taka była wymowa „Destrukcji liturgii” &#8211; nie powinno być dla niej miejsca w Kościele, we wspólnocie eucharystycznej. Bo ojczyzna jest „moja”, to ja się w niej dobrze czuję. A w Kościele nie chodzi o promocję „mojego”, rzecz nie w tym, żeby „moje” było na wierzchu.</p>
<p>Istotą rzeczy jest jednak to, że mimo takiego stanowiska, jak mi się wydaje słusznego, odnośnie ojczyzny, mam inne problemy, inne zniewolenia i braki. Inni, zniewoleni może ojczyzną, mogą być od tych moich skaz wolni. Wszyscy zatem zawsze potrzebujemy uzdrowienia. Każdy ma jakąś pracę do wykonania, jest z czymś na bakier, upada. Nikt nie osiągnął doskonałości, bo ona w dużej mierze nie jest sprawą cyzelowania własnej postawy, ale jest kwestią łaski. A łaska jest dana obficie, bez żadnych zasług, i komuś o mojej postawie, i ludziom zaangażowanym w patriotyzm czy nawet nacjonalizm. W Kościele dla każdego jest miejsce, mimo że różnie o nim myślimy. Jezus przekracza nawet nasze samodoskonalenie się, poczucie, że coś osiągnęliśmy, zawsze jest większy od naszych prób rozwoju. Jest większy od mojego poglądu, że polskość szkodzi Kościołowi, i większy od poglądu księdza Wojciechowskiego, że Kościołowi służy. Warto o tym pamiętać.</p>
<p>Jarosław Dudycz</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/05/18/echa-%e2%80%9edestrukcji-liturgii%e2%80%9d/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Spiskowa teoria Zmartwychwstania</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/24/spiskowa-teoria-zmartwychwstania</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/24/spiskowa-teoria-zmartwychwstania#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 24 Apr 2011 08:28:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Felieton]]></category>
		<category><![CDATA[Społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>
		<category><![CDATA[biblia ewangelia wiara]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1364</guid>
		<description><![CDATA[Ludzie chyba zawsze posiadali tendencje do szukania spiskowych wyjaśnień wydarzeń własnej lub cudzej historii. Mechanizm ten jest gdzieś głęboko zakodowany w psychice człowieka. Wydanie się na pastwę przypadku, niedociągnięć, ludzkiej głupoty albo jakiejś nadprzyrodzonej siły, nad którą nie ma kontroli, byłoby czymś przerażającym. Lepiej więc sobie pomyśleć, że wszystko jest po ludzku racjonalne: jest jakiś [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ludzie chyba zawsze posiadali tendencje do szukania spiskowych wyjaśnień wydarzeń własnej lub cudzej historii. Mechanizm ten jest gdzieś głęboko zakodowany w psychice człowieka. Wydanie się na pastwę przypadku, niedociągnięć, ludzkiej głupoty albo jakiejś nadprzyrodzonej siły, nad którą nie ma kontroli, byłoby czymś przerażającym. Lepiej więc sobie pomyśleć, że wszystko jest po ludzku racjonalne: jest jakiś wielki plan, który ktoś obmyślił i konsekwentnie realizuje. Należy więc ten plan i tego kogoś wytropić i zdemaskować.</p>
<p><span id="more-1364"></span></p>
<p>Potrzeba tworzenia alternatywnych narracji odezwała się w faryzeuszach, gdy musieli stawić czoło faktowi Zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu. Najpierw, po Jego śmierci, byli oni przekonani, że istnieje wielki plan mistyfikacji: uczniowie wykradną ciało Jezusa, a następnie bezczelnie ogłoszą Jego zmartwychwstanie. Tak więc <em>nazajutrz, to znaczy po dniu Przygotowania, zebrali się arcykapłani i faryzeusze u Piłata i oznajmili: Panie, przypomnieliśmy sobie, że ów oszust powiedział jeszcze za życia: Po trzech dniach powstanę. Każ więc zabezpieczyć grób aż do trzeciego dnia, żeby przypadkiem nie przyszli jego uczniowie, nie wykradli Go i nie powiedzieli ludowi: Powstał z martwych. I będzie ostatnie oszustwo gorsze niż pierwsze </em>(Mt 27, 62-64).</p>
<p>Gdy okazało się, że Jezus rzeczywiście zmartwychwstał, faryzeusze, nie chcąc przyznać się, że ich spiskowa teoria zamiast demaskować została zdemaskowana, postanawiają – o zgrozo! – teorię tę rozpowszechnić: <em>Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu». Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. </em>Gdy w jednej teorii spiskowej pojawiają się dziury i niespójności, stwarza  się kolejną, która wszystko wygładza. I tak <em>ad infinitum</em>. Szokujące. Tak. Ale jakże często się to zdarza i to na naszych oczach.</p>
<p>Żołnierze więc będą mówili: „był wielki spisek, kiedy spaliśmy – może nawet ktoś nas uśpił jakimś środkiem odurzającym – ukradziono ciało Jezusa. Nie wiemy kto, może uczniowie, a może ktoś inny. Całe to chrześcijaństwo to jedna wielka mistyfikacja. Tak jak mówili faryzeusze: <em>I będzie ostatnie oszustwo gorsze niż pierwsze.</em>” I rzeczywiście, nie ma wyboru, trzeba uznać te dowody:<strong> </strong>są przecież strażnicy, byli tam przy grocie całą noc i dzień. A uczniowie sami twierdzą, że ich nie było podczas Zmartwychwstania.</p>
<p>Zmartwychwstanie było dla faryzeuszów czymś, co wymykało się ludzkiej racjonalności, która boi się przyznania roli przypadkowi, zbiegowi okoliczności, nadprzyrodzonej sile. Co więcej, Zmartwychwstanie było dla nich niemożliwe do przyjęcia, bo trzeba by się pogodzić, z tym, że Bóg był z Jezusem, a może nawet On był Bogiem i że zabili nie tylko niewinnego ale i samego Boga. Trzeba by przyznać się do przerażającej pomyłki i głupoty. Tak więc teoria spiskowa jest sposobem ukrywania ludzkiej niezdolności przyznania się do pomyłki i błędu oraz niechęci do zmiany myślenia, czyli nawrócenia. Za cenę oszustwa broni się własnego obrazu siebie, tak jakby nie było prawdą, że <em>errare humanum est</em>.</p>
<p><em>Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali.</em> Faryzeusze wiedzieli co robią, inicjując pewną alternatywną narrację: ludzie lubią, a nawet więcej, potrzebują spiskowych teorii. Ludzie chcą być przekonywani , że wszystko jest już ukartowane i ktoś tym wszystkim tylko steruje. Spiskowe teorie pozwalają bowiem człowiekowi zwolnić się z odpowiedzialności: bo przecież cokolwiek bym robił, to i tak spisek kieruje światem; albo, jest mi źle, spadają na mnie nieszczęścia, bo inni sterują tym wszystkim: nic nie jestem w stanie zrobić.</p>
<p>Jeszcze inne ludzkie potrzeby eksploatował Dan Brown pisząc „Kod Leonarda da Vinci”. Mianowicie, jest to bardzo przyjemne uczucie, gdy wraz z autorem demaskuje się tajemnice, tropi i osacza osoby i wydarzenia z przeszłości. Bardzo nas porusza wyobrażenie jakiegoś sekretu dziejów, pilnie strzeżonego w sejfie albo w bunkrach. Proza Browna działa jak wybawienie z ciemności niewiedzy: wszystko można odkryć w tajnych archiwach, zamazanych znakach, inteligentnie ukrytych symbolach, pozostawionych szczątkach. W ten sposób jasno się ukazuje, co naprawdę kryje się za tym wszystkim: wielki spisek Kościoła Katolickiego. Naiwni wierzący wzbudzają tylko litość, ponieważ boją się sięgać pod powierzchnię tego, co się wydarzyło i odkryć, jak było naprawdę.</p>
<p>W swoim czasie katolicy zdecydowanie występowali przeciw takiemu sposobowi interpretacji ich wiary. Ale czasem zastanawiam się, czy to nie oni właśnie najczęściej ulegają spiskowym interpretacjom w odniesieniu do innych historii. Czy i ludzie Kościoła czasem nie stają się takimi Danami Brownami.</p>
<p>Historią Jezusa nikt nie sterował. Nawet sam Bóg. Boży plan to nie jakaś szczegółowo przeprowadzona akcja niebieskich służb specjalnych, ukartowana przez Boga, w której ludzie grają role marionetek. Nie, każdy jest wolnym człowiekiem. Bożym planem jest zbawić człowieka i Bóg pomimo wszystkich oporów człowieka, ślepych zaułków, na które prowadziła ludzka wolność, wiódł nitkę swoich zamysłów, wciąż na nowo zapraszając do udziału w nim wolnych ludzi i to jako pełnoprawnych partnerów. I zabrało to bardzo dużo czasu.</p>
<p>Jeżeli nawet dla Boga nie było łatwe przeprowadzić swój plan zbawienia, o ileż trudniej jest człowiekowi przeprowadzać jego ludzkie plany. Jakże często mamy doświadczenie tego, że nasze, nawet całkiem zwyczajne zamiary tak łatwo krzyżują nieraz banalne sprawy.</p>
<p>Jako chrześcijanie winniśmy mieć więcej dystansu wobec spiskowych teorii dziejów. Oczywiście, trzeba krytycznie odnosić się do faktów i interpretacji, zadawać pytania i prosić o wyjaśnienia. Jak najbardziej, tego wymaga odpowiedzialność wobec prawdy. Niemniej nie powinniśmy tworzyć alternatywnych spiskowych historii. Łatwo mogą one produkować nienawiść i przemoc, gdy za ich pomocą wmówi się człowiekowi, że jest oszukiwany. Uwikłanie w spiskową teorię jest jednym z mechanizmów produkcji gniewu. Później trzeba tylko nim umiejętnie pokierować. Doświadczyli tego pierwsi chrześcijanie pochodzenia żydowskiego, którzy wiele wycierpieli od swoich braci, zapewne też z powodu owej spiskowej teorii faryzeuszów.</p>
<p>Trzeba jasno i zdecydowanie sobie powiedzieć: spiskowe teorie dziejów to nie jest chrześcijański sposób myślenia!</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/24/spiskowa-teoria-zmartwychwstania"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/24/spiskowa-teoria-zmartwychwstania" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/24/spiskowa-teoria-zmartwychwstania" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/24/spiskowa-teoria-zmartwychwstania/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>8</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Niewykorzystana modlitwa wiernych</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 04 Apr 2011 09:35:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Teologia]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>
		<category><![CDATA[biblia ewangelia wiara oszajca]]></category>
		<category><![CDATA[kazanie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1354</guid>
		<description><![CDATA[Lutowo-marcowy numer miesięcznika „Więź” podejmuje temat języka wiary i niewiary. W specjalnej ankiecie pytano członków Zespołu Laboratorium Więzi o „o język Kościoła katolickiego jako wspólnoty i jako instytucji, ale też szerzej: o diagnozę stanu umiejętności komunikowania przez Polaków duchowego doświadczenia wiary w aktualnej sytuacji kulturowej”. Oczywiście, w podsumowaniu ankiety pozytywów jest najmniej, przeważają słabości, zagrożenia [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Lutowo-marcowy numer miesięcznika „Więź” podejmuje temat języka wiary i niewiary. W specjalnej ankiecie pytano członków Zespołu Laboratorium Więzi o „o język Kościoła katolickiego jako wspólnoty i jako instytucji, ale też szerzej: o diagnozę stanu umiejętności komunikowania przez Polaków duchowego doświadczenia wiary w aktualnej sytuacji kulturowej”.</p>
<p><span id="more-1354"></span></p>
<p>Oczywiście, w podsumowaniu ankiety pozytywów jest najmniej, przeważają słabości, zagrożenia i rady na przyszłość. Najczęściej dostaje się oczywiście homiliom i kazaniom.  W istocie, w okresie wielkopostnych rekolekcji, gdy w każdej parafii odbywają się serie długich kazań i homilii oraz innych pouczeń, być może warto i nad tym się zastanowić. Wielki Post można by widzieć nie tyko jako czas słuchania ale też refleksji nad jakością głoszenia.</p>
<p>Zamiast jednak pomnażać wytykanie słabości kazań, chciałbym zwrócić uwagę na pewien w ogóle niedostrzegany element Eucharystii, o którego języku, a przede wszystkim celebrowaniu też warto by podyskutować. Mianowicie, niewiele mówi się o drętwości tzw. modlitwy wiernych (modlitwy powszechnej). Nikt się nie burzy co do nadużyć tutaj popełnionych. Jakże często modlitwę wiernych czyta ksiądz. I w dodatku: często jest ona czytana po prostu z dostarczonych –  w najlepszym wypadku,  na dany rok – materiałów. Wszystko wypolerowane, bezosobowe, ogólne. Rzadko można usłyszeć wezwania modlitewne ułożone przez wiernych. Nawet jeśli słychać je czasem, jakże nieznośnie są one przesiąknięte sztucznym, patetycznym albo dewocyjnym językiem religijnym. Pytam się wtedy siebie, czy ci ludzie rzeczywiście tak rozmawiają z Bogiem na modlitwie?</p>
<p>Modlitwa wiernych jest chyba jedynym, usankcjonowanym prawnie, miejscem w liturgii mszy świętej, gdzie świecki człowiek może powiedzieć coś od siebie, podzielić się swoją wiarą, wyrazić swoją troskę i to, czym żyje. W bardziej ogólnej perspektywie, wydaje mi się, że modlitwa wiernych jest bardzo dobrym miejscem kształtowania tego, o czym mówi w „Więzi” Marek Rymsza (Więź, ss.57-58). Chodzi o niwelowanie rozchodzenia się języka religii i języka wiary. Ten pierwszy ma za zadanie, w ujęciu Rymszy, obiektywizować doświadczenie wiary pokoleń, odnosić je do teologii. Język wiary, z natury subiektywny, niedookreślony, zmienny, ma zaś komunikować doświadczenia związane z osobistym przeżywaniem wiary przez poszczególnych wierzących. Modlitwa wiernych może być bardzo dobrym miejscem wypełnienia owego zadania, którym według Rymszy jest „dążenie do integracji obu języków zarówno poprzez obiektywizowanie języka wiary, jak i ciągłe ożywianie języka religii”, który ma tendencje do kostnienia i przekształcania się w skamieniałość.  Rymsza pisze dalej: „Gdy takiej integracji brakuje, język religii odrywa się od codziennego doświadczenia osób wierzących, staje się językiem odświętnym, oficjalnym, którego pojęcia jakby tracą swoje ‘dotykalne’ desygnaty. Wypowiadamy pewne słowa, całe frazy, bo w określonych ‘okołokościelnych’ sytuacjach tak wypada, ale niewiele w ten sposób komunikujemy (…) A język wiary, nieobiektywizowany, niejako oderwany od religii, staje się z kolei ‘wsobny’, nieprzekładalny, redukowany do wyrażania emocji; mówiąc w skrócie – uprywatnia się.” Czy modlitwa wiernych, jej przygotowanie, nie mogłaby stać się, z jednej strony, miejscem pracy wiernych nad własnym językiem wiary, a z drugiej strony, przestrzenią witalizowania języka religii, oficjalnej mowy instytucjonalnego Kościoła?</p>
<p>Może całkiem niezłym pomysłem duszpasterskim, z którym spotkałem się w Irlandii czy Niemczech, jest po prostu co tygodniowe spotkanie kapłana z wiernymi, by ułożyć wspólnie modlitwę wiernych, która by dotykała konkretnych spraw wspólnoty danego terenu oraz parafii. Mogłaby powstać nawet cała grupa modlitewna wokół takiego zadania.</p>
<p>Modlitwa wiernych, element mocno osadzony w liturgii, może być dobrym miejscem wyrażania własnej wiary przez wiernych oraz pięknym sposobem przekazu wiary innym wiernym i samemu kapłanowi. Zarazem mogłaby ona stać w twórczym napięciu z jego homilią (być może bardzo oddaloną od tego, co przeżywają wierni i od ich duchowych potrzeb).</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/04/04/niewykorzystana-modlitwa-wiernych/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dialog z niewierzącymi?</title>
		<link>http://www.blogpowszechny.pl/2011/03/27/dialog-z-niewierzacymi</link>
		<comments>http://www.blogpowszechny.pl/2011/03/27/dialog-z-niewierzacymi#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 27 Mar 2011 19:55:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek Poznański SJ</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kościół]]></category>
		<category><![CDATA[Wiara]]></category>
		<category><![CDATA[ateizm]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.blogpowszechny.pl/?p=1352</guid>
		<description><![CDATA[Papieska Rada do spraw Kultury zainaugurowała w tych dniach nową inicjatywę, inspirowaną przez Benedykta XVI: dialog z ateistami, agnostykami i obojętnymi religijnie (a raczej jest to powrót do idei Sekretariatu ds. Niewierzących). Przedsięwzięcie to, nazwane „Dziedziniec pogan”, z paru względów jest szczególnie godne uwagi. Po pierwsze, zdecydowano się wyjść z bezpiecznych kościelnych przestrzeni, chrześcijańskich miast [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Papieska Rada do spraw Kultury zainaugurowała w tych dniach nową inicjatywę, inspirowaną przez Benedykta XVI: dialog z ateistami, agnostykami i obojętnymi religijnie (a raczej jest to powrót do idei Sekretariatu ds. Niewierzących). Przedsięwzięcie to, nazwane „Dziedziniec pogan”, z paru względów jest szczególnie godne uwagi.</p>
<p><span id="more-1352"></span></p>
<p>Po pierwsze, zdecydowano się wyjść z bezpiecznych kościelnych przestrzeni, chrześcijańskich miast i świątyń, by stanąć u źródeł sekularyzmu, myśli laickiej i ateistycznej: wybrano więc Paryż, Instytut Francuski, Sorbonę. Znamienny ruch na zewnątrz, do ludzi przeżywających świat i jego sprawy w całkowicie odmiennej perspektywie, by rozmawiać z nimi na ich gruncie. Po drugie, jak podkreśla o. Jean-Marie Laurent Mazas FSJ, dyrektor wykonawczy „Parvis des Gentils”, nie chodzi o ewangelizację rozmówców. Trzeba ich przyjąć na takich warunkach, na jakich oni chcą być partnerami w tej rozmowie i zaakceptować ich w pełnym poszanowaniu ich wolności i wyborów. Uznano więc, ze strony Kościoła, pragnienie ludzi, którzy po prostu nie chcą być przedmiotami ewangelizacji, a jednocześnie są otwarci na rozmowę z wierzącymi.</p>
<p>Ktoś zapyta: jeśli wchodzimy w laicki i ateistyczny świat na jego prawach, jeśli nie chcemy ewangelizować, to po co zajmować się podobnym dialogiem?</p>
<p>Kościół, czując się odpowiedzialnym przed Bogiem za cały świat, nie ma innego wyboru. Dzisiejsze czasy wymagają globalnej rozmowy kilku miliardów ludzi. Nie można pozwolić na tworzenie się gett: getta chrześcijańskiego i niechrześcijańskiego albo getta ludzi wierzących i niewierzących. Dyskursy prowadzone przez te grupy ludzi nie mogą ograniczać się tylko do zamkniętego kręgu i stanowić hermetycznej mowy wtajemniczonych. Brak rozmowy z ateistami, agnostykami może łatwo zamknąć wierzących w takim języku i przeżywaniu świata, który będzie ich najzwyczajniej izolował. Podobnie może się zdarzyć z drugą stroną. Po prostu nie będziemy się rozumieli, podczas gdy nieznośnie konieczne jest porozumienie w tak wielu sprawach. Problemów świata, a nawet problemów jednego narodu nie rozwiąże jedna tylko grupa: np. jedynie chrześcijanie albo wyłącznie ludzie religijni albo tylko niewierzący. Potrzeba wspólnego wysiłku tłumaczenia własnych doświadczeń i przekonań by budować jedną opowieść o sprawach świata.</p>
<p>Kształtowanie rozmowy z ateistami domaga się uznania równości obu stron. Kościół, inicjując „Dziedziniec pogan” w takiej a nie innej formie, posunął się radykalnie właśnie w tym kierunku. Ale w tym miejscu, pamiętając ostatni agresywny wybuch misyjnego ateizmu pod wodzą Richarda Dawkinsa, trzeba wraz z Michaelem Novakiem oraz Jürgenem Habermasem zapytać, czy ateistów i sekularystów stać będzie na tyle moralnej siły, by traktować argumenty i przekonania ludzi wierzących z należytą powagą, wsłuchiwać się w nich i uczestniczyć wraz z nimi w pełnej szacunku debacie publicznej na równych prawach? (Podobne pytanie muszą sobie też zadać niektóre grupy wierzących.)</p>
<p>Trzeba też dodać, że rozmowa z ateistami i agnostykami może być wydatnie pomocna w formowaniu wiary. Jak słusznie pisze Micheal Novak, ateiści czasem dobrze wyrażają to, co wierzący boją się jasno wypowiedzieć, a w związku z tym, chrześcijanie sami nie mają odwagi się z pewnymi sprawami skonfrontować (np. z historią przemocy religijnej albo stosunkiem do demokracji i wolności, cierpienia niewinnych, także interpretacja wrażenia Bożej nieobecności). Podobnie ks. Tomáš Halík jest przekonany, że warto ocalić z nowożytnego ateizmu to, co było w nim szczere i prawdziwe i zintegrować to w chrześcijaństwo. Taki ateizm mógłby, na przykład, oczyszczać wiarę z „religijnych iluzji”. Dzisiaj, gdy wiele słychać o odradzaniu się religii, warto dać się sprowokować właśnie przez niewierzących do krytycznej refleksji nad jakością wiary oraz jakością tego religijnego i duchowego renesansu.</p>
<p>W końcu, warto, by temu dialogowi towarzyszyła intencja modlitewna. Szczególnie trafna wydaje się ta sformułowana przez ks. Halíka: „Dojrzała wiara modli się o dar cierpliwości dla ateisty, zamiast go nawracać.”</p>
<p>Chyba niezbyt szczęśliwie nazwano to przedsięwzięciem „Dziedziniec pogan”. Pomijając pejoratywny wydźwięk tego słowa i skojarzenie z rozwijającym się dzisiaj nurtem duchowości neopogańskiej, warto pamiętać, że współcześni ateiści (szczególnie ci, którzy chcą rozmawiać z chrześcijanami) to z pewnością nie poganie. Jak zauważa wielu badaczy, ateizm jest fenomenem świata chrześcijańskiego a nie pogańskiego.  Być może czując tę niestosowność zaczęto też nieśmiało mówić o „Parvis de l’Inconnu” (Dziedziniec Nieznanego Boga).</p>
<div class="simple_likebuttons_container_small">
      <div class="simple_likebuttons_googleplus">
        <g:plusone size="medium" count="false" href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/03/27/dialog-z-niewierzacymi"></g:plusone>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_twitter simple_likebuttons_twitter_s">
        <a href="https://twitter.com/share" class="twitter-share-button" data-count="none" data-url="http://www.blogpowszechny.pl/2011/03/27/dialog-z-niewierzacymi" data-lang="en">Tweet</a>
      </div>
    
      <div class="simple_likebuttons_facebook">
        <div id="fb-root"></div>
        <script>(function(d, s, id) {
          var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0];
          if (d.getElementById(id)) {return;}
          js = d.createElement(s); js.id = id;
          js.src = "//connect.facebook.net/en_US/all.js#xfbml=1";
          fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);
        }(document, "script", "facebook-jssdk"));</script>
        <div class="fb-like" data-href="http://www.blogpowszechny.pl/2011/03/27/dialog-z-niewierzacymi" data-send="false" data-layout="button_count" data-show-faces="false" data-width="90"></div>
      </div>
    </div>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.blogpowszechny.pl/2011/03/27/dialog-z-niewierzacymi/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

