Tag biblia

IV niedziela zwykła (1 II): Wzbudzę im proroka 3 Autor: Wacław Oszajca SJ

Feb1

(Pwt 18,15-20; 1 Kor 7,32-35; Mk 1,21-28)

Mojżesz zapewnia Izraelitów o nieustającej trosce Boga o nich. Dowodem na prawdziwość troskliwego zainteresowania Boga Jego ludem są prorocy. Ludzie, którzy przede wszystkim potrafią słuchać tego, co Bóg do nich mówi przez wydarzenia wielkie, historyczne, i małe, codzienne, przez wiedzę o świecie i oczywiście przez znajomość Pisma Świętego. Mojżesz przestrzega jednak proroków, by pod żadnym pozorem nie próbowali podszywać się pod Boga i swoje poglądy rozpowszechniać jako stanowisko samego Boga. Taki prorok musi bowiem zginąć, mówi Mojżesz.

Prawdziwym prorokiem, który w każdym calu będzie wierny Bogu, prorokiem, którego każde słowo będzie słowem Boga jest Mesjasz. Chrześcijanie, znając to proroctwo, w jego świetle odkryli, że spełniło się ono w życiu i śmierci Jezusa z Nazaretu. Nazwali Go więc Słowem Boga, słowem zawsze żywym i zawsze wypowiadanym po raz pierwszy. Skoro tak, to nie wolno tego Słowa, którym jest Jezus, sprowadzać jedynie do zjawiska fonetycznego, do głosu czy też do znaku graficznego, jakim jest wyraz złożony z liter. Jezus żyje przecież we wszystkim, na tym polega Jego zmartwychwstanie, a zatem mówi przez wszystko. Wszystko, co istnieje, jest Jego wypowiedzią. Jeśli tak, to trzeba powiedzieć, że każdy chrześcijanin jest prorokiem, czyli człowiekiem umiejącym dosłuchać się mowy Boga w tym wszystkim, co dzieje się na Ziemi.

Chrześcijaństwo to przede wszystkim metoda, to sposób patrzenia na rzeczywistość, taki sposób jej badania i analizowania, który umożliwia człowiekowi nie tylko usłyszenie Boga zamieszkującego tę rzeczywistość, ale zobaczenie Go i zaprzyjaźnienie się z Nim. Dlatego liturgia Kościoła nie jest przywoływaniem Boga, przepraszaniem Go, nawet nie jest jedynie składaniem Mu ofiar, ale ogłaszaniem, że Bóg nie tyle wszedł, ile nigdy nie opuścił swojej synagogi, swojego kościoła, jakim jest Wszechświat.

* * *

Pewnie nie ma nic bardziej groźnego od polityka, który rości sobie prawo do bycia prorokiem i zaczyna przemawiać w imieniu Boga, gdyż w tej samej chwili, w której ogłosi np. z trybuny sejmowej, że coś tam jest wolą Boga, zamyka usta wszystkim innym posłom. Kto bowiem zdoła udowodnić, że taki polityk się myli? Jedynie Bóg mógłby zaoponować.

III niedziela zwykła (25 I): Natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jan23

(Jon 3,1-5.10; 1 Kor 7,29-31; Mk 1,14-20)

Porzucić wszystko i pójść za Jezusem znaczy towarzyszyć Mu we dnie i w nocy. Dzielić z Nim dolę i niedolę. A ponieważ Jezus chadza również tam, gdzie innym nie po drodze, gdzie bywa śmiertelnie niebezpiecznie, również Jego towarzyszy mogą spotkać przeróżne niedogodności i nieprzyjemności. Tak zarysowany schemat życia, taki jego sposób, najczęściej rezerwujemy dla zakonników i księży. To oni opuszczają wszystko i poświęcają się dla sprawy Bożej, czego wyrazem jest celibat.

To prawda, ale prawdą jest również to, że świeccy żyją podobnie, bowiem dla męża czy żony, opuszczają ojca i matkę. Cali poświęcają się współmałżonkowi, rodzinie. I niemałe to poświęcenie. Czasami wydaje się przewyższać wszelkie inne, nawet to związane z celibatem. Wystarczy tylko uzmysłowić sobie cierpienie duchownych z Kościołów wschodnich czy ewangelickich, którzy, chcąc pozostać wierni powołaniu, szli na śmierć do obozów zagłady czy gułagu. Małżeństwo jest przecież sakramentem, a to znaczy, że w swojej istocie niczym nie różni się od pozostałych sakramentów. Oddać życie za Kościół, znaczy to samo, co opuścić ojca, żonę i dzieci dla Chrystusa.

Jeśli tak, to czy podział na duchownych i świeckich można nadal podtrzymywać? Skoro wszyscy są powołani do tego samego dzieła, do towarzyszenia Jezusowi w Jego pracy dla świata, to znaczy, że ten podział nie daje nikomu jakiegoś szczególnego przywileju, szczególnego miejsca, jakiegoś szczególnego upoważnienia do wynoszenia się nad innych.

Nikt z nas nie umarł za kogoś drugiego, byśmy mogli rościć sobie pretensje do jakichś szczególnych względów. A Ten, który za nas umarł, dokładniej mówiąc, którego zabiliśmy, nadal pozostaje tym, kim był przed śmiercią. Wciąż tylko zaprasza, zachęca, a jeśli czyni wyrzuty, to tak, by nas nie poniżać. Budzi w nas rozum, serce i sumienie, byśmy chcieli żyć, a nie tylko wegetować na Jego i innych koszt.

* * *

Święta Faustyna Kowalska mówi: W czasie trzeciej probacji Pan dał mi poznać, żebym Mu się ofiarowała, aby mógł czynić ze mną to, co Mu się podoba. Mam zawsze stawać przed Nim jako ofiara. Zlękłam się w pierwszej chwili, czując się nędzą bezdenną i znając dobrze siebie. – Odpowiedziałam Panu jeszcze raz: Jestem nędzą samą, jak mogę być zakładniczką? – Dziś tego nie rozumiesz. Jutro dam ci poznać w czasie adoracji. (…) Jezus dał mi poznać, że chociaż się nie zgodzę na to, to jednak mogę się zbawić i łask, których mi udzielał, nie zmniejszy i nadal będzie w takiej samej poufałości ze mną, tak że chociaż się nie zgodzę na tę ofiarę, to nie zmniejszy się przez to hojność Boża. I dał mi Pan poznać, że cała tajemnica ode mnie zależy, od mojego dobrowolnego zgodzenia się na tę ofiarę z całą świadomością umysłu. W tym akcie dobrowolnym i świadomym jest cała moc i wartość przed Jego majestatem.

II niedziela zwykła (18 I): Oto Baranek Boży 9 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jan16

(1 Sm 3,3b-10.19; 1 Kor 6,13c-15a.17-20; J 1,35-42)

No i mamy kłopot, coraz większy kłopot. Nie umiemy się porozumiewać. To znaczy, chcemy rozmawiać i rozmawiamy, ale nie możemy się dogadać, bo nie rozumiemy języka, którym mówimy, choć jest to język jak najbardziej polski. Jeszcze trudniej przychodzi nam porozumiewanie się za pomocą symboli, gestów, obrzędów.

Choćby np. dzisiaj, prezbiter wychodzi z zakrystii ubrany w ornat koloru zielonego, a jeszcze w ubiegłą niedzielę był to kolor biały, w drugi dzień świąt czerwony, a przez adwent fioletowy. Po co jest potrzebna ta mszalna gimnastyka? Siadanie, wstawanie, chodzenie w procesji i ten kosmetyczno-higieniczny zabieg mycia rąk we mszy? Czemu ma służyć to robienie dymu, najczęściej o duszącym zapachu, czy zasłanianie i odsłanianie obrazu jasnogórskiej Madonny? A i ze słowem „Madonna” też mamy od niejakiego czasu lekki kłopot. Dlaczego proboszcza nazywamy duszpasterzem, biskupa arcypasterzem? Z trudem przychodzi nam przełknąć zdanie: Jesteście Bożą trzodą, owcami. Nie rozumiemy, dlaczego Jan Chrzciciel nazywa Jezusa Barankiem Bożym i nic nam już nie mówią takie słowa jak „zbawienie”, „łaska”, „sakrament”, „tajemnica”, lub mówią niewiele, a najczęściej tyle, ile treści tym słowom przypiszemy.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele i nie można ich sprowadzać jedynie do nieuctwa zarówno świeckich jak i duchownych. Owszem, liturgia ma swój kod, jak i język teologów ma swoje słownictwo, które trzeba sobie po prostu przyswoić. Ale prawdą jest również, że w naszym kraju, w którym następuje gwałtowne przejście z kultury rolniczej do kultury miejskiej, zmienia się również język. Jeśli więc uważamy za swój obowiązek wtajemniczanie naszych bliźnich w naukę Jezusa, to trzeba te zmiany w mentalności i języku więcej niż uwzględniać.

* * *

Dzisiejsza Ewangelia opowiada o powołaniu pierwszych uczniów, a pierwsze czytanie o trudnościach, o jakie potyka się człowiek, chcący odgadnąć to, czego od niego oczekuje Bóg. Warto zwrócić uwagę, w jaki sposób przebiega to dogadywanie się człowieka z Bogiem. Powołanie, bowiem, nie jest rzeczą, przedmiotem, który się po prostu ma, ale jest zaproszeniem do współistnienia i współdziałania. Jak w praktyce wygląda tego typu życie, najlepiej opisuje życiorys Piotra apostoła, jednego z pierwszych powołanych.

III niedziela po Narodzeniu Pańskim, święto Chrztu Pańskiego (11 I): Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu 1 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jan9

(Iz 42,1-4.6-7; Dz 10,34-38; Mk 1,6b-11)

Znamy sprawę Jezusa z Nazaretu. Nie wiem, czy o kimkolwiek innym tyle napisano, co o Nim, i nadal się pisze, na dodatek całkiem po nowemu. Nie tylko książki mówią o Jezusie nowymi językami i przez to samo odkrywają w Jego nauczaniu nowe treści. Po nowemu, w zgodzie z własną kulturą estetyczną, z własnym odczuwaniem piękna, również malarze i rzeźbiarze, muzycy i tancerze mówią o Jezusie tak, że staje się On coraz bardziej ich, coraz bardziej jednym z nich, a jednocześnie kimś innym.

Ale już nie dlatego, że urodził się jako biały człowiek. Jezus prowadzi tych, którzy Mu uwierzyli, w głąb ich własnej kultury, rozświetla ją i pozwala dostrzec twarz Boga w ich własnej historii. Mówi przecież Piotr apostoł, że Bóg posłał Jezusa, by potwierdził odwieczne i niezmiennie „pokojowe” nastawienie Stwórcy do stworzenia.

To posłannictwo, tę Bożą misję, Jezus wypełnia dalej przez Kościół, przez chrześcijan, ale nie tylko. Wyznawcy religii pozachrześcijańskich i ateiści też mają Boże obowiązki względem Kościoła. Ateiści, jeśli trzymają się mocno i uczciwie rozumu, dbają jak nikt inny, by żadna religia nie stała się zabobonem, a niechrześcijanie, by żaden z Kościołów nie stał się nie tylko właścicielem, ale przede wszystkim dysponentem całej prawdy.

Chrześcijanom i wyznawcom innych religii, jak i ateistom, we wzajemnych odniesieniach konieczna jest postawa z jednej strony Mędrców ze Wschodu, a z drugiej Jana Chrzciciela. Ci pierwsi doszli do najważniejszego wydarzenia swoich czasów, idąc drogą, dzisiaj powiedzielibyśmy, badań naukowych. Ci drudzy zaś, winni pamiętać, że nawet Kościół i jego liturgia nie stanowią sacrum, bo nie są rzeczywistością wyizolowaną ze świata – profanum, a przeciwnie. Kościół jest tym bardziej święty, im bardziej zajmuje się ziemią, im bardziej ceni sobie czas, w którym przyszło mu żyć.

* * *

Prof. Marek Szulakiewicz w książce „Religia i czas” pisze: Czas buduje inną religię. Nie jest to religia wyrastająca z trwóg, lęków, ucieczki od świata i życia, lecz religia zrodzona z głębi i bogactwa życia. Religia osobistego wysiłku, w której wpatrzenie „w górę” przełamane zostaje otwartością na świat, drugiego człowieka i przyszłość.

II niedziela po Narodzeniu Pańskim (4 I): Niedziela Mądrości Bożej 3 Autor: Wacław Oszajca SJ

Jan4

(Syr 24,1-2.8-12; Ef 1,3-6.15-18; J 1,1-18)

Ze względu na czytania mszalne cyklu „A”, można by tę niedzielę nazwać niedzielą Mądrości Bożej i dzięki temu jaśniej ukazać treść uroczystości Narodzenia Pańskiego. A że istnieje taka potrzeba, wystarczy popatrzeć na żłóbki betlejemskie. Najczęściej gipsowe, pstrokate, postacie przystrojone w ubranka po trosze zakopiańskie, po trosze tyrolskie. Jezus niemowlęcą rączką, ale za to niby papież, błogosławi wszystkich i wszystko itd. Łatwo przy takim żłóbku wzruszyć się, rozrzewnić, zwłaszcza nad dawno minioną młodością, rodzinnym domem, dwunastoma potrawami, struclą z makiem… Nie, w tych wzruszeniach nie ma niczego złego. Nawet kiczowatość szopki nie przeraża, a może stać się początkiem bardzo sensownej medytacji o tym, kim jest Jezus Chrystus.

Przecież to prawda, że Jezus narodził się w gorszych warunkach niż kiczowate, bo w pomieszczeniu, być może w grocie, do której na noc zapędzano owce. Te narodziny dopełnią się w jeszcze bardziej nieludzkich warunkach. Od początku też Jezus będzie musiał tułać się po tym świecie jak bezdomny. Być może z tego powodu w tradycji chrześcijaństwa wschodniego uroczystość Narodzenia Pańskiego nazywa się Paschą Zimową. Narodzenie Pańskie i Triduum Paschalne, Betlejem i Golgota? Trudno o bardziej karkołomne połączenie, a jednak możliwe, mądrość chrześcijanina podpowiada mu, że niemożliwe jest konieczne.

Dzieje się tak, bo jesteśmy dziećmi Bożymi, a to znaczy, że nasze życie, rozpięte między poczęciem, narodzinami a śmiercią, jest odcinkiem życia a nie jego całością. Podobnie jak Syn Boży my również przychodzimy od Boga, jako że On jest pierwszą i ostateczną przyczyną naszego zaistnienia.

* * *

Ks. Andrzej Gałka mówi: Akt małżeński to znak najgłębszej miłości – a Bonetti pisze więcej, że jest to swoista pascha, mała pascha małżonków, przejście do nowego życia. I to nie tylko do nowego życia w sensie zrodzenia potomstwa. Akt małżeński jest wyrazem najgłębszej miłości i sprawia, czy winien sprawić, z łaską Bożą, że człowiek staje się kimś innym za każdym razem. Że staje się coraz bardziej zanurzony w tym, co nazywamy miłością, a która to miłość ma swoje najgłębsze źródło w Panu Bogu i jest odzwierciedleniem najgłębszej idei stwórczej Boga (sam to wymyśliłem!!!). Bóg, dzieląc się z nimi swoją mocą stwórczą, zaprasza ich do współtworzenia świata.

IV niedziela Adwentu (21 XII): Nie bój się, Maryjo 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Dec21

(2 Sm 7,1-5.8b-12.14a.16; Rz 16,25-27; Łk 1,26-38)

Liturgia, a więc Chrystus, z każdą niedzielą Adwentu coraz mocniej ściąga nas na ziemię. Zwłaszcza tych, którzy już są w ciepłym niebku całkowicie bezcielesnym, czysto duchowym, przeanielonym, jednokolorowym, np. różowiutkim. Najważniejsze wydarzenie dla całego świata, dla całej ziemi i całego nieba, rozgrywa się przecież w Nazarecie, o którym było wiadomo tyle, co nic, ale tam było jednak to, co dla Boga najważniejsze – ludzie. Zwyczajni i niezwyczajni, zabiegani, zadumani, raz głodni, raz syci, zakochani i płodzący dzieci, plotkujący, pewnie także awanturujący się, bo gdyby było inaczej, Józef nie przemyśliwałby, w jaki sposób uchronić swoją żonę przed złośliwymi językami, a może jeszcze przed czymś nieskończenie gorszym. Tak więc najważniejsze dla świata dokonało się, a co za tym idzie, dokonuje nadal tam, gdzie jest człowiek.

Mieszkanka Nazaretu, Maryja, która niebawem zostanie nazwana pierwszą chrześcijanką, pierwszą numerycznie, i pierwszą co do doskonałości chrześcijańskiego życia, wpada w panikę. Boi się, to prawda, ale nie Boga, skoro staje do dyskusji z Nim. Jej lęk bierze się z niezrozumienia Bożego działania. Jak się może stać coś, co nigdy jeszcze się nie stało? Namysł, rozmowa z Bogiem, a więc modlitwa Maryi, nie jest skutkiem zwątpienia, niedowierzania Bogu, ale dociekania, domyślania się, dochodzenia do prawdy o działaniu Boga, o Jego pracy dla człowieka.

Z nami dzieje się podobnie. Łatwo wierzyć w Boga, zwłaszcza takiego, który mieszka w zaświatach i co najwyżej zjawia się tutaj od czasu do czasu. Łatwo jest również wierzyć w Boga, który, jak się Go ładnie poprosi, to prośbę spełni. Trudniej wierzyć, gdy wiara jest współżyciem z Bogiem już teraz, tutaj, w tych warunkach i czasach, w jakich żyjemy.

* * *

To już ostatnia godzina na kupowanie prezentów, poganiają nas sprzedawcy, reklama, media. A może by tak raz święta bez prezentów? Zamiast tracić czas na uganianie się po sklepach, zamiast potem cieszyć się tym czy tamtym, może tak zaoszczędzony czas podarować swoim bliskim i cieszyć się sobą bardziej niż czymkolwiek innym? Może warto uniknąć prezentomanii i poświętować bardziej po ludzku, tzn. bardziej osobiście?

III niedziela Adwentu (14 XII): Działo się to w Betanii 2 Autor: Wacław Oszajca SJ

Dec14

(Iz 61,1-2a.10-11; 1 Tes 5,16-24; J 1,6-8.19-28)

Pismo Święte mocno trzyma się ziemi. Jan zanurza w wodzie ludzi w Betanii po drugiej stronie Jordanu, Jezus rodzi się w Betlejem Judzkim, umiera w Jerozolimie, a przedtem Mojżesz spotyka się z Bogiem na Synaju, Izajasz i Jeremiasz „robią” w polityce, troszczą się przecież o swój naród, król Dawid, pomazaniec Boży, i Machabeusze mieczem „uskuteczniają” Bożą opiekę nad Jego narodem. Tych ostatnich jednak nie skazujmy na zapomnienie mówiąc, że wojna jest zawsze złem. Zanim ich potępimy czy dyskretnie usuniemy w cień, pomyślmy o naszych narodowych bohaterach, choćby powstańcach listopadowych i styczniowych, a z najnowszych czasów o górnikach z kopalni „Wujek”. Tak czy inaczej, biblijne historie, wydarzenia nie dzieją się poza ziemią, w jakiejś bliżej nieokreślonej przeszłości. Wszystkie dzieją się tu, na ziemi, i w swoim czasie. Nawet te, o których człowiek nie może pamiętać, jak początek wszechświata, są datowane, a wszystko po to, by nikt nie posądzał Boga Biblii, że jest On jedynie wytworem naszych lęków czy marzeń.

Dlatego Adwent niekoniecznie musi być oczekiwaniem na narodziny Pana Jezusa. My już nie mamy na co czekać, szkoda czasu na to. Przecież Jezus już przyszedł i mimo naszych usilnych, gwałtownych, zawziętych, świadomych i nieświadomych starań w przeszłości i dzisiaj nie jesteśmy w stanie się Go pozbyć. Czasami mówienie o przychodzeniu Boga, a tym bardziej o Jego odchodzeniu, wygląda na sprytny wybieg, pozwalający pobożnemu człowiekowi na święte lenistwo. Nic prostszego nad nieustanne czekanie. Czekając, nic więcej już nie muszę robić, gdy tymczasem Jezus pragnie nas posłać do roboty, do tych, pośród których sam żyje, byśmy wspólnie z Nim zaradzali biedom tego świata.

* * *

Chodzi o to, by spełniły się słowa Psalmu 113, który mówi o Bogu, że jest tym, który ubogiego wziąwszy z gnoju prawie/ Umie posadzić na książęcej ławie. To wydobywanie biedaka z nędzy Chrystus dokonuje przez ludzi, może zwłaszcza przez polityków.

II niedziela Adwentu (7 XII): Chrzcić Duchem Świętym 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Dec6

(Iz 40,1-5.9-11; 2 P 3,8-14; Mk 1,1-8)

Z czym kojarzymy słowo „chrzest”? Obrzęd, woda, świeca, chrzestni rodzice, trzeba iść do spowiedzi, przyjęcie, nadanie imienia… A potem? Nudne i na dodatek długie kazanie, naburmuszony urzędnik w kancelarii parafialnej, wrzeszczące wniebogłosy dzieciaki, rozhisteryzowana ciotka, podpity wujek, stos brudnych naczyń, poplamiony obrus i mocno nadszarpnięty budżet. I po chrzcinach! Już po chrzcie!

A przecież chrztu udziela, lepiej powiedzieć: chrzci, sam Jezus Chrystus i to chrzci przede wszystkim Duchem Świętym. Mówiąc językiem technicznym teologów, wylewa na nas swego Ducha, wlewa Go w nas, zanurza nas w Ducha Świętego jak w wodę. Te określenia, precyzyjne przecież i to bardzo, mogą jednak wprowadzać w błąd. Zdają się przedstawiać Ducha Świętego jako przedmiot, gdy tymczasem jest On kimś, jest osobą. A zatem być ochrzczonym Duchem Świętym to znaczy nieustępliwie trzymać się przekonania, że przez obrzęd chrztu Bóg potwierdza, iż z całą pewnością, bez względu na to, jak się będziemy sprawować, jak obchodzić ze światem, ludźmi i Bogiem, On nas od siebie nigdy, przenigdy nie odepchnie.

Jeśli tak, to nie ma potrzeby martwić się o to, czy Bóg się na nas gniewa, czy nie. W gruncie rzeczy nawet przepraszanie Boga za nasze grzechy nie ma większego sensu, jako że to nie Bóg nas opuścił, ale my opuściliśmy Boga. I nie Bóg powinien zmienić swoje nastawienie wobec nas, ale my musimy zacząć inaczej traktować Boga.

Zatem chrzest Duchem Świętym trwa przez całe nasze życie, gdyż jest to inna nazwa miłości Boga do nas i naszej miłości do Boga. Strach pomyśleć, ale ta miłość jest również przyczyną istnienia piekła. Czymże bowiem jest piekło, jeśli nie zmarnowaną miłością!

* * *

Tegoroczny synod biskupów zajął się Biblią, a szerzej, słowem Bożym. Jednocześnie ewangelicy ogłosili ten rok pierwszym rokiem dekady Lutra. Znamienny zbieg okoliczności, wart zastanowienia, bo wygląda na to, że ks. Marcin Luter i jego podejście do słowa Bożego wciąż jest na czasie. Twierdzi tak Otto Herman Pesch w książce pt. „Zrozumieć Lutra”.

I niedziela Adwentu (30 XI): Czuwajcie 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Nov30

(Iz 63,16b-17.19b; 64, 3-7; 1 Kor 1,3-9; Mk 13,33-37)

Czuwajcie to nie znaczy stójcie w miejscu, nie ruszajcie się i umierajcie ze strachu, bo co to będzie, jak Pan Domu wróci? Przecież ten Pan już wrócił! Co prawda zrobiliśmy wszystko, by się Go pozbyć, o czym świadczy Jego śmierć na krzyżu, ale On, jakby o tej wyrządzonej Mu krzywdzie zapomniał. Zmartwychwstał, a to znaczy, że jest i nie ma zamiaru nigdzie i nigdy odchodzić. Dzień w dzień słyszymy Jego mowę, widzimy Go w Jego Ciele i Krwi, a więc słyszymy i widzimy Go na nasz ludzki sposób. Mało tego, jak się dobrze wpatrzeć i wsłuchać w to, co mówią ludzie, choćby w to, co przekazują nam środki społecznego komunikowania, to i tam można, a nawet należy, jeśli jest się chrześcijaninem, dopatrzeć się i dosłyszeć głosu Pana Domu.

Pan Domu, o którym mówi Ewangelia Marka, swoich domowników, czyli nas, traktuje z miłością. Nie wyręcza nas, nie jest nadopiekuńczy, nie pozbawia nas rozumu, wolnej woli, serca. Przeciwnie, powołuje do współpracy z Nim nad nieustanną przebudową Domu, czyli już nie tylko Ziemi, ale i Wszechświata i to w dosłownym znaczeniu, jako że nasi naukowcy współpracują z badaczami Kosmosu.

Czuwać, znaczy działać. Zarówno strzec Domu, ale też Dom rozbudowywać, by dla każdego starczyło w nim miejsca. Pan Domu nakazuje odźwiernemu, a więc portierowi, by jego czuwanie wyrażało się w gotowości na przyjęcie każdego, kto do Domu zapuka, bo już z założenia, a więc z Ewangelii, wiemy, że Pan najczęściej przychodzi w sposób zwyczajny, powszedni, ziemski.

* * *

Adwent to czas oczekiwania na przyjście Pana, tak najczęściej mówimy o tym okresie roku liturgicznego. Rzeczywiście, Pan nie dokończył jeszcze swojej roboty, nie przestał budować Domu, jest na co czekać. Z tego jednak nie wynika, że możemy stać z założonymi rękoma i tylko się modlić, czyli odmawiać formułki i odprawiać nabożeństwa. Konstytucja o liturgii mówi, że życie chrześcijańskie nie ogranicza się do liturgii. Owszem, liturgia jest jego źródłem i szczytem, ale samo życie dzieje się również, a może przede wszystkim, poza kościołem i poza pacierzem. Jeśli liturgia jest źródłem i zarazem oceanem, z którego życie wypływa i do którego wraca, to samo życie jest rzeką, która przemienia okolice, przez które przepływa.

Kazania nieksięży: rozstrzygnięcie konkursu 22 Autor: Wacław Oszajca SJ

Nov12

Kazanie i homilia

Tych dwóch terminów najczęściej używamy zamiennie. Tymczasem nie są one synonimami. Różnią się, i to bardzo. Najpierw czasem trwania. Ogólnie przyjmuje się, że homilia nie powinna przekraczać 15 min. Kazanie, np. rekolekcyjne, odpustowe czy z okazji poświęcenia kościoła, nie powinno trwać dłużej niż 25 do 30 min. Chodzi o to, by liturgia słowa nie zdominowała mszy, jako że ma ona swój harmonijny rytm.

Homilia różni się od kazania również podejściem do tematu. Temat homilii narzucają czytania mszalne, które są tak  dobrane, by stanowić tematyczną całość. Natomiast temat kazania ustala sam kaznodzieja. On też dobiera do obranego tematu czytania. Inaczej mówi się kazanie podczas zaślubin, a inaczej na dożynkach.

W zasadzie homilia i kazanie powinno składać się z trzech części czy też trzech nurtów. Pierwszy – to treści czerpane z Biblii i Tradycji, jeśli przez tradycję rozumieć sobory, wypowiedzi papieży, dzieła teologów i mistyków, jak też księgi liturgiczne i samą liturgię. Dlatego kaznodzieja ma obowiązek nieustannie poznawać te dwa źródła. Drugi nurt to wiedza o otaczającym nas świecie, znajomość współczesnej kultury, ale też podstawowe rozeznanie w polityce i ekonomii. Tej wiedzy dostarcza kaznodziei lektura i środki społecznego komunikowania. Dopiero zestawienie tych dwu przesłanek i wyprowadzenie wniosku tworzy homilię czy kazanie. A zatem schemat ten wyglądałby tak: Biblia, Tradycja, liturgia + doświadczenie życiowe = wniosek i dopiero wtedy mamy do czynienia ze słowem Bożym. Jeśli któregoś z tych nurtów zabraknie, mamy jedynie streszczanie własnymi słowami Biblii, nachalne moralizatorstwo czy też niby wykład uniwersytecki, albo lekcje religii.

Myśląc zwłaszcza o homilii, ale i o kazaniu również, trzeba pamiętać, że te formy głoszenia Słowa odnoszą się wyłącznie do wierzących. Zupełnie inaczej trzeba podejść do homilii obrzędowej, głoszonej np. na pogrzebie, gdy słuchaczami będą również niewierzący oraz chrześcijanie innych wyznań i religii. Ale to już inna kwestia.

*

Oceniając nadesłane propozycje kazań, muszę stwierdzić, że żadna z nich nie spełniała powyższych wymogów. Najwyżej oceniłem pracę Pani Ewy Ryniewicz i choć ta propozycja również nie spełnia do końca kryteriów, to jednak można by ją potraktować jako egzortę, czyli religijne przemówienie wygłaszane poza mszą i do określonej grupy osób.

Poza propozycją E. Ryniewicz do finału zakwalifikowały się prace Anety Klimczak, Marka Krzysztofika, Emilii Kusyk, Marcina Łukasza Makowskiego i Kamilko Porandojin.

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com