Tag Kościół

Niedziela Zmartwychwstania (12 IV): My też zmartwychwstaliśmy 1 Autor: Wacław Oszajca SJ

Apr13

(Dz 10, 34a.37-43; Kol 3, 1-4; J 20, 1-9)

Paweł apostoł przypomina Kolosanom, a co za tym idzie, również nam, że już powstaliśmy z martwych. Co to znaczy, w jaki sposób zmartwychwstaliśmy i kiedy ten fakt miał miejsce? Jak mogliśmy zmartwychwstać, skoro nikt z nas nie umarł? Nadal przecież nosimy paszporty a nie karty zgonu. Czyżby zmartwychwstanie dokonywało się przed śmiercią? Słuchając apostoła, trzeba odpowiedzieć, że owszem, tak, gdyż chrześcijanin jest człowiekiem, który przez całe życie powstaje z grobu, do którego zresztą sam siebie od czasu do czasu zapędza. Strach pomyśleć, że możemy w tym grobie zamknąć się na zawsze. Otóż, zmartwychwstanie dokonuje się wtedy, gdy człowiek postanawia traktować Boga tak, jak Go traktuje Jezus Chrystus.

Datę naszego zmartwychwstania można jednak podać z dokładnością co do minuty. Wystarczy o nią zapytać rodziców, chrzestnych, albo poprosić w kancelarii parafialnej. Właśnie w dniu chrztu stanął przy nas Chrystus, jako że to nie kto inny, tylko On sam nas ochrzcił, a to znaczy, że związał siebie z nami tak mocno, iż nikt, nic i nigdy nie zdoła Go od nas oderwać. Owszem, my sami usiłujemy co i raz oderwać siebie od Niego, odepchnąć Go od nas, zapomnieć o Nim. Czasami myślimy, że się nam udało od Chrystusa uwolnić.

Takie myślenie o Chrystusie jest złudne, ponieważ wciąż słyszymy Jego zaproszenie kierowane pod adresem wszystkich ludzi bez względu na to, czy ktoś żyje z Nim w przyjaźni, czy już o Nim zapomniał, czy też wprost Go nienawidzi. Jezus nieustannie powtarza te same słowa: Bierzcie i jedzcie, bierzcie i pijcie, moje ciało i moją krew, bierzcie wszyscy. I nie chodzi tu jedynie o zachętę do udziału we mszy, co już samo w sobie jest ważne, ale o to, byśmy razem z Nim dzień w dzień tworzyli coraz lepsze warunki dla ludzkiego szczęścia, czyli poszerzali granice nieba.

* * *

Risus Paschalis to znaczy: śmiech wielkanocny. W niektórych Kościołach tradycji wschodniej, zwłaszcza w Kościele ormiańskim, kiedy w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego diakon odczytuje z Ewangelii relację pierwszych świadków o zmartwychwstaniu, wszyscy obecni w świątyni wybuchają gromkim śmiechem. W Kościołach chrześcijańskiego Zachodu risus paschalis to znany od XVI w. zwyczaj rozbawiania wiernych zgromadzonych w kościele w Wielkanoc opowiadaniem jakiegoś dowcipu. Początkowo był on mocno krytykowany. Obecnie inaczej traktuje się śmiech w teologii. Faktem jednak pozostaje, że tak jak i w pozostałych sferach życia publicznego, podczas naszych zgromadzeń liturgicznych śmiech czy poczucie humoru rzadko dochodzą do głosu. Kiedy wychodziłam z kościoła w Londynie, to czułam się przepełniona radością. To było po prostu bardzo radosne spotkanie ludzi. U nas jednak jest trochę inaczej – napisała dr Dorota Brzozowska na stronie internetowej diecezji gliwickiej.

VI niedziela Wielkiego Postu (5 IV): Ku chwale Boga Ojca 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Apr6

(Mk 11,1-10; Iz 50,4-7; Flp 2,8-9; Mk 14,1 – 15,47)

Kończy się Wielki Post i zaczyna Wielki Tydzień. Mamy zatem Niedzielę Palmową, czyli Męki Pańskiej, jak czytamy w Mszale rzymskim. Liturgia przenosi nas do Jerozolimy, do początków nowej ery. Oto Jezus triumfalnie wjeżdża do świętego miasta Jeruzalem. Entuzjazm tłumów i apostołów, okrzyki, zielone gałązki ścięte na polach, ale na szczególną uwagę zasługuje co innego. Jezus wjeżdża do Jerozolimy na osiołku, żeby chociaż na porządnym, dojrzałym ośle, a najlepiej na rumaku, ale nie, na młodym jeszcze zwierzęciu i to wypożyczonym tylko na ten czas, jakby na chwilę.

Z jednej strony widzimy Jezusa jako króla, potomka, syna Dawida, co niektórych uczestników triumfalnego pochodu mogło utwierdzić w przekonaniu, że oto nastał czas spełnienia proroctw i Jezus wreszcie uwolni swój naród od wszelkich nieszczęść. Z drugiej jednakże strony tenże król i Mesjasz wcale nie wygląda na mocarza, wodza, nie stoi za nim żadna polityczna czy militarna siła. Wszak osiołek to żaden rumak, a płaszcze apostołów to nie zbroja.

A jednak ten wjazd Jezusa do Jerozolimy jest triumfem, tyle że rozciągniętym nie na jakiś określony czas i zamknięty w określonej przestrzeni, ale ogarniający całą czasoprzestrzeń. Wjazd do Jerozolimy jest początkiem, jeśli w odniesieniu do działania Boga można mówić o jakimś początku, obejmowania przez Jezusa w posiadanie wszystkiego, co jest, łącznie ze złem i ze śmiercią. Jezus, jako król wszechświata, ukaże się nam w Wielki Piątek, kiedy zabijany przez nas, będzie nas przed Bogiem usprawiedliwiał, i gdy wbrew sobie samemu dochowa wierności Bogu, który w chwili najtrudniejszej, jak się okazuje nie tylko dla człowieka, ale i dla Boga również, opuścił Go, zostawił samego.

* * *

W każdą niedzielę i uroczystość mówimy, że Jezus umarł, zmartwychwstał, wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Niedziela, jak wiemy, przypomina Kościołowi o wydarzeniach, które już się dokonały, i o tych, które mają nadejść. Liturgia, a więc serce tego dnia, łączy więc przeszłość i przyszłość. Jeśli tak, to trzeba powiedzieć, że dzień dzisiejszy, każdy dzień tygodnia, jest już niedzielą, bo każdego dnia Jezus przychodzi, by poszerzać granice swego królestwa aż w nieskończoność.

V niedziela Wielkiego Postu (29 III): I został wysłuchany 1 Autor: Wacław Oszajca SJ

Mar28

(Jr 31,31-34; Hbr 5,7-9; J 12,20-33)

Autor Listu do Hebrajczyków mówi, że Jezus zanosił gorące prośby do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci i został wysłuchany. Na pierwszy rzut oka widać, że coś tu jest nie tak. Przecież Jezus umarł, a Jego zgon potwierdzili pilnujący Go żołnierze jak też Jan apostoł. Na czym więc polegało owo „wysłuchanie” przez Boga Jezusowej prośby czy też modlitwy? Przecież wygląda na to, że Bóg nie wysłuchał Jezusa, skoro zawisł On na krzyżu.

Nasz kłopot, jak się okazuje, wcale nie jest wyłącznie naszym czy też nowym kłopotem. W Ewangelii na piątą niedzielę Wielkiego Postu mamy zapis świadczący, że współcześni Jezusowi borykali się z podobnymi trudnościami. Oto Bóg Ojciec mówi do Jezusa, ale otaczający Go biorą Boży głos za grzmot, inni zaś twierdzą, że to może anioł przemówił.

Szukając odpowiedzi na te pytania, warto zwrócić uwagę na zmiany, jakie zaszły w wystroju kościoła. Starym zwyczajem pozasłaniano krzyże i obrazy. W jakim celu? By umożliwić nam lepszy dostęp do tego, co Bóg ma nam do powiedzenia. Co jakiś czas trzeba zamknąć oczy, nie po to jednak, by się odrywać od codzienności, przeciwnie, po to, by się lepiej zorientować, o co w tym wszystkim, co składa się na nasze życie, chodzi.

Chrystus tych, którzy mu zaufali, nie zabiera ze świata, nie izoluje, nie tworzy ze swoich wyznawców oddzielnej społeczności, oddzielnego narodu, jakiegoś swojego państwa. Przeciwnie, posyła tych, którzy Go pokochali, między ludzi, by tam, pośród nich, o Nim opowiadali, proponowali Jego sposób patrzenia na rzeczywistość, myślenia o niej i rozbudowywania jej według Jego planu.

* * *

Przygotowując się na obchody Wielkiego Tygodnia, warto, choćby tylko w wyobraźni, czy też korzystając z albumów i przewodników, wybrać się na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. A gdy dotrzemy na Golgotę, warto zauważyć, że znajdująca się tam bazylika Grobu Pańskiego pierwotnie nazywała się bazyliką Zmartwychwstania. Ta zmiana nazwy, wezwania, wiele mówi. Stawia nas wobec pytania: Dlaczego zmartwychwstanie zastąpiono grobem?

I niedziela Wielkiego Postu (1 III): Żył tam wśród zwierząt 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Mar1

(Rdz 9,8-15; 1 P 3,18-22; Mk 1,12-15)

Pustynne zwierzęta to lwy, hieny, skorpiony i pewnie jakieś jadowite węże. W takim towarzystwie Jezus przebywał przez czterdzieści dni. Do tego trzeba dodać szatańskie pokusy, czyli mówiąc po naszemu, potworne rozterki duchowe, na które nie ma lekarstwa. Jakby tego było mało, przeciwko Jezusowi zaczynają sprzysięgać się ludzie. Osadzono w więzieniu Jana, osobę bardzo bliską Jezusowi. A przecież Jezus jest owym łukiem, czyli tęczą, którą Bóg za czasów Noego położył na obłokach jako znak przymierza z Izraelem, a teraz znowu kładzie, już nie na niebieskich przestworzach, ale na ziemi, pośród ludzi.

Pod koniec Wielkiego Postu zobaczymy, że owe lwy i skorpiony, szatan i ludzie dopną swego i zgaszą tę tęczę. To znaczy zechcą zgasić. Zabijemy Jezusa, mniemając, że wyświadczamy przysługę sobie, naszym dzieciom, jak też naszej religii, ojczyźnie i Bogu. Byśmy więc nie ulegali tego typu pobożnym złudzeniom, na początku Wielkiego Postu posypujemy głowy popiołem, ale nie po to, by z rezygnacją stwierdzić, że wszystko, ten cały widzialny świat, to nic innego, jak tylko marność nad marnościami. Wprost przeciwnie. Popiół, w naszym chrześcijańskim rozumieniu, nie jest symbolem przemijania, nie oznacza, że przeznaczeniem wszelkiego stworzenia jest śmierć, czyli nicość. Owszem, wszystko, co jest, przejdzie przez śmierć, ale to nie znaczy, że przestanie istnieć. Popiół oznacza to, co jest w nas wieczne, czego nie zniszczy ani ogień, ani woda, ani żadna inna siła. Że tak jest, przekonamy się w Wielki Piątek.

* * *

Post, czyli rybka, śledzik, żadnych tam czekoladek, ciasteczek. Szerokim łukiem należy też obchodzić dyskoteki. Dobre i to, gorzej, jeśli tylko to, jeśli tylko tyle. Lepiej, jeśli post oznacza np. próbę zapanowania nad nałogiem tytoniowo-alkoholowym, bo od czegoś trzeba zacząć, w którymś momencie zawrócić z drogi, na której nie dość, że nie znaleźliśmy szczęścia, to jeszcze napytaliśmy sobie i innym biedy.

Jeśli więc narzekamy na brak przyjaciół, na niezrozumienie i odepchnięcie, na podły dzisiejszy świat, sięgnijmy po lustro.

VI niedziela zwykła (15 II): Nieczysty, nieczysty! 3 Autor: Wacław Oszajca SJ

Feb13

(Kpł 13, 1-2. 45-46; 1 Kor 10,31 – 11,1; Mk 1,40-45)

Mojżesz i Aaron zakazują obcowania, a nawet dotykania, chorych na trąd. Dzisiaj wiemy, dzięki biologom, że ten zakaz nie jest pozbawiony racji. W biblijnym opowiadaniu przede wszystkim nie o profilaktykę chodzi. Wśród Izraelitów pojawia się oto ktoś, kto, wydawać by się mogło, łamie prawo nadane przez Mojżesza. Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął trędowatego, mówi Marek ewangelista. Następnie nakazał oczyszczonemu, by nie rozpowiadał o tym wydarzeniu, ale udał się do kapłanów i złożył należną ofiarę. Jezus dał trędowatemu tyle, ile mógł. Znowu więc nie chodzi o to, by uzdrowiony zachował prawo, ale zaniósł kapłanom dobrą nowinę. Oto spełniły się oczekiwania, Bóg wysłuchał ich modlitw i wypełnia dane Izraelowi obietnice. W Izraelu żyje ktoś, kto zachowuje się jak Bóg, jako że tylko Bóg dokonuje rzeczy dla człowieka niemożliwych.

Niestety, oczyszczony na ciele okazał się człowiekiem nieoczyszczonym na rozumie i sercu. A dobra nowina, którą zaniósł kapłanom, została przez nich odebrana jako zła nowina i Jezus został zmuszony do ukrywania się, konspirowania. Obdarowany oddaje więc wilczą przysługę swojemu dobroczyńcy.

Dotykając chorego na trąd, Jezus, w mniemaniu kapłanów, stał się również rytualnie nieczysty. Przez to dotknięcie Jezus stał się jednym z trędowatych, a więc sam siebie wykluczył ze społeczeństwa. Ta droga, takie podejście do innych ludzi, zaprowadzi Go na krzyż. Zostanie przecież zabity dla dobra narodu i religii.

* * *

Współcześni trędowaci, czyli wyklęci, wyrzuceni na margines, zepchnięci na obrzeża miast, zamknięci w gettach, kim są? Gdzie się gnieżdżą, bo przecież nie mieszkają? Co my, chrześcijanie, mamy im do zaoferowania? A może te pytania trzeba odwrócić i skierować do siebie, bo być może to ja jestem trędowaty i nawet o tym nie wiem.

Czy dorastający chłopak musi odejść z Kościoła? 1 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Feb10

Alergicznie reaguję na aktywność Kościoła pod hasłem „duchowość mężczyzny”. Ale jeżeli książkę z takim tytułem przynosi mi przyjaciel i nauczyciel, w końcu zaglądam; zwłaszcza że jest on autorem dwóch rozdziałów.

Czytam Cezarego Gawrysia („Więź”), bo o nim mowa, i czuję, jakby to były moje własne myśli.

„Naprzód przebojem, młodzi rycerze, / do walki z grzechem swej duszy, / wodzem nam Jezus w hostii ukryty, / z Nim w bój nasz zastęp wyruszy!” – tę pieśń śpiewałem jako dorastający chłopiec na niedzielnych Mszach dla młodzieży. Przestałem ją śpiewać w wieku lat czternastu, kiedy też przestałem chodzić do kościoła.

Ja także jako czternastolatek zrywałem się z kościoła, który wydawał mi się nudny, daleki od mojego życia i moich spraw. Później do niego wróciłem. Zawsze jednak uważałem, że przywołane słowa pieśni robią chłopakom wielką krzywdę. Jest to w zasadzie pieśń taliba. Młodego rycerza, który walczy z grzechem duszy. Nie mam zamiaru iść na świętą wojnę.

Po latach wydaje mi się błędem ewangelizacji, że podobne teksty służą do formacji wiernych. Jaka z tego może powstać duchowość? Nie będzie to przykład męski, ale taki, który nasuwa mi się pierwszy (pochodzi z wywiadu z Tadeuszem Batrosiem, wówczas dominikaninem):

Porażające są historie, gdy lekarz przytulił czterdziestoletnią zakonnicę i było to dla niej tak szokujące przeżycie, że zanim trafiła na terapię do psychoterapeuty, nie mogła się uwolnić od obsesyjnych snów i myśli.

Benedykt XVI w swojej pierwszej encyklice „Deus caritas est” pisze, że wiara nie tworzy świata równoległego, ale bezpośrednio wiąże się z naszym życiem. Tymczasem kwestie duchowości mężczyzny czy kobiety, seksu, zawsze poprzedza wielkie „ale”, niezależnie od tego, ile przyniesie ono pożytku, a ile szkody. A światy równoległymi pozostają. Z jednej strony jest czysto i “duchowo”, z drugiej – nierząd. Mało pociągająca alternatywa, przed którą staje dorastający chłopak. Czy zawsze będzie on musiał odejść z Kościoła, by później do niego wrócić?

„Duchowość mężczyzny” (J. Augustyn, red., WAM, Kraków 2008).

V niedziela zwykła (8 II): Pójdźmy gdzie indziej 0 Autor: Wacław Oszajca SJ

Feb8

(Hi 7,1-4.6-7; 1 Kor 9,16-19.22-23; Mk 1,29-39)

Jezus, nie licząc establishmentu religijno-politycznego, cieszy się ogromnym wzięciem. Cudotwórca, uzdrowiciel, egzorcysta, mowca, wspaniały człowiek. Jego sława wciąż rośnie, wciąż też przybywa Jego zwolenników. Tymczasem Jezus, zamiast się cieszyć z tej sławy, zakazuje uczniom, a nawet złym duchom, mówienia o sobie. Mało tego, zamiast korzystać z możliwości, jakie daje sława, Jezus każe uczniom zbierać się i przenieść na inne miejsce, do innych miejscowości.

Dzisiaj, patrząc z perspektywy dalszego losu Jezusa i z perspektywy dwu tysięcy lat istnienia chrześcijaństwa, wiemy, dlaczego postępował On w ten sposób. Jezus wiedział, że przychodzącym do Niego, uwielbiającym Go chodzi o pomoc w wychodzeniu z takiej czy innej, ale zawsze mniej lub bardziej trudnej, bolesnej, wprost beznadziejnej sytuacji – śmierć, choroba, konflikt w rodzinie, zniewolenie polityczne i ekonomiczne. Mesjasz Jezus miał za zadanie zabezpieczać swoich zwolenników przed wszelkimi nieszczęściami i jednocześnie zapewniać im życie długie i dostatnie, w czerstwym zdrowiu. Tymczasem Jezusowi chodziło o coś całkiem przeciwnego. Tych, którzy Mu zaufają, z apostołami na czele, Jezus pośle tam, gdzie stracą nie tylko pieniądze i zdrowie, ale również i życie.

Z podobną sprawą Jezus boryka się również dzisiaj. Wiele naszych modlitw, mszy, dobrych uczynków robimy dlatego, by w zamian otrzymać od Boga stokroć więcej. Przy czym zapominamy, że to stokroć więcej związane jest z prześladowaniami. Prawdziwymi, w których traci się życie, a nie zmyślonymi, istniejącymi tylko w naszej głowie i w głowach innych cierpiętników.

* * *

Dzisiejsi cudotwórcy, uzdrowiciele chrześcijańscy, zarówno katoliccy, ewangeliccy jak i prawosławni, cieszący się nieraz ogromnym wzięciem i występujący w kościołach wszelkiego rodzaju energoterapeuci, specjaliści od medycyny niekonwencjonalnej, różdżkarze, „wahadełkowcy”, wszyscy oferujący swoje nadprzyrodzone usługi czy nie powinni zadać sobie pytania o odpowiedzialność za tych, którzy im zaufali. Zwodząc np. chorych, zaciągamy przecież winę nie tylko względem nich, ale i względem Boga.

IV niedziela zwykła (1 II): Wzbudzę im proroka 3 Autor: Wacław Oszajca SJ

Feb1

(Pwt 18,15-20; 1 Kor 7,32-35; Mk 1,21-28)

Mojżesz zapewnia Izraelitów o nieustającej trosce Boga o nich. Dowodem na prawdziwość troskliwego zainteresowania Boga Jego ludem są prorocy. Ludzie, którzy przede wszystkim potrafią słuchać tego, co Bóg do nich mówi przez wydarzenia wielkie, historyczne, i małe, codzienne, przez wiedzę o świecie i oczywiście przez znajomość Pisma Świętego. Mojżesz przestrzega jednak proroków, by pod żadnym pozorem nie próbowali podszywać się pod Boga i swoje poglądy rozpowszechniać jako stanowisko samego Boga. Taki prorok musi bowiem zginąć, mówi Mojżesz.

Prawdziwym prorokiem, który w każdym calu będzie wierny Bogu, prorokiem, którego każde słowo będzie słowem Boga jest Mesjasz. Chrześcijanie, znając to proroctwo, w jego świetle odkryli, że spełniło się ono w życiu i śmierci Jezusa z Nazaretu. Nazwali Go więc Słowem Boga, słowem zawsze żywym i zawsze wypowiadanym po raz pierwszy. Skoro tak, to nie wolno tego Słowa, którym jest Jezus, sprowadzać jedynie do zjawiska fonetycznego, do głosu czy też do znaku graficznego, jakim jest wyraz złożony z liter. Jezus żyje przecież we wszystkim, na tym polega Jego zmartwychwstanie, a zatem mówi przez wszystko. Wszystko, co istnieje, jest Jego wypowiedzią. Jeśli tak, to trzeba powiedzieć, że każdy chrześcijanin jest prorokiem, czyli człowiekiem umiejącym dosłuchać się mowy Boga w tym wszystkim, co dzieje się na Ziemi.

Chrześcijaństwo to przede wszystkim metoda, to sposób patrzenia na rzeczywistość, taki sposób jej badania i analizowania, który umożliwia człowiekowi nie tylko usłyszenie Boga zamieszkującego tę rzeczywistość, ale zobaczenie Go i zaprzyjaźnienie się z Nim. Dlatego liturgia Kościoła nie jest przywoływaniem Boga, przepraszaniem Go, nawet nie jest jedynie składaniem Mu ofiar, ale ogłaszaniem, że Bóg nie tyle wszedł, ile nigdy nie opuścił swojej synagogi, swojego kościoła, jakim jest Wszechświat.

* * *

Pewnie nie ma nic bardziej groźnego od polityka, który rości sobie prawo do bycia prorokiem i zaczyna przemawiać w imieniu Boga, gdyż w tej samej chwili, w której ogłosi np. z trybuny sejmowej, że coś tam jest wolą Boga, zamyka usta wszystkim innym posłom. Kto bowiem zdoła udowodnić, że taki polityk się myli? Jedynie Bóg mógłby zaoponować.

Jak się ma Opatrzność do majątków 1 Autor: Małgorzata Felicka

Jan25

Siostra Małgorzata Chmielewska w czasie debaty „Kościół w demokracji 1989-2009” została w pewnym momencie zagadnięta, czy sprawa odzyskiwania przez Kościół mienia zagarniętego przed laty dotyczy jej zgromadzenia. Odpowiedziała bez wahania, że dzięki Bogu, jej zgromadzenie nie ma żadnych majątków. To był mocny kontrapunkt w toczącej się dyskusji. Zaskakujący. Zapytana dalej, jak sobie dają wobec tego radę, powiedziała rzecz piękną. Zapamiętałam, że brzmiało to mniej więcej tak: „Może to wyda się śmieszne, ale wierzę w Opatrzność. I mówię wam, że pomoc Opatrzności przychodzi. Jest zawsze spóźniona o 15 minut, w ciągu których można osiwieć, ale trzeba w nią wierzyć i pamiętać, że Bóg daje, ale tylko dopóty, dopóki, nie zatrzymuje się dla siebie tego, co daje, ale natychmiast przekazuje to dalej.”

No właśnie, to jest ta sprawa, która leży mi na sercu: czy Kościół (ten hierarchiczny) wierzy w Opatrzność? Czy nie jest za nadto ziemski w swych staraniach o materialne środki do trwania i prowadzenia pracy? Czy nie stara się wyręczyć Pana Boga w dbałości o swe interesy?

Trudno jest wziąć odpowiedzialność za sprawy Kościoła jako instytucji i wyważyć, w jakim stopniu powinien zdać się na Opatrzność. Jeśli mowa o majątkach, będących własnością instytucji, to wystarczyłoby, żeby Kościół prowadził przejrzystą księgowość, tak żeby można było stwierdzić, na co są przeznaczone. Gdyby wiadomo było, że zgodnie z wolą darczyńców, przeznaczane są na pomoc dla innych, to wielu krytykom zamknęłoby się usta. Jednak chociaż nie łatwo znaleźć właściwą miarę dla zabiegów Kościoła, nie znając jego finansów ani tego jak są spożytkowywane, to jedno wydaje się niewątpliwe. Majątek Kościoła nie powinien być przeznaczany na wystawne życie jego urzędników. Jeśli chcą oni być słuchani i brani poważnie, to nie mogą żyć bogato, lecz skromnie. Obecnie, przynajmniej w Polsce, w ogólnym odczuciu wyższe stanowiska kościelne wiążą się z wysokim poziomem życia. To zraża do Kościoła. Kiedyś może było tak, że autorytet miał feudał, jakiś bogacz otoczony świtą. Teraz taka otoczka pozbawia wyższych duchownych ich moralnego autorytetu, nie mówiąc o tym, że oddala ich od realiów życia i znieczula na problemy zwykłych ludzi. A to przecież właśnie ci duchowni redagują kościelne dokumenty wytyczające stosunek Kościoła do spraw, którymi żyją wierni. Gdyby zaś wyższych rangą urzędników kościelnych obejmowało ślubowanie ubóstwa, nie byłoby wątpliwości, czy aby któryś biskup nie został biskupem, bo zachciało mu się luksusu. Zresztą to ostatnie jest tak bardzo ludzkie i prowadzi do tak fatalnych skutków, że lepiej nikogo, kto ma władzę nie wystawiać na tę dodatkową pokusę.

Często mówi się, że tajemnicze są drogi Opatrzności. Istotnie, w tym przypadku może się okazać, że na korzyść Kościoła działa to, co wydawało się wadą. Po pierwsze to, że Kościół nie jest instytucją rządzoną demokratycznie. Dzięki temu papież, który – inaczej niż politycy i sami biskupi – nie musi dbać o niczyje poparcie, bez problemu mógłby wydać rozporządzenie, że biskupie pałace, limuzyny, służba, cenne meble, zastawy i dzieła sztuki, świetne jadło i napitki i inne drogocenności są od dziś zakazane. Papież może powiedzieć, że kończy się era wielebności i eminencji a zaczyna dla biskupów zwykła siermiężna księża posługa. Papież ma przecież taką władzę i może tak zdecydować.

Dodatkowo, opatrznościowe wydaje się to, że księża nie są związani rodzinnie, więc ewentualne odebranie jakichś przywilejów odbiłoby się tylko na standardzie ich własnego życia. Nie musieliby pytać żon, czy zgadzają się na przeprowadzkę do skromniejszego mieszkania, ani tłumaczyć dzieciom, że nie pojadą na drogie wakacje. Być może to jest zasadniczy sens celibatu.

W każdym razie dla dobra Kościoła, jego pasterze nie mogą być oderwanymi od ludu władcami na modłę rzymskich urzędników cesarskich. Oddzielenie  tych funkcji od rażących przywilejów wydaje się jednym z podstawowych warunków odzyskiwania przez Kościół wiarygodności i na szczęście wydaje się proste do przeprowadzenia. Dobrze by było, żeby częściej okazywało się, że Kościół (instytucja i hierarchia) bardziej wierzy w Opatrzność, niż w majątki.

Kto zapewni jedność w Kościele i co to za jedność? 6 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jan14

Do wyborów przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski prawie dwa miesiące (mają się odbyć 10 marca w czasie zebrania plenarnego biskupów w Warszawie), ale już teraz trwają dziennikarskie spekulacje, kto przez następne pięć lat będzie kierował Kościołem w Polsce.

Dotychczasowy przewodniczący KEP Polski abp Józef Michalik ma największe szansę na ponowny wybór, ponieważ gwarantuje jedność Kościoła – wynika z informacji “Dziennika”.

Natomiast ”Gazeta Wyborcza” ustaliła, że największe szanse ma metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź. Jego kontrkandydatami mogą być metropolita warszawski abp Kazimierz Nycz, a także krakowski – kard. Stanisław Dziwisz.

Według Katarzyny Wiśniewskiej, arcybiskupi Nycz i Dziwisz ”są intensywnie namawiani przez biskupów do kandydowania. Tyle że żaden z nich nie ma przekonania do tej funkcji”.

”Dziennik” uważa, że abp Józef Michalik zapewnia jedność episkopatu, a jednocześnie swobodę biskupom w realizowaniu ich koncepcji. ”Gazeta” ujmuje to dosadniej: Biskupom jego wybór może być na rękę, bo wbrew pozorom w Episkopacie jest bardzo ugodowy i – jak usłyszeliśmy – “niczego nie wymaga”. Sam jednak wciąż zastanawia się, czy chce kandydować na drugą kadencję. Z informacji “Dz” wynika, że jest on namawiany przez liczne grono biskupów, którzy dostrzegają jego zalety.

Jak ustalił “Dz” w wiarygodnym źródle, kard. Dziwisz nie ma zamiaru kandydować, skupia się bowiem na budowaniu Centrum Jana Pawła II w Krakowie i propagowaniu jego nauczania na całym świecie. Według ”Gazety”, ”jeśli jednak kard. Dziwisz zadeklaruje, że jest gotowy przejąć stery w Episkopacie, mógłby liczyć na głosy zarówno liberalnego, jak i konserwatywnego skrzydła Episkopatu, mimo że znany jest raczej jako krytyk środowiska Radia Maryja”. Mógłby też, jak pisze ”Gazeta” zrezygnować z ubiegania się o stanowisko, ale namaścić abp. Nycza.

”Gazeta”: Metropolita gdański ma atut, którego brakuje pozostałym: bardzo chętnie widziałby siebie w roli przewodniczącego. – Dla abp. Głódzia to naturalne, że będzie kandydował. Poza tym to mistrz wygrywania większych i mniejszych wyborów. Sprawuje rekordową liczbę różnych funkcji w Kościele – twierdzi osoba zbliżona do Episkopatu.
(…)
Zebrałby głosy od biskupów konserwatywnych i umiarkowanych, ale z pewnością nie od takich hierarchów jak abp Życiński czy bp Pieronek.

(informacje za PAP i GW)

***

Z tekstów o przygotowaniach do wyborów przebija pytanie o tzw. jedność Kościoła. Nie za bardzo wiadomo, co to miałoby znaczyć – biskupi mają przecież różne poglądy i to się nie zmieni. Nowy przewodniczący KEP mógłby ten pluralizm dowartościować, pokazać, że w Kościele istnieje swobodny obieg myśli. Może też ewentualne dyskusje starać się chować pod dywan. Tak rozumiana jedność będzie polskiemu Kościołowi szkodzić, wszystko zostanie po staremu.

*A spotkanie z abp. Nyczem już jutro o 18 na Rakowieckiej, zapraszamy.

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com