Tag Media

Jak reagować na nergalizację mediów? 15 Autor: Dariusz Kowalczyk SJ

Sep20

Ludzie mówią różne rzeczy. Czasem powiedzą coś mądrze, a niekiedy całkiem głupio. Bywa też tak, że ta sama wypowiedź dla jednych jest celna i „odważna”, a dla innych to zupełny bełkot albo chamstwo. Dlatego też w pluralistycznych demokracjach powinny istnieć zróżnicowane media, aby każda opcja mogła dotrzeć ze swoim przekazem do społeczeństwa. W Polsce nie jest pod tym względem najlepiej. Symptomatyczne jest to, że coraz więcej niezależnych twórców prezentuje swe dzieła i spotyka się z odbiorcami w salkach parafialnych albo w internecie, gdyż na wejście do TVP, o dwóch wielkich telewizjach prywatnych nie wspominając, nie mają szans. Taki los spotkał na przykład kilka dobrych filmów o katastrofie smoleńskiej. Okazuje się nawet, że nasze zideologizowane telewizje nie chcą za pieniądze reklamować nowego dziennika, który im nie odpowiada.

Jak w tej sytuacji powinien zachować się Kościół? Zawsze uważałem, że powinien tworzyć własne media, ale jednocześnie starać się być obecnym w innych mediach publicznych i prywatnych, nawet jeśli niektóre z nich prezentują nurt raczej daleki od katolickiego nauczania. Oczywiście, są pewne granice i szanujący się katolik nie powinien wypowiadać się dla takich mediów jak np. „Nie” lub „Fakty i mity”, które są znane ze swej wściekłej chrystofobii. Rozwój sytuacji na rynku medialnym pokazuje, że opcja tworzenia i umacniania kościelnych mediów jest coraz ważniejsza. Tylko w ten bowiem sposób można ocalić autentyczną niezależność nie tylko w wypowiadaniu się, ale także – co czasem jest ważniejsze – w doborze tematów dyskusji.

czytaj dalej »

Nie rozumiem podziału dziennikarzy 5 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun19

Zbiory Biblioteki Dziennikarzy Polskich od czwartku zostały udostępnione w Czytelni Naukowej nr XXI na warszawskim Mokotowie. Dotąd dostęp do tego księgozbioru, przechowywanego w magazynach Domu Dziennikarza oraz w jednej z warszawskich szkół, był bardzo ograniczony – podaje dziś PAP. Co to znaczy „bardzo ograniczony”? Mniej więcej tyle, że książki, niekiedy bardzo cenne, porastały grzybem. Części zbiorów nie udało się odratować. Obecnie jest to 19 tys. książek, 750 tomów czasopism oprawnych oraz 450 tytułów prasy. Najstarszy wolumin pochodzi z 1589 roku – wierszowana broszura Bartosza Paprockiego “Pamięć nierządu w Polszcze przez dwie fakcye uczynionego w roku 1587″. Sprzed 1948 roku pochodzi 2 tys. książek BDP.

Piszę o tym z dwóch powodów. Pierwszy – bo to ciekawe miejsce. A także pomnik, który pozostawia po sobie mój przyjaciel i były wykładowca, redaktor Henryk Zagańczyk, który w otwarciu tej biblioteki miał swój wielki udział.

Drugi – bo nie rozumiem podziału w środowisku dziennikarzy. To znaczy, rozumiem i nie rozumiem. Przykładem dla wyjaśnienia problemu niech będzie owa biblioteka. Powołuję się dalej na PAP: Księgozbiór Dziennikarzy Polskich gromadzony był przez środowisko od 1948 roku. Jego właścicielem było najpierw Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Po wprowadzeniu stanu wojennego władze komunistyczne rozwiązały SDP, tworząc w jego miejsce prorządowe Stowarzyszenie Dziennikarzy PRL, które przejęło bibliotekę.

Po 1989 roku SDP zostało reaktywowane, zaś SD PRL zmieniło nazwę na Stowarzyszenie Dziennikarzy RP. Oba stowarzyszenia dzieli organiczna niechęć. Zwłaszcza – jak mówią niektórzy ich działacze – niechęć tę przejawiają kierownictwa stowarzyszeń. Boją się, że w wyniku połączenia stracą pozycję?

Ten spór wydaje się jakoś zrozumiały. Przecież historia najnowsza podzieliła u nas nie tylko dziennikarzy. Czego nie rozumiem, to – jaką rolę widzą dla siebie samorządy dziennikarskie, czym chcą rzeczywiście być, jaką siłę ma mieć ich głos, kogo i jak zamierzają zachęcić do wstąpienia w swoje szeregi? Jak chcą odpowiadać na te pytania skazując się jednocześnie na marginalizację z powodu ciągłego pielęgnowania starego podziału?

Sam zastanawiałem się nad wstąpieniem do stowarzyszenia dziennikarskiego. Nadal uważam, że oprócz legitymacji z redakcji, legitymacja stowarzyszonego dziennikarza ma swoją wagę. Stowarzyszenie może przyczynić się do dbania o zawodowy etos, standardy w mediach i tak dalej. Ale które stowarzyszenie? Pomyślałem – dobrych przyjaciół mam w obu. Lepiej to sobie daruję.

Na tym tle otwarcie – wspólne – Biblioteki Dziennikarzy Polskich może być małym krokiem dla skłóconych dziennikarzy, ale wielkim krokiem dla dziennikarstwa.

Czytelnia Naukowa nr XXI, ul. Bukietowa 4a


Wyświetl większą mapę

Przy okazji znalazłem zdjęcie z otwarcia, na którym się znalazłem;) (fot. Paweł Supernak/PAP)

Straszą Niemcami 11 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

May25

Der Spiegel napisał bardzo ciekawy tekst o uwikłaniu w zbrodnie Holocaustu narodów Europy (polskie tłumaczenie na wyborcza.pl). Belgów, Francuzów, Holendrów, Litwinów, Polaków, Rumunów, Ukraińców… Tekst podkreśla – i nie podlega to dyskusji – że odpowiedzialność za Zagładę ponoszą Niemcy. Jednocześnie pokazuje, co rzadko mamy okazję spotkać, przegląd różnych postaw wobec Żydów – zarówno naszych wschodnich, jak i zachodnich sąsiadów. No i Polaków.

Przecież to szalenie ciekawe. A artykuł jest wyważony, pomaga zrozumieć wydarzenia, które widzimy w nowym świetle. Co więcej, przywołuje liczby, które dają nam powody do dumy: autorzy przytaczają wyliczenia ekspertów, według których w „pomoc” hitlerowcom mogło być zaangażowanych 200 tys. osób, a w innym miejscu mówią, że Żydów ratowało aż 125 tys. Polaków. W gruncie rzeczy informacje o zachowaniach Polaków nie są dla nas nowe; najciekawszy jest tu kontekst europejski.

Tymczasem prawie cała polska prasa rzuciła się na Spiegla. Może nie trzeba się dziwić – wielu komentatorów nie od dziś powtarza mantrę o relatywizowaniu przez Niemców winy za zbrodnie drugiej wojny światowej. Ale krzyk podnieśli też politycy. I to zgodnie: „skandaliczny artykuł!”. Czytali go? Nie jest krótki. Pewnie niewiele osób go przeczyta. Dlatego tak łatwo przychodzi straszenie Niemcami?

Kogo obchodzi Europa Wschodnia? 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep29

Ostatnio wprawdzie nasza uwaga się na niej koncentruje w kontekście konfliktu w Gruzji, ale czy zainteresowanie nie jest chwilowe? Powiedziano już o nowej zimnej wojnie, o możliwościach rozszerzenia NATO, prezydent Kaczyński „podjął walkę”. I na tym właściwie się kończy.

W takim kontekście na rynku prasowym pojawił się nowy dwumiesięcznik „Nowa Europa Wschodnia”. „W polu zainteresowania pisma będzie zarówno polityka, historia, kultura, jak i życie codzienne – by pokazać możliwie najpełniejszy obraz regionu. Niemal wszystkie ważne wydarzenia, które miały i mają miejsce na wschód od Polski, w jakimś stopniu wpływają także na nasz kraj”, piszą Bogumiła Berdychowska – przewodnicząca Rady Redakcyjnej, Andrzej Brzeziecki – redaktor naczelny, Jan Andrzej Dąbrowski – prezes Kolegium Europy Wschodniej i Adolf Juzwenko – przewodniczący Rady Kolegium Europy Wschodniej. „Zmiany zachodzące na wschodzie Europy stanowią dla Polski wyzwanie, ale też ogromną szansę” – piszą.

Wyzwaniem dla czytelnika będzie przeczytanie całej zawartości numeru. Nie będzie to czas stracony. Pierwsze dwadzieścia stron uświadamia nam, jak mało wiadomości z Europy Wschodniej i Azji Centralnej przenika do naszych mediów; znajdziemy tu kronikę i komentarze: Azja Centralna, Białoruś, Kaukaz, Rosja, Ukraina. Dalej działy Publicystyka i Analizy; Historia; Rozmowa; Reportaż; Prezentacje; Recenzje.

Andrzej Brzeziecki, naczelny, wcześniej w „Tygodniku Powszechnym”, zebrał do pierwszego numeru ciekawe nazwiska. O „obcej i niezrozumiałej historii Europy Wschodniej” pisze Timothy Snyder.

O współczuciu dla Rosjan mówi w wywiadzie Barbara Skarga: „Jeśli i my mamy sowieckie nawyki, które dają o sobie znać na każdym kroku, to co mówić o Rosjanach? Ta mentalność jest jak zaraza, która gdzieś się zakorzenia i potem jest nie do wyleczenia. Trzeba mieć wyrozumiałość wobec ludzi, którzy przez tyle lat cierpieli, i szukać porozumienia z nimi”.

Niektóre teksty można już przeczytać na stronie internetowej.

Czyta się (2): Prezydent i telewizory 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug20

Inny od obowiązującego sposób wyboru prezydenta, wznioślej nazywanego głową państwa, od wielu lat, niezależnie od okresu i uregulowań konstytucyjnych, jest powtarzającym się tematem debat publicznych. Na przykład w styczniowych i lutowych numerach Robotnika, prasowego organu Polskiej Partii Socjalistycznej, z 1928 roku (okres kampanii wyborczej przed wyborami do Sejmu i Senatu II kadencji) znajdziemy postulat takiej zmiany ustrojowej, która dawałaby możliwość wyboru prezydenta pośrednio, przez przedstawicieli społeczeństwa, czyli ogólnie mówiąc elekcji na sposób amerykański. Miałoby to bardziej zdemokratyzować wybory, które dotąd znajdowały się w domenie połączonych izb parlamentu, czyli Zgromadzenia Narodowego.

We wtorkowej Rzeczpospolitej Jarosław Makowski (“Ten polityczny układ trzeba rozbić”) widzi nadzieję na zmianę obyczaju wyborczego, ale bez konieczności wprowadzenia modyfikacji konstytucyjnych: „Zarówno niektóre poczynania Kwaśniewskiego, jak i obecne wolty Kaczyńskiego pokazują, że prezydent z rozdania partyjnego to dla kraju utrapienie. Może się okazać, (…) że Polacy rzeczywiście zechcą widzieć w prezydencie autentycznego arbitra polskich sporów, a nie partyjnego żołnierza.
Rodzi się więc szansa dla takich ludzi jak były rzecznik praw obywatelskich Andrzej Zoll czy były prezes Trybunału Konstytucyjnego Marek Safjan. I jeden, i drugi mogą liczyć na szerokie poparcie obywatelskie oraz przychylność mediów. Obaj też uosabiają spokój, powagę i kompetencję, których Polacy oczekują od głowy państwa”.

Bez dwóch zdań, sam zagłosowałbym na Andrzeja Zolla, a zwłaszcza na Marka Safjana. Ale fakt, że prezydent angażuje się coraz bardziej w spory polityczne, nie sprawia jeszcze, że zbiorowa mądrość wyborców wspartych przez media zadziała na korzyść kandydatów może nie bez-, ale ponadpartyjnych. Brutalizacja – według niektórych obserwatorów życia politycznego profesjonalizacja – polskich polityków i polityki w ogóle ostatnio zadziałała raczej aktywizująco na wyborców. Jeżeli taka polityka nie odstręcza, to dlaczego szansę miałyby dostać niewybijające się bezpartyjne wykształciuchy? To wbrew logice, która rządzi dzisiejszą sceną polityczną.

Co nie znaczy, że to obecny model jest dobry. Ja skłaniałbym się do zmiany konstytucji (oczywiście, obecnie niemożliwej) i zastosowania rozwiązania przedwojennego, czyli wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe. Może nie ze względu na zbiorową mądrość tym razem parlamentu, ale choćby dlatego, by prezydent – nie wybierany już w wyborach powszechnych – nie rościł sobie zbyt wielu praw, jak to ma w zwyczaju czynić obecnie nam panujący Lech Kaczyński. Moim typem prezydenta wybranego przez Zgromadzenie byłby Piotr Węgleński, poprzedni rektor UW (Węgleński na prezydenta!).

Ludzie nie odsuwają się od partyjnych polityków, ale – może po części dlatego, że jednak mają ich dosyć – przestają oglądać telewizję. „Ludzi bez odbiornika TV jest już całkiem sporo – pisze Donata Subbotko w środowej Gazecie Wyborczej (“Jest życie bez telewizora”). – Wolą gazety i przede wszystkim internet. Przejściowa moda czy zmierzch epoki? (…) większość rodaków po latach postu uprawia konsumpcyjny wyścig na coraz większe plazmy, a status społeczny mierzy się przekątną ekranu.

Jednak obserwujemy cichy protest wobec oferty płynącej z telewizorów. I chodzi nie tylko – jak w przypadku manifestacyjnego nieposiadania telefonów komórkowych – o bunt wobec technologii, która nas ubezwłasnowolnia, ale także o wstręt do bezmyślnego gapienia się w telewizor. No i wybór internetu jako bardziej odpowiadającego czasom źródła informacji.”

Sam straciłem kontakt z telewizorem, ostatnia rzecz jaką oglądałem w domu to „Trzech kumpli”, opowieść o Maleszce, Pyjasie i Wildsteinie. Ale gdy trafia się okazja, nie mogę odmówić sobie odcinka „Seksu w wielkim mieście”, a przegapienie kolejnej powtórki „Czterech wesel i pogrzebu” wymagałoby ode mnie głębokiej samokrytyki. Trudno też nie obejrzeć – ale na szczęście w tak doniosłej chwili ratuje nas internet – przemówienia tej najważniejszej naszej głowy, głowy najjaśniejszej RP.

Orędzie Prezydenta RP

Wygląda na to, że kadencja weszła w fazę schyłkową, a prezydent nie ma nam nic do powiedzenia. Na pewno nie ma nic do powiedzenia od siebie, bo ciągłe zmiany tonu przemówień świadczą o tym, że specjaliści od wizerunku gotowi są układać mowy wzajemnie sprzeczne, byleby tylko wizerunek prezydenta był mniej tragiczny. I dlatego stał się on groteskowy. Chyba pierwszy raz poczułem, że naprawdę interesuje mnie, co Lech Kaczyński w głębi duszy myśli o Polsce (albo choćby o dokonaniach od 89 r.: czuje dumę i wdzięczność czy ucisk w gardle oplecionym układem?). Kiedy czyta w telewizji nieswoje słowa, nieswoim rytmem, robi wrażenie przygnębiającego człowieka na niewłaściwej funkcji.

Zrozumieć Wildsteina 20 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun25

Czekałem na film ”Trzech kumpli’’. Mimo, że nie jestem zwolennikiem lustracji. Liczyłem, że dokument ten pozwoli lepiej poznać trzy osoby dramatu sprzed trzydziestu lat i późniejsze losy dwójki, już bez zamordowanego Stanisława Pyjasa.

Pytania, które przychodziły mi do głowy: Skąd u Bronisława Wildsteina ten ogromny zapał lustracyjny? Skąd przekonanie, że Okrągły Stół był ‘’grzechem pierworodnym Trzeciej Rzeczpospolitej’’? Skąd zupełny brak porozumienia między lustratorami a ich adwersarzami? ‘’Trzech kumpli’’ Ewy Stankiewicz i Anny Ferens częściowo na te pytania odpowiada.

Nie sposób po jego obejrzeniu spojrzeć bez empatii na Wildsteina, redaktora ‘’Rzeczpospolitej’’; historia jego przyjaźni ze Stanisławem Pyjasem i Lesławem Maleszką jest poruszająca, tragiczna i niebywale smutna: z trójki zaprzyjaźnionych studentów jeden zostaje zamordowany przez SB, drugi donosi na całe środowisko, a trzeci stara się pokazać opinii publicznej prawdę zarówno o zabójstwie, donosicielu, jak i innych tajnych współpracownikach SB.

Gdy chodzi o ukazanie historii z jej zawiłościami, opisanie mechanizmów pozyskiwania tajnych współpracowników przez SB, stylu pracy funkcjonariuszy, klimat w środowisku akademickim i opozycyjnym, autorki filmu robią świetną robotę. W doskonały sposób pokazują też coś, o czym w zasadzie się nie mówi, czyli stopień zaangażowania społeczeństwa w opozycję. Mity, jakoby naród stawił czoła komunizmowi, rozbija w tym filmie krótka scena, w której przeplatają się ujęcia z pochodu studentów po zabójstwie Pyjasa, z wielką uroczystością na Uniwersytecie Jagiellońskim – wyborami najpiękniejszej studentki. Tu grupa z czarnymi sztandarami, tam wiwatujące, rozradowane tłumy. Poczucie niezależności w PRL było udziałem bardzo niewielkiej grupy osób; gdy dziś słyszę, że Polacy, naród polski czy społeczeństwo stawiło czoła socjalizmowi, to mam wrażenie, że zakłamując historię, umniejszamy rolę prawdziwych bohaterów, których była garstka. Zwłaszcza wtedy, gdy toczy się akcja filmu – w latach 70., gdy Edward Gierek otworzył się na inwestycje i wystrzegał przed używaniem przemocy jak w Grudniu ’70.

Wracając do Wildsteina, trudno dziś nie rozumieć motywów jego postępowania – zaangażowania publicystycznego i politycznego, np. rozpowszechnienia katalogu danych IPN. Ale rozumienie nie oznacza akceptacji. Biografia nie wzmacnia argumentów. Nadal nie rozumiem, dlaczego wielkie osiągnięcie, Okrągły Stół, miałby być nazywany zdradą, dlaczego autorki dokumentu obrazy esbeków przeplatają z hymnem Unii Europejskiej? Dlatego, że Maleszka pracował w Gazecie Wyborczej, która opowiada się za europejską integracją?

O ile pierwsza część ‘’Trzech kumpli’’ to przejmujący obraz historii, zawiłych losów trójki przyjaciół, druga kończy się politycznym manifestem. Nie ma sporu o ocenę Maleszki, o stosunek do niego Wildsteina i innych dawnych przyjaciół. Dlaczego jednak autorki starają się wmówić mi, że żyję w gorszym kraju niż widzę przez okno? Dlaczego tacy ludzie jak związany z PiS historyk Ryszard Terlecki ukazani są w lepszym świetle, a Krzysztof Kozłowski, pierwszy niekomunistyczny szef MSW, wówczas redaktor Tygodnika Powszechnego, łapany jest na wyrywkowych opiniach, które rzeczywiście działają na niekorzyść jego argumentacji? Dlaczego w filmie nie pojawiają się osoby, które mogłyby mieć odmienne spojrzenie na sprawę – choćby Adam Szostkiewicz z Polityki, który również studiował na polonistyce z ‘’Trzema kumplami’’. To może nie tyle zarzut w stosunku do autorek – one mogą robić film, jak chcą. Ale widz dostaje obraz niepełny.

W ‘’Trzech kumplach’’ obrywa Wyborcza i osobiście Adam Michnik za to, że trzymał w pracy Maleszkę. Autorki dokumentu pokazują, jak Maleszka telefonicznie ustala szczegóły jakiegoś artykułu, który ma być publikowany w Gazecie. Demonstruje tak swoją rolę jako redaktora. Prawo autorek – pokazywać bezkrytycznie takie sceny. Ale na zdrowy rozum: czy największy dziennik w kraju może być redagowany przez telefon? Ustalanie tytułów, lidów, treści wymaga szybkich decyzji, które są często zmieniane, a nie telefonicznych rozmów.

Jest jeszcze jedna nieścisłość. Bronisław Wildstein pokazywany jest jako ofiara w walce o słuszną sprawę. Częściowo można go rozumieć, częściowo się z nim nawet zgadzać. Jednak nie jest on bohaterem zupełnie przegranym. Z filmu dowiadujemy się, że po ujawnieniu tzw. listy Wildsteina został zwolniony z pracy w ‘’Rzeczpospolitej’’. Ale przecież później do niej wrócił. I dziś jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej znaczących publicystów tego dziennika. I poczytnym pisarzem. Wildstein stał się także pierwszym piórem tzw. IV RP, projektu Polski opartego na rozliczaniu i wychowywaniu społeczeństwa. Projektu na szczęście skompromitowanego rządami braci Kaczyńskich.

Media Night 2008 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun19

Wczoraj, jak co rok, odbyła się konferencja Fundacji Konrada Adenauera Media Night o stanie polskiego dziennikarstwa. Zeszłoroczna mocno osadzała się w kontekście bieżących wydarzeń politycznych. Rząd PiS-u grał kartą antyniemiecką, w niemieckiej prasie z Kaczyńskich zrobiono kartofle. Teraz jest spokojnie, stosunki z zachodnim sąsiadem, przynajmniej na zewnątrz, w sferze gestów i symboli, układają się bardziej niż poprawnie. Można rozmawiać o mediach bez obciążenia – oczywiście nie do końca – polityką.

Fundacja przygotowała jak zwykle trzy panele: „Nowe media, nowe dziennikarstwo?”, „Nieoczekiwana zmiana miejsc: Media pierwszą władzą?” i „O sztuce dziennikarstwa i wartościach w mediach”.

Najbardziej widownię zainteresował ten drugi (trzeba było wybierać, ponieważ odbywały się równolegle). Jednym z jego uczestników był Michał Kamiński z kancelarii prezydenta, który winę za przegraną PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych zrzucił właśnie na media. Decydująca wg niego była kapania z hasłem „Idź na wybory, zmień Polskę”, którą podobno obejrzała ogromna liczba Polaków i jej posłuchała. Dziwne, że doświadczony polityk może mieć aż tak zasłonięte oczy. Przypuszczam, że wiele osób o tym haśle w ogóle nie słyszało. Zresztą „zmień Polskę” nie oznacza od razu „odsuń od władzy PiS”, bo każde wybory, jak każda decyzja, są zmianą. Jeśli politycy PiS uważają, że przegrali przez media (a przecież mieli większość silnych mediów za sobą), to znaczy, że niczego się nie nauczyli.

Tymczasem najciekawszy wydał mi się panel poświęcony sztuce dziennikarstwa. Thomas Urban, niemiecki korespondent w Polsce zauważył, że nasze media, bardziej niż gdzie indziej, zajęte są same sobą. „Prawie codziennie pół kolumny poświęca się walce z inną gazetą” – mówił. – „I mam wrażenie, że ten spór rozumie w kraju nie więcej niż dziesięć osób. Walka między mediami prowadzi do przekazywania samych informacji w inny sposób – to znaczy do obniżania ich jakości”. Słuszne uwagi. U nas warto czytać kilka tytułów, by lepiej wyrobić sobie opinię o wydarzeniach. Ale z drugiej strony – nie tylko u nas.

Jak zabrać media politykom 2 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Feb11

(Robert Krasowski, Paweł Lisicki, Aleksander Smolar, Adam Pieczyński, Mariusz Ziomecki, Jacek Żakowski)

Jak zabrać media politykom? Pod takim tytułem odbyła się dziś debata publiczna w Fundacji Batorego. „Możemy dziś obserwować kolejną już odsłonę debaty o polskich mediach publicznych, ich stanie i przyszłości. Deklarowanym celem wszystkich podejmowanych po 1989 roku działań (powołanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, szybka i radykalna zmiana tej instytucji dokonana przez Prawo i Sprawiedliwość, czy projekt jej reformy przygotowany przez Platformę Obywatelską) było powstanie silnych i niezależnych mediów publicznych. Jednocześnie od lat podają one łupem kolejnych ekip politycznych zdobywających władzę w Polsce”, piszą organizatorzy.

Dyskusja z udziałem Roberta Krasowskiego (redaktor naczelny, Dziennik Polska Europa Świat), Pawła Lisickiego (redaktor naczelny, Rzeczypospolita), Adama Pieczyńskiego (członek zarządu, TVN), Mariusza Ziomeckiego (publicysta, Superstacja) i Jacka Żakowskiego (publicysta, Polityka) nie wniosła na tym polu wielu świeżych spostrzeżeń, ale po pierwsze potwierdziła, że temat zależności mediów i polityki jest u nas niewyczerpany, a fundamentalne pytania są wciąż aktualne; po drugie włączyła w swój zasięg doświadczenia rządów poprzedniej ekipy oraz plany obecnej.

czytaj dalej »

Piąta władza 2 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jan3

Joanna Senyszyn: „UPR, LPR i PR dzieli wszystko prócz dwóch liter. W koalicji dadzą cztery”. Ryszard Czarnecki: „Kończę dzień bardzo pokojowo usposobiony. Na przekór wojennemu otoczeniu…”. Blogi prowadzi wielu polityków, oprócz cytowanych, np. Piotr Gadzinowski, Janusz Korwin-Mikke, nawet były prezydent Lech Wałęsa.

Opowiadają nieistotne historie z życia codziennego, wchodzą w rolę ciętych publicystów, publikują prowokacyjne treści – politycy coraz chętniej piszą w internecie. Jaki wpływ na życie publiczne mają ich blogi oraz blogi internetowych komentatorów sceny politycznej? O wampirach, nawiedzonych oszołomach i poszukiwaczach prawdy, czyli o politycznym wymiarze blogosfery.

Tekst równolegle ukazał się w papierowym „Przeglądzie Powszechnym” (“PP” 1/2008).

czytaj dalej »

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com