Tag Polityka

Straszenie widmem Palikota 4 Autor: Krzysztof Ołdakowski SJ

Oct17

Ludzie lubią personalizować zło. Nergal po swojej wpadce z “uzdrawianiem niepełnosprawnych” stracił płaszcz ochronny nawet ze strony tych, którzy do tej pory byli pobłażliwi dla jego artystycznych ekspresji. Ośmieszanie ludzi nie przejdzie, zwłaszcza tych, którzy są poszkodowani przez życie i zmagają się z przeciwnościami. Chociaż myślę, że nie to było  intencją Darskiego. W centrum spektaklu znalazł się znowu temat religijny, tym razem modlitwa o uzdrowienie. Nergal niedługo zakończy występy w Telewizji Polskiej, ale zapewne nadal pozostanie celebrytą utożsamianym z demonicznym światem. Oczywiście wierzę głęboko, że może z niego wyjść. Chciałoby się jednak powiedzieć, że nadciąga nowe widmo z krainy ciemności. To Janusz Palikot i jego drużyna. Strach obleciał wielu ludzi. Nie wiadomo czego można oczekiwać po jego mocnym wejściu na scenę polityczną. Czy znikną krzyże ze ścian? Może religia zostanie wyprowadzona ze szkoły? Czy dotychczasowe standardy obyczajowe nie zostaną wywrócone? Palikot i spółka są wytworem mediów i specjalistów od public relations dla których liczy się przyciąganie uwagi oraz szokowanie osobliwościami. To, czego jeszcze nie było staje się najważniejsze. Względny sukces wyborczy jest także odreagowaniem na dotychczasowe rządy, których celem w odbiorze społecznym było trwanie przy władzy. Spróbujmy postawić na kogoś innego w proteście przeciwko tym wszystkim, którzy już byli. Zanim zostaniemy zaczadzeni “palikotyzmem” może warto na serio potraktować wyborców nie tylko w dniu głosowania. Może trzeba być bardziej oszczędnym w składaniu obietnic i zapewnianiu, że będzie lepiej.  Może politycy kończący swoje ślubowania wymownym zdaniem: tak mi dopomóż Bóg, będą mieli teraz okazję bardziej zaświadczyć o swojej wierze niż poprzez przesiadywanie na dożynkach i odpustach. Straszenie Palikotem wywołuje nerwowe reakcje w Kościele. Zupełnie niepotrzebnie. Palikot jest przede wszystkim wyzwaniem do wyjścia z marazmu, odrętwienia i stagnacji. Potrzeba nowego przebudzenia, szukania nowych dróg spotkania z niewierzącymi, a nawet z obyczajową awangardą. Nie można obrażać się na rzeczywistość, tym bardziej na wyborców. Nie straszmy Palikotem. Róbmy swoje. Nie bądźmy prorokami nieszczęścia. Bądźmy zdecydowanie prorokami nadziei.

Jagiellonizm szkodzi 2 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep11

Wilno
Obecnie wydaje się, jakby polityka zagraniczna Polski od zawsze budowana była na fundamentach założeń Jerzego Giedroycia i jego „Kultury”; założeń pojmowanych w III RP dogmatycznie, a więc nie podlegających dyskusji. Nie dziwi więc ostra reakcja Mirosława Czecha („Gazeta Świąteczna”, 5-6 września) na artykuł szefa MSZ Radosława Sikorskiego „Lekcja historii, modernizacja i integracja” („Gazeta”, 29-30 sierpnia).

Problem polega na tym, że Mirosław Czech tak przestraszył się krytycznej rewizji poglądów na miejsce Polski w Europie i świecie, że wolał na zapas nadinterpretować słowa ministra. Tymczasem jego tekst ani nie zapowiada zasadniczej zmiany naszej polityki zagranicznej, ani nie jest – jakby można było się spodziewać z okazji kolejnej rocznicy wybuchu wojny – polityczną laurką czy laniem wody. Zasługuje na uwagę, bo proponuje inny punkt widzenia i prowokuje do debaty o sprawach dla państwa kluczowych, w gruncie rzeczy nie dyskutowanych.

Sikorski zachęca do trzeźwego spojrzenia, pozostawienia na chwilę narodowej martyrologii i „zdjęcia korony cierniowej”. Mówi: „Przegrana wojna polsko-niemiecka 1939 roku oznaczała klęskę cywilizacyjną »państwowości jagiellońskiej«. II Rzeczpospolita była przednowoczesnym w istocie państwem wielonarodowym”. Takie słowa, zwłaszcza po niedawnych obchodach 65. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, to wiadro zimnej wody. Żywimy się mitem II RP – z nostalgii, z chęci odreagowania propagandy PRL czy budowania tożsamości i poszukiwania wzorców – nie chcemy pamiętać, że nie było to państwo idealne, ale targane wewnętrznymi konfliktami i biedne. Jego historia fascynuje, ale – czego uczy np. „Wyprawa w Dwudziestolecie” Czesława Miłosza – fascynacja nie powinna przysłaniać prawdy. Bo w przeciwnym razie ślizgamy się po wierzchu. Mało który polityk ma dziś – w czasach wzmożenia uczuć patriotycznych – odwagę o tym mówić.

Z klęski II RP wyciąga Sikorski wniosek, że „właściwej odpowiedzi na dylematy geostrategiczne i tożsamościowe Polski nie oferują jagiellońskie ambicje mocarstwowe”. Czech bije na alarm: Sikorski próbuje odejść od linii Giedrojcia i III RP, „wizja Sikorskiego jest fałszywa politycznie i groźna dla właściwego kształtowania polityki zagranicznej”, a o ambicjach mocarstwowych nikt przytomny sobie jego zdaniem nie roi. Czyżby? Zaznaczam, że nie mam do dawnych Kresów Wschodnich stosunku obojętnego. Część rodziny brała udział w Powstaniu Warszawskim, ale bliżsi mieszkali w Wilnie, brat prababki dowodził operacją „Ostra Brama”, częścią akcji „Burza”. W Wilnie czuję się trochę jak u siebie, porównuję budynki z obrazami z rodzinnych fotografii. Jednak jest mi przykro, gdy słyszę pogardliwe wypowiedzi Polaków o narodzie litewskim, jakoby wymyślonym, zupełnie zależnym historycznie i kulturowo od Polski. Czuję się nieswojo, kiedy po spotkaniu z mieszkającymi na Litwie Polakami moi rówieśnicy mówią o nich „ruscy Polacy”.

Nie są to sprawy błahe ani marginalne. Klimat społeczny sprzężony jest z polityczną praktyką. Każdy naród ma prawo do wspomnień, historii, ale i do szacunku, tymczasem ze względu na nasz „jagielloński” bagaż traktujemy Wschód z góry, paternalistycznie, a nie podmiotowo. Litwę widzimy przez pryzmat „Pana Tadeusza”. Białoruś – to rozmodlone kobiety klęczące przed Donaldem Tuskiem, który zdobywa wyborcze punkty składając wizytę Andżelice Borys (sierpień 2005). Ukrainie pomagaliśmy w pomarańczowej rewolucji i – o ironio – chyba zdała egzamin: pomarańczowi są w rozsypce, tak jak rozeszły się drogi tych, którzy walczyli z PRL-em. Czy jesteśmy dobrym nauczycielem, czy dajemy przykład choćby na to, jak chronić system polityczny przed populizmem? Chcemy Ukrainy w NATO, bo leży to również w interesie Polski, ale czy wsłuchujemy się w głos Ukraińców? Warto być jej rzecznikiem w Unii Europejskiej, ale w stosunkach dwustronnych bądźmy partnerami.

Kilka tygodni temu pokazywałem Warszawę Litwinkom, koleżankom studiującym w Wilnie. Na Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie czuły się jak w domu – bo przecież przypominają ulice Wilna. Jednak szczerze się ucieszyłem, że nie pytały zanadto o historię, a chciały obejrzeć wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej i w Zachęcie. W dusznym klimacie paternalizmu w stosunku do ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś) było to dla mnie wielką radością i sprawiło ulgę.

„Jagiellonizm” czy paternalizm nam szkodzi: prowadzi do niezrozumienia (jak rozmawiać z tymi, dla których budowanie tożsamości oznaczało uniezależnienie się od polskiej kultury?), stawia też w gorszej sytuacji, gdy trzeba walczyć o nasze rzeczywiste racje (np. spory o fakty historyczne z XX w. między Polakami a Litwinami).

Czy odejście od „jegiellonizmu” rodem z II RP miałoby oznaczać zaledwie prowadzenie polityki zagranicznej na zasadzie skromnego pragmatyzmu, jak mówi Czech? Stawiane przez Sikorskiego hasła integracji i modernizacji – typowe dla naszej centroprawicy – nie są skromne, jeśli potraktować je poważnie.

Według Mirosława Czecha, „część polityków i komentatorów na bezczelnego serwuje nam interpretacje partyjne”. Nawet jeśli taki charakter ma artykuł ministra Sikorskiego, czytanie go bez partyjnych okularów pozwala w nowym świetle zobaczyć ważny problem polskiej polityki zagranicznej.

2004-2009. Tu byłem 3 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

May1

Pięć lat Polski w UE, for.: 1 maja 2004, Warszawa, JHP

1 maja 2004 r. roku wieczór był zimny. Uroczystość odbywała się w nocy. Wiele osób nie przyszło. Ale atmosfera była podniosła. Na naszych oczach działa się historia. O północy nad placem Piłsudskiego w Warszawie powiewała flaga Unii Europejskiej. Nasza flaga.

Czasami patos jest ważny. I to jest właśnie chyba ten moment.

Trudno mi sobie wyobrazić, co czują osoby z pokolenia moich rodziców i dziadków, kiedy mogą bez wyciągania rąk z kieszeni przechodzić przez granicę polsko-niemiecką, polsko-czeską, polsko-słowacką, polsko-litewską i przez tak wiele kolejnych granic między innymi państwami jednoczącej się – bo jeszcze nie zjednoczonej – Europy. Janusz Głowacki mówił niedawno, że będąc przy granicy cały czas jeszcze czuje niepokój.

Kiedy sam siebie pytam, jakie są moje pierwsze wspomnienia związane z Europą, przypomina mi się wymiana, jaką moja podstawówka organizowała wspólnie ze szkołą Garibaldiego w miasteczku Genzano pod Rzymem. Było to w 1996 albo 1997 r. Jechaliśmy do Włoch autokarem, po drodze nocowaliśmy bodaj niedaleko Vicenzy. Wieczorem nasza dyrektorka zwołała wszystkich do jednego pokoju, by pokazać nam i opisać – uwaga, uwaga – „jak się w Europie ścieli łóżka”.

Dziś nasza szkoła nosi zaszczytne imię Roberta Schumana.

Ale wracając do rocznicy… W 2004 r. obecność Polski w UE dla wielu osób była sprawą do dyskusji albo pożywką dla gry politycznej. Pamiętamy poparcie Jana Pawła II dla naszej akcesji oraz żenujące próby reinterpretacji jego słów przez środowiska skrajnej prawicy; pamiętamy eurosceptycyzm PiS oraz wcale nie tak odważną i proeuropejską jak dziś PO. Przynależność do zachodnich struktur wcale nie była oczywista dla polskiej klasy politycznej. Być może chodziło o zbicie kilku punktów w sondażach, prezentując postawę ostrożną, zdystansowaną, sceptyczną czy wręcz niechętną. Wówczas wydawało mi się to politycznym cynizmem, który może przynieść tylko szkodę. Teraz myślę, że był to koszmar. A gdyby tak przeciwnikom Unii się udało?

Dzisiejsza rocznica pomaga spojrzeć na politykę nie tylko jak na partyjne przepychanki, których można mieść szczerze dość. Pięć lat obecności w Unii, po których trudno myśleć, że moglibyśmy w Unii nie być, po których wydaje się, że jesteśmy w Unii od zawsze, pokazuje, że istnieją w polityce cele ważne, historyczne, nadające polityce wyższy sens.

A żeby nie wszyło za prosto zachęcam do lektury majowego Przeglądu Powszechnego, w którym zastanowimy się nad problemami, przez jakie przechodzi Unia. Jak to jest z jej tożsamością? Czy faktycznie wspólna Europa jest jeszcze marzeniem? I czy mamy przyjąć euro? A były premier Jerzy Buzek powie, jak posłowie z Polski odnaleźli się w Parlamencie Europejskim. Warto przeczytać – zanim zdecydujemy, których posłów wyślemy tym razem.

Von Marschall: Czym Obama różni się od Tuska? 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep12

Jak różnie patrzą na wybory w Ameryce Polacy i Niemcy, można było się przekonać na spotkaniu z Christophem von Marschallem, autorem książki „Barack Obama czarnoskóry Kennedy” wczoraj w redakcji Polityki. – W Niemczech pytają, dlaczego jestem wobec Obamy tak krytyczny, a tu, w Polsce, dlaczego się nim tak fascynuję – mówił o odbiorze swojej książki von Marschall, redaktor berlińskiej gazety Der Tagesspiegel, od 2005 r. korespondent w Waszyngtonie.

Nic dziwnego, jeśli przypomnieć sobie, że Obama zgromadził na wiecu w Berlinie 200 tys. ludzi, czyli więcej niż na jakimkolwiek wiecu w USA. Czy to „prawdziwy łowca ludzi”, jak nazywa demokratycznego kandydata na prezydenta von Marschall? I dlaczego go tak nazywa, pytał prowadzący spotkanie Marek Ostrowski. – Ludzie są zmęczeni tradycyjną polityką, także Kongresu, dla którego poparcie jest bardzo niskie. Nazywają go „Do Nothing Congress” – tłumaczył von Marschall. Nie robiący nic, bo sparaliżowany przez rywalizację dwóch obozów. Wg autora książki, dopiero Obama ma szansę pojednać Republikanów i Demokratów.

I może to zrobić właśnie teraz. Bo, jak mówi von Marschall, „To powinien być rok Demokratów. Notowania Partii Demokratycznej są znacznie wyższe niż Republikanów”. Ale nie przekłada się to na notowania kandydatów z obu partii. Czy z powodu koloru skóry Obamy? Von Marschall: – Jeszcze trudniejszy do przełknięcia dla Amerykanów będzie może nie mulat Obama, ale jego czarno-czarna żona Michelle Obama.

Wszyscy chcą być łatwiejsi przełknięcia, dlatego Obama wziął na kandydata na swojego wiceprezydenta jakby McCaina – Joe’go Bidena, a McCain – Sarah Palin. W każdym razie będą to bardzo ciekawe wybory, a obaj kandydaci są dobrzy. Sam raczej obstawiam McCaina. Ale oddolny ruch poparcia dla Obamy i ta rekordowa liczba 1,7 mln Amerykanów, którzy przekazali pieniądze na jego kampanię przez internet – to robi wrażenie.


czytaj dalej »

Ks. Mazurkiewicz: Sekularyzacja czy „ureligijnienie” polityki? 2 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Sep10

Ks. prof. Piotr Mazurkiewicz został sekretarzem generalnym Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej (COMECE), informują dziś media (Rz.: “Asceta w Brukseli”).

Zachęcamy do lektury rozmowy z ks. Mazurkiewiczem, teologiem i politologiem, opublikowanej w Przeglądzie Powszechnym (7-8/2007), aby lepiej poznać nominata. Ks. Mazurkiewicz: “Jesteśmy wyjątkowym w Europie, w pewnym sensie „nienormalnym” krajem, w którym religia ma ogromny wpływ na życie polityczne”.

Rozmawiali ROMAN SWOBODA SJ i RAFAŁ HUZARSKI SJ

czytaj dalej »

Państwo PiS państwem Jerzego Urbana 8 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug25

Cenię Jerzego Urbana za przenikliwość, ostrość widzenia. Jeszcze w sierpniu 2005 roku uśmiechałem się z pobłażliwością czytając w jego felietonie w tygodniku „Nie” zapowiedź powstania koalicji PiS-Samoobrona-LPR. Przecież do władzy szła wówczas Platforma, która miała współrządzić z „przyjaciółmi z PiS”. Nikt nie wyobrażał sobie wtedy koalicji nacjonalistów i populistów. Z niedowierzaniem patrzyłem na spełniającą się później przepowiednię Urbana i urzeczywistnienie koalicji, która rządziła Polską do jesieni ubiegłego roku.

Umiejętności analityczne redaktora „Nie” i strategiczne koncepcje przywódcy PiS zespoliły się w jedno. Okazało się, że obaj oni potrafią wskazać, co dla kraju najgorsze, aczkolwiek w ustach pierwszego to przestroga, a dla drugiego plan działania.

To jednak jeszcze nie koniec politycznej gry zręcznościowej, którą śledzimy. Otóż właśnie teraz, gdy teoretycznie PiS znalazł się w defensywie, w praktyce i wbrew sejmowej arytmetyce, zawiązuje koalicję, która da mu realną większość. Dziś bowiem sejmowa większość to nie 231 posłów zdolnych uchwalać ustawy, ale 185, którzy utrzymają prezydenckie weto wobec każdej ustawy koalicji rządowej PO-PSL. Ekipa Tuska ma więc przeciw sobie antykoalicję PiS-prezydent-SLD, cyniczną i destruktywną. Choć na cynizm monopolu oczywiście nie ma żadna ze stron konfliktu.

„Decyzję o podtrzymaniu prezydenckiego weta [w sprawie ustawy medialnej] SLD podjął z ciężkim sercem” – napisał w oświadczeniu szef SLD Grzegorz Napieralski. Czy Urban by to lepiej wymyślił? W każdym razie skomentował: „Lidera SLD pocieszyć należy, że dziewictwo traci się tylko raz i wtedy trochę boli. Później spółkowanie choćby i z Lechem Kaczyńskim to już będzie rutyna” (GW).

*

Nigdy nie byłem przeciwnikiem zbliżenia umiarkowanej partii, jaką wydawała mi się Platforma, do SLD. Miałem nadzieję na sprawną koalicję partii nowoczesnych i zwróconych w stronę Unii Europejskiej. Patrzącej „do przodu nie wstecz” (choć to akurat hasło Partii Demokratycznej). Nie potrafię jednak zrozumieć powstania antykoalicji złożonej z antykomunistów, rewolucjonistów i lustratorów z PiS łączących się z SLD, które poszukując nowej tożsamości kompletnie się pogubiło. Liderzy partyjni muszą mieć naprawdę głęboką wiarę w to, że lud jest nawet nie ciemny, ale czarny jak smoła.

A pan Jerzy pewnie się śmieje. Marsz, marsz Polonia!

Czyta się (2): Prezydent i telewizory 0 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Aug20

Inny od obowiązującego sposób wyboru prezydenta, wznioślej nazywanego głową państwa, od wielu lat, niezależnie od okresu i uregulowań konstytucyjnych, jest powtarzającym się tematem debat publicznych. Na przykład w styczniowych i lutowych numerach Robotnika, prasowego organu Polskiej Partii Socjalistycznej, z 1928 roku (okres kampanii wyborczej przed wyborami do Sejmu i Senatu II kadencji) znajdziemy postulat takiej zmiany ustrojowej, która dawałaby możliwość wyboru prezydenta pośrednio, przez przedstawicieli społeczeństwa, czyli ogólnie mówiąc elekcji na sposób amerykański. Miałoby to bardziej zdemokratyzować wybory, które dotąd znajdowały się w domenie połączonych izb parlamentu, czyli Zgromadzenia Narodowego.

We wtorkowej Rzeczpospolitej Jarosław Makowski (“Ten polityczny układ trzeba rozbić”) widzi nadzieję na zmianę obyczaju wyborczego, ale bez konieczności wprowadzenia modyfikacji konstytucyjnych: „Zarówno niektóre poczynania Kwaśniewskiego, jak i obecne wolty Kaczyńskiego pokazują, że prezydent z rozdania partyjnego to dla kraju utrapienie. Może się okazać, (…) że Polacy rzeczywiście zechcą widzieć w prezydencie autentycznego arbitra polskich sporów, a nie partyjnego żołnierza.
Rodzi się więc szansa dla takich ludzi jak były rzecznik praw obywatelskich Andrzej Zoll czy były prezes Trybunału Konstytucyjnego Marek Safjan. I jeden, i drugi mogą liczyć na szerokie poparcie obywatelskie oraz przychylność mediów. Obaj też uosabiają spokój, powagę i kompetencję, których Polacy oczekują od głowy państwa”.

Bez dwóch zdań, sam zagłosowałbym na Andrzeja Zolla, a zwłaszcza na Marka Safjana. Ale fakt, że prezydent angażuje się coraz bardziej w spory polityczne, nie sprawia jeszcze, że zbiorowa mądrość wyborców wspartych przez media zadziała na korzyść kandydatów może nie bez-, ale ponadpartyjnych. Brutalizacja – według niektórych obserwatorów życia politycznego profesjonalizacja – polskich polityków i polityki w ogóle ostatnio zadziałała raczej aktywizująco na wyborców. Jeżeli taka polityka nie odstręcza, to dlaczego szansę miałyby dostać niewybijające się bezpartyjne wykształciuchy? To wbrew logice, która rządzi dzisiejszą sceną polityczną.

Co nie znaczy, że to obecny model jest dobry. Ja skłaniałbym się do zmiany konstytucji (oczywiście, obecnie niemożliwej) i zastosowania rozwiązania przedwojennego, czyli wyboru prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe. Może nie ze względu na zbiorową mądrość tym razem parlamentu, ale choćby dlatego, by prezydent – nie wybierany już w wyborach powszechnych – nie rościł sobie zbyt wielu praw, jak to ma w zwyczaju czynić obecnie nam panujący Lech Kaczyński. Moim typem prezydenta wybranego przez Zgromadzenie byłby Piotr Węgleński, poprzedni rektor UW (Węgleński na prezydenta!).

Ludzie nie odsuwają się od partyjnych polityków, ale – może po części dlatego, że jednak mają ich dosyć – przestają oglądać telewizję. „Ludzi bez odbiornika TV jest już całkiem sporo – pisze Donata Subbotko w środowej Gazecie Wyborczej (“Jest życie bez telewizora”). – Wolą gazety i przede wszystkim internet. Przejściowa moda czy zmierzch epoki? (…) większość rodaków po latach postu uprawia konsumpcyjny wyścig na coraz większe plazmy, a status społeczny mierzy się przekątną ekranu.

Jednak obserwujemy cichy protest wobec oferty płynącej z telewizorów. I chodzi nie tylko – jak w przypadku manifestacyjnego nieposiadania telefonów komórkowych – o bunt wobec technologii, która nas ubezwłasnowolnia, ale także o wstręt do bezmyślnego gapienia się w telewizor. No i wybór internetu jako bardziej odpowiadającego czasom źródła informacji.”

Sam straciłem kontakt z telewizorem, ostatnia rzecz jaką oglądałem w domu to „Trzech kumpli”, opowieść o Maleszce, Pyjasie i Wildsteinie. Ale gdy trafia się okazja, nie mogę odmówić sobie odcinka „Seksu w wielkim mieście”, a przegapienie kolejnej powtórki „Czterech wesel i pogrzebu” wymagałoby ode mnie głębokiej samokrytyki. Trudno też nie obejrzeć – ale na szczęście w tak doniosłej chwili ratuje nas internet – przemówienia tej najważniejszej naszej głowy, głowy najjaśniejszej RP.

Orędzie Prezydenta RP

Wygląda na to, że kadencja weszła w fazę schyłkową, a prezydent nie ma nam nic do powiedzenia. Na pewno nie ma nic do powiedzenia od siebie, bo ciągłe zmiany tonu przemówień świadczą o tym, że specjaliści od wizerunku gotowi są układać mowy wzajemnie sprzeczne, byleby tylko wizerunek prezydenta był mniej tragiczny. I dlatego stał się on groteskowy. Chyba pierwszy raz poczułem, że naprawdę interesuje mnie, co Lech Kaczyński w głębi duszy myśli o Polsce (albo choćby o dokonaniach od 89 r.: czuje dumę i wdzięczność czy ucisk w gardle oplecionym układem?). Kiedy czyta w telewizji nieswoje słowa, nieswoim rytmem, robi wrażenie przygnębiającego człowieka na niewłaściwej funkcji.

Czyta się 1 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jul12

Wydawało mi się, że teza mówiąca, że nie ma w naszej polityce alternatywy dotyczyła relacji PO i PiS. Tymczasem Marek Beylin w dzisiejszej Świątecznej pyta, “czy jest jakieś podobieństwo między Jarosławem Kaczyńskim a Grzegorzem Napieralskim” i odpowiada, iż tylko “pozornie nie”. Jednak są oni do siebie, zdaniem redaktora Gazety, podobni. “Przede wszystkim – mówią tak, jakby wielka wyprawa cywilizacyjna Polaków w przyszłość już się skończyła.
Według Kaczyńskiego Polska stanie się lepsza, gdy wykluczeni zamienią się miejscami z beneficjentami systemu, a o tej zmianie będzie się opowiadać językiem dumy narodowej. Według Napieralskiego będzie dobrze, gdy portfele biedniejszych nieco pogrubieją, bogatszych trochę schudną, a ludzie pomyślą, że dokonał się skok do królestwa sprawiedliwości”.
Czyli alternatywy jak nie było, tak nie ma – a problem ma, jak się okazuje, zasięg szerszy niż środowisko dwóch partii prawicy.

W Polityce ciekawy reportaż Edyty Gietki “Na oczy czarne” o rumuńskich żebrakach z ulic Warszawy. “Dwa tygodnie temu bossowie podjechali autem na skrzyżowanie Nowoursynowskiej z Doliną Służewiecką i skatowali kijami od bejsbola dwóch Rumunów, bo weszli na rejon ich kobiet z dzieciątkami. Akcja trwała półtorej minuty, a na kilka dni żebractwo w rejonie zapadło się pod ziemię”.
Pisze Gietka: “Gdy rumuńskie dzieci robią się starsze, matowieją im te duże oczy, rośnie zarost i śmierdzą papierosami jak dorośli, przestają być dochodowe”. Jak zaradzić problemowi żebractwa? Mówi się o odstawianiu do granicy, o polityce imigracyjnej, o podpatrywaniu Włochów, którzy mają z tym największy problem, ale nic o zwalczaniu handlu żywym towarem. Gietka pisze wprawdzie, że mały Rumun kosztuje 25 tys. euro, dziewczynka 20 proc. taniej, opisuje, jak wygląda podkupywanie dzieci, ale co z tego wynika? Tego nie wiemy.

Wracając do polityki. W komentarzu Dziennika “Regulaminowa gilotyna” Piotr Zaremba puentuje, że “w ciągu prawie 20 lat polskiej demokracji wiele standardów dotyczących relacji władza – obywatel czy rząd – opozycja wcale się nie poprawiło, a czasem wręcz uległo wtórnemu pogorszeniu”, a “każdy następny parlament jest bardziej restrykcyjny wobec opozycji niż poprzedni”. Opinia ta wpisuje się w analizy aktualnych wydarzeń w Sejmie, ale można ją zobaczyć w szerszym ujęciu. Nie po raz pierwszy słychać podobne głosy. Albo taki: że Sejm kontraktowy był w istocie najsprawniejszy w naszym dwudziestoleciu. Może więc go zrehabilitujemy w naszej narodowej pamięci? Rok 2009 na karku – dobra okazja.

Prostytucja: niewolnictwo i masowy przemysł 1 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jul7

Publikujemy niezwykle ciekawy tekst z czerwcowego Przeglądu Powszechnego: GIUSEPPE DE ROSA SJ (notka o autorze poniżej) – “Zglobalizowana prostytucja – nowa forma niewolnictwa”. Prostytucja kobiet i niepełnoletnich obojga płci osiągnęła gigantyczne rozmiary:

Będąc w rękach organizacji przestępczych bez żadnych moralnych skrupułów, za to skrajnie sprawnych – chodzi o ogromne mafie azjatyckie, europejskie i południowoamerykańskie – ma olbrzymie szanse rozwoju ze szkodą dla milionów istot ludzkich spośród najsłabszych i najbardziej bezbronnych.

Jednym z największych skandali historii ludzkości był handel afrykańskimi niewolnikami w XVI-XIX w.; chwytano ich w brutalny sposób, przewożono do Ameryk w niewypowiedzianych mękach; zatrudniano w nieludzkich warunkach na plantacjach i w kopalniach. Szacuje się, że w okresie 400 lat było 11,5 tys. ofiar – kobiet i mężczyzn. Ten fakt – dziś tak skandaliczny dla ludzkiego sumienia, że piętnuje się go jako horrendalną i nieludzką krwiożerczość, a handlarzy Afrykanami uznaje za pozbawionych chrześcijańskiego zmysłu – był rzeczywiście haniebnym przestępstwem; liczebnie jest to jednak “skromna wielkość” w porównaniu z dziesięcioleciem, w którym z Południowo-Wschodniej Azji przemycono 33 mln kobiet przeznaczonych do prostytucji.

czytaj dalej »

Zrozumieć Wildsteina 20 Autor: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Jun25

Czekałem na film ”Trzech kumpli’’. Mimo, że nie jestem zwolennikiem lustracji. Liczyłem, że dokument ten pozwoli lepiej poznać trzy osoby dramatu sprzed trzydziestu lat i późniejsze losy dwójki, już bez zamordowanego Stanisława Pyjasa.

Pytania, które przychodziły mi do głowy: Skąd u Bronisława Wildsteina ten ogromny zapał lustracyjny? Skąd przekonanie, że Okrągły Stół był ‘’grzechem pierworodnym Trzeciej Rzeczpospolitej’’? Skąd zupełny brak porozumienia między lustratorami a ich adwersarzami? ‘’Trzech kumpli’’ Ewy Stankiewicz i Anny Ferens częściowo na te pytania odpowiada.

Nie sposób po jego obejrzeniu spojrzeć bez empatii na Wildsteina, redaktora ‘’Rzeczpospolitej’’; historia jego przyjaźni ze Stanisławem Pyjasem i Lesławem Maleszką jest poruszająca, tragiczna i niebywale smutna: z trójki zaprzyjaźnionych studentów jeden zostaje zamordowany przez SB, drugi donosi na całe środowisko, a trzeci stara się pokazać opinii publicznej prawdę zarówno o zabójstwie, donosicielu, jak i innych tajnych współpracownikach SB.

Gdy chodzi o ukazanie historii z jej zawiłościami, opisanie mechanizmów pozyskiwania tajnych współpracowników przez SB, stylu pracy funkcjonariuszy, klimat w środowisku akademickim i opozycyjnym, autorki filmu robią świetną robotę. W doskonały sposób pokazują też coś, o czym w zasadzie się nie mówi, czyli stopień zaangażowania społeczeństwa w opozycję. Mity, jakoby naród stawił czoła komunizmowi, rozbija w tym filmie krótka scena, w której przeplatają się ujęcia z pochodu studentów po zabójstwie Pyjasa, z wielką uroczystością na Uniwersytecie Jagiellońskim – wyborami najpiękniejszej studentki. Tu grupa z czarnymi sztandarami, tam wiwatujące, rozradowane tłumy. Poczucie niezależności w PRL było udziałem bardzo niewielkiej grupy osób; gdy dziś słyszę, że Polacy, naród polski czy społeczeństwo stawiło czoła socjalizmowi, to mam wrażenie, że zakłamując historię, umniejszamy rolę prawdziwych bohaterów, których była garstka. Zwłaszcza wtedy, gdy toczy się akcja filmu – w latach 70., gdy Edward Gierek otworzył się na inwestycje i wystrzegał przed używaniem przemocy jak w Grudniu ’70.

Wracając do Wildsteina, trudno dziś nie rozumieć motywów jego postępowania – zaangażowania publicystycznego i politycznego, np. rozpowszechnienia katalogu danych IPN. Ale rozumienie nie oznacza akceptacji. Biografia nie wzmacnia argumentów. Nadal nie rozumiem, dlaczego wielkie osiągnięcie, Okrągły Stół, miałby być nazywany zdradą, dlaczego autorki dokumentu obrazy esbeków przeplatają z hymnem Unii Europejskiej? Dlatego, że Maleszka pracował w Gazecie Wyborczej, która opowiada się za europejską integracją?

O ile pierwsza część ‘’Trzech kumpli’’ to przejmujący obraz historii, zawiłych losów trójki przyjaciół, druga kończy się politycznym manifestem. Nie ma sporu o ocenę Maleszki, o stosunek do niego Wildsteina i innych dawnych przyjaciół. Dlaczego jednak autorki starają się wmówić mi, że żyję w gorszym kraju niż widzę przez okno? Dlaczego tacy ludzie jak związany z PiS historyk Ryszard Terlecki ukazani są w lepszym świetle, a Krzysztof Kozłowski, pierwszy niekomunistyczny szef MSW, wówczas redaktor Tygodnika Powszechnego, łapany jest na wyrywkowych opiniach, które rzeczywiście działają na niekorzyść jego argumentacji? Dlaczego w filmie nie pojawiają się osoby, które mogłyby mieć odmienne spojrzenie na sprawę – choćby Adam Szostkiewicz z Polityki, który również studiował na polonistyce z ‘’Trzema kumplami’’. To może nie tyle zarzut w stosunku do autorek – one mogą robić film, jak chcą. Ale widz dostaje obraz niepełny.

W ‘’Trzech kumplach’’ obrywa Wyborcza i osobiście Adam Michnik za to, że trzymał w pracy Maleszkę. Autorki dokumentu pokazują, jak Maleszka telefonicznie ustala szczegóły jakiegoś artykułu, który ma być publikowany w Gazecie. Demonstruje tak swoją rolę jako redaktora. Prawo autorek – pokazywać bezkrytycznie takie sceny. Ale na zdrowy rozum: czy największy dziennik w kraju może być redagowany przez telefon? Ustalanie tytułów, lidów, treści wymaga szybkich decyzji, które są często zmieniane, a nie telefonicznych rozmów.

Jest jeszcze jedna nieścisłość. Bronisław Wildstein pokazywany jest jako ofiara w walce o słuszną sprawę. Częściowo można go rozumieć, częściowo się z nim nawet zgadzać. Jednak nie jest on bohaterem zupełnie przegranym. Z filmu dowiadujemy się, że po ujawnieniu tzw. listy Wildsteina został zwolniony z pracy w ‘’Rzeczpospolitej’’. Ale przecież później do niej wrócił. I dziś jest jednym z najaktywniejszych i najbardziej znaczących publicystów tego dziennika. I poczytnym pisarzem. Wildstein stał się także pierwszym piórem tzw. IV RP, projektu Polski opartego na rozliczaniu i wychowywaniu społeczeństwa. Projektu na szczęście skompromitowanego rządami braci Kaczyńskich.

Blog Powszechny is powered by WordPress and FREEmium Theme.
developed by Dariusz Siedlecki and brought to you by FreebiesDock.com